Jako, że Eurowizja zbliża się wielkimi krokami, toteż sporo osób opanowuje tzw. syndrom ESC (nie mylić z syndromem sztokholmskim, jak wskazywałoby na to miasto-gospodarz). Tak czy inaczej, dla wszystkich fanów tego konkursu mam dobrą wiadomość: Anouk powróciła w iście eurowizyjnym stylu.
W praktyce znaczy to tyle, że brzmienie całej płyty jest dość jednoznaczne. Ale po kolei. Jak zapewne część z Was pamięta, Anouk swego czasu reprezentowała Holandię w ramach konkursu piosenki Eurowizji i wypadła wtedy całkiem nieźle. Bezpośrednią konsekwencją tych zdarzeń był krążek Sad Singalong Songs, który osiągnął sukces adekwatny do miejsca wokalistki na ESC. Co prawda w tym roku Kraj Kwitnącej Konopi będzie reprezentował ktoś inny, niemniej artystka chyba zatęskniła za międzynarodowymi zmaganiami, co przekuło się w album Queen For A Day.
Cechy szczególne? Sporo popu. Ale nie tego wprost z list przebojów. W tym względzie najbardziej odstaje sekcja rytmiczna, bo nie jest ona tak oczywista. Momentami wpada ona nawet w wątki dubstepowe, więc to na pewno jest czymś wyjątkowym. Z innych ciekawostek warto podkreślić motyw orientalny wprowadzony w Not a Love Song. W ogóle ta piosenka jest o tyle osobliwym tworem, że wszystko jest w niej dość subtelne: przede wszystkim wspomniany orient, ale także brzmienie gitary czy klawisze – one też tam są, lecz nieco pod pierzynką. Mocno popową pierzynką.
Największym paradoksem tej płyty jest to, że pomimo, że jest ona bardzo równa (momentami wręcz monotonna), to emanuje jednocześnie sporą różnorodnością. Z czego to wynika? Co do tej pierwszej cechy, to jest ona ceną ubogiego instrumentarium użytego w produkcji albumu. Nie usłyszymy tam wielu ciekawych dźwięków, co odbija się niestety na fragmentach wiejących nudą. Z drugiej strony zróżnicowanie rytmiczne wpływa pozytywnie na wydźwięk całości, przez co po przesłuchaniu „od deski do deski” nie ma się wrażenia straconych czterdziestu trzech minut. To zawsze cieszy.
Słów kilka odnośnie singli. Zacznę od tego, że nie są one najlepszymi piosenkami na płycie, za co ode mnie ogromny plus. Pierwszy z nich, czyli Dirty Girl, jest poprowadzony w bardzo kryminalnym motywie, co jedynie podkręca tajemniczość produkcji. Z drugiej strony mamy lekko majestatyczne Run Away Together, będące czymś zgoła innym od poprzednika. Tutaj wokal jest zdecydowanie mniej wyeksponowany, za to pierwsze skrzypce przejmuje melodia. Jest dobrze, ale to tyle.
Piosenkami, które wybijają się nieco ponad pewien poziom, są natomiast Be My Baby i Wanna Little Something. A są to akurat te utwory, bo każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego (ten pierwszy – charakterystyczne „bą bą”, ten drugi – bardzo intrygujący wokal). Być może ten odskok od reszty jest bardzo subtelny i dość subiektywny, niemniej takie odczucie miałem podczas pierwszego i każdego kolejnego przesłuchu płyty.
Queen For A Day z pewnością nie zapisze się złotymi zgłoskami w kanonie światowej muzyki, co nie znaczy, że warto ją szybko zapomnieć. Fani Eurowizji powinni być dość zadowoleni, bo chyba zgodzicie się ze mną, że brzmienia niektórych utworów nie powstydziliby się Conchita, Dima Bilan czy Ovi. Tak czy inaczej, jest to album dobry, solidny, lecz bez szans na większy sukces. Ot – kolejna ciekawostka pani od Lost.

