W świecie, w którym od lat panuje tak duże ciśnienie na to, aby wszystko było idealne i nieskazitelne Mój Big-Bit, czyli płyta zaprezentowana w 2011 roku przez Anię Rusowicz była czymś intrygującym. Surowe, mocno postawione brzmienia wyciągnięte z lat 60 stawały w szranki z albumami robionymi “na wysoki połysk”. W moim odczuciu Mój Big Bit wygrał tę bitwę, chociażby dlatego, że po 9 latach przyciąga mnie do siebie tak samo, jak po pierwszym odsłuchu.
Muzyka łączy pokolenia, a na płycie Mój Big-Bit staje się to bardzo dosłowne, bo utwory, które wybrzmiewają w ramach albumu to nie tylko nowopowstałe propozycje, które mają się wpasować w wibracje retro, ale też kompozycje, które w tamtych czasach powstały. Ania Rusowicz, w kilku przypadkach, zdecydowała się bowiem sięgnąć po twórczość Ady Rusowicz.
Chciałoby się powiedzieć, że Ania Rusowicz dała nowe życie brzmieniom retro, ale to zdecydowanie zbyt proste stwierdzenie. Słuchałam albumu Mój Big-Bit naprawdę wiele razy i nadal zachwyca mnie ta pajęczyna wpływów.
Mamy nowe utwory, które artystka ubrała w stylistykę niezwykle hipisowską, ale znajdziemy tu też nowe interpretacje utworów, które wybrzmiały już kilkadziesiąt lat temu. Czy jest to więc odświeżanie lat 60 i 70, czy raczej wręcz przeciwnie, próba delikatnego odsunięcia nowoczesności na dalszy plan, w mojej głowie nadal pozostaje zagadką nierozwiązaną.
Takich zagadek jest na tym albumie dużo więcej, bo Mój Big-Bit ma w sobie coś nieoczywistego. Chociaż wydaję się być dość surowy, Ania Rusowicz znalazła magiczny sposób, na to, żeby obok tej surowości wpleść też ciepło W tym miejscu wracam do tego, o czym wspomniałam już na początku. Na tym krążku artystka zaprezentowała słuchaczom kompozycje, które mają bronić się same. Udało jej się dotrzeć do odbiorców bez przesadzonych ozdobników czy elektronicznych wstawek.
Ania Rusowicz bezbłędnie przypomniała nam całkiem spory kawałek historii, a przy okazji udowodniła, że istnieje taki rodzaj muzyki, który w mgnieniu oka przenosi nas nie tylko w czasie, ale tez w zupełnie inny wymiar. Zarówno utwory, które wcześniej śpiewane były przez Adę Rusowicz, jak i te, które na albumie Mój Big-Bit pierwszy raz ujrzały światło dzienne, bardzo dobrze ze sobą współgrają. Trzeba jednak zaznaczyć, że wszystkie zachowują przy tym swój własny charakter.
Jeśli zdarzyło się wam czytać moje wcześniejsze recenzje, to pewnie zauważyliście, że ta odnosząca się do albumu Mój Big-Bit zbudowana jest nieco inaczej niż wszystkie poprzednie. Nieprzypadkowo powstrzymuję się od rozkładania tego albumu na czynniki pierwsze i nie zajmuję się każdym utworem z osobna. To wydawnictwo przemawia do mnie jako całość i właśnie do takiego, całościowego, a przede wszystkim samodzielnego odkrywania chcę wam je pozostawić.
Mój Big-Bit pod względem brzmieniowym jest skarbnicą kombinacji, ale kombinacji, które ostatecznie tworzą wciągającą sekwencję. Klawisze, smyczki, bębny, gitary, flety i dęciaki, z powodzeniem zabierają nas do czasów, w których na polskiej scenie muzycznej królował big-bit.
Każdy z 12 utworów, które składają się na album Mój Big-Bit charakteryzuje się bijącą z niego mocą. Taką niesamowitą siłę znajdziecie zarówno w tych agresywniejszych utworach, jak i w bardziej melancholijnych propozycjach. W moim odczuciu, między innymi właśnie dzięki takim zestawieniom, Ania Rusowicz uchwyciła ducha tamtych czasów. Na płycie Mój Big-Bit o miłości śpiewała tak, że pomiędzy wierszami i dźwiękami dało się wyczuć skradającą się rewolucję.

