Choć bohaterka dzisiejszej recenzji nie jest najbardziej rozpoznawalną postacią współczesnej muzyki pop, tak osoby z którymi udało się jej współpracować już tak. Arca po ponad trzech latach artystycznej ciszy, wypuściła w świat swój długo wyczekiwany czwarty studyjny krążek pod tytułem KiCk i (czyt. Kick I). W związku z tym, że jego treść nie podsunęła mi żadnej błyskotliwej frazy, by płynnie przejść do jego recenzji, zrobię to bez zbędnych ceregieli.
Muszę przyznać, że pisząc o tym, co Arca stworzyła w ramach swojego jeszcze pachnącego świeżo co wyprodukowanym metalem dzieła, zmagam się z rozdwojeniem jaźni. Z jednej strony nie mogę nie docenić produkcji tego krążka, bo ta jest wprost wyśmienita, co tylko potwierdza, że muzyczne przygody Pani Alejandry Ghersi z Kanye Westem, czy Björk nie były zbiegiem okoliczności. Z drugiej jednak strony mam nieodparte wrażenie, że to, co reprezentuje sobą KiCk i zupełnie rozmija się z jego pierwotnymi założeniami. Na krążku znajdziemy dwanaście stosunkowo różnorodnych kompozycji, które stoją gdzieś pomiędzy eksperymentalnym popem, a czymś, w czym Arca czuje się najlepiej, czyli muzyką w stylu ambient o industrialnych korzeniach. Teoretycznie brzmi to jak pomysł na bardzo obiecujący muzyczny projekt, jednak od konceptu do realizacji droga jeszcze długa, a słowo „obiecujący” wydaje się tu być kluczowym wobec jego ogólnej oceny.
Tak jak już wspomniałem, realizacja KiCk i to coś, czego nie sposób nie pochwalić. Jednak na nic się ona zdaje, gdy to, co zostało stworzone przy technicznych umiejętnościach samej autorki, nie jest ani szczególnie inspirujące, ani tak bardzo innowacyjne i nowatorskie, jakbym się tego podziewał. Z mojej czysto subiektywnej perspektywy, KiCk i jest dziełem będącym co najwyżej przystępną obietnicą eksperymentalnej eksplozji do której Arca jest z pewnością zdolna. Póki co, w nasze ręce dostajemy zlepek niekoniecznie dopieszczonych kompozycji, które potrafią wzbudzić zainteresowanie, lecz w dalszej perspektywie nie skłaniają ani do filozoficznych rozmyślań nad życiem, ani do beztroskiej zabawy w ramach odpoczynku od niego szarej rzeczywistości. Próżno na KiCk i szukać głębszego przesłania, poza prostą chęcią wyrzucenia z siebie kilku fajnie brzmiących zdanek i niecodziennych, choć mnie osobiście znanych już dźwięków. Jasnym jest, że nie wszystkie albumy muszą mieć aspiracje do bycia dramatycznymi epopejami o samoakceptacji, lecz gdy brak choćby najprostszej historyjki, pozostaje wiele niewykorzystanego potencjału, a tego Arca ostatecznie zgromadziła całkiem sporo.
Jeśli chodzi o konkretne utwory, tak trudno jest mi coś szczerze polecić, poza dwoma, może trzema utworami. Po pierwsze Nonbinary, bo to jedna z najbardziej wyjątkowych kompozycji tego roku i z pewnością zasługuję na wszelakie zainteresowanie z Waszej strony, jak również szalony teledysk (WOW!).Tak samo jak Time – futurystyczna ballada, której przekaz choć dość sztampowy, został odziany w magiczną melodię, która zachwyca mnie za każdym razem. Po trzecie, waham się między Riquiquí, a Rip The Slit, co może i są monotonne, ale są w tej monotonii całkiem urocze. W przypadku pozostałych kompozycji, albo są mi muzycznie obojętne, albo mam co do nich zastrzeżenia natury twórczej.
Chociażby taki „duet” z Rosalíą pod tytułem KLK, którego mocną stroną jest ciekawa taneczna melodia w stylu reggaeton, lecz tylko przez pierwszą minutę, by w trzech kolejnych nie zanotować żadnego progresu. Również sam udział wokalistki jest sprowadzony wyłącznie do roli instrumentu, co tak naprawdę ani nie ubogaca tej piosenki, ani nie pochwala samej wokalistki. Podobny problem występuje w przypadku duetów z legendarnymi Björk oraz SOPHIE, których udział nie generuje we mnie praktycznie żadnej emocji, poza tą, że fajnie by było, gdyby było ich więcej. Również teoretycznie wypełnione miłością Arci Calor i No Queda Nada pozostają dla mnie apatycznymi opowiastkami, które niczego nie wnoszą do treści całego albumu. Monotonia – to największy problem tego albumu, niestety.
KiCk i powinno być pod każdym względem bardziej – bardziej różnorodne i pomysłowe z jednej strony, z drugiej zaś bardziej popowe i progresywne. Arca nie stworzyła albumu na jaki zasługuje jej już dość bogata dyskografia, choć w zanadrzu ma wszystko, by go stworzyć. Choć nie wiązałem z KiCk i zbyt wielu oczekiwań, tak nie uniknąłem nim rozczarowania. Pozostaje jedynie czekać na kolejne poczynania tej artystki, byle z mocniejszym, podwójnym, potrójnym, a nawet poczwórnym uderzeniem.

