
Gdy w 2017 r. brytyjska grupa Lawson postanowiła zakończyć swoją działalność, wiedziałam jedno – o głównym wokaliście na pewno jeszcze usłyszymy. Okazało się, że miałam rację. Po kilku latach ciężkiej pracy nad solowym materiałem, wreszcie mamy okazję posłuchać w całości nowego materiału od Andy’ego Browna. Trzeba przyznać – artysta stylistycznie poszedł w bardzo… nieoczekiwanym kierunku. Przekonajcie się sami.
Jego poważna przygoda z przemysłem muzycznym rozpoczęła się dobre kilkanaście lat temu. Już w 2009 r. stawiał na scenie pierwsze kroki, jako wokalista grupy Lawson. Przełom przyszedł dwa lata później, kiedy to za sprawą albumu Chapman Square usłyszała o nich cała Wielka Brytania. Później, za sprawą singla Juliet panowie stali się rozpoznawalni także w Polsce. Niestety, ich drugi album Perspective nie przypadł słuchaczom za bardzo do gustu. Członkowie grupy wspólnie zdecydowali o “zawieszeniu” działalności. Swój czas postanowił wykorzystać wokalista Andy Brown. Muzyk podpisał kontrakt na solową płytę i zaczął działać. Po kilku latach ciężkiej pracy na sklepowych półkach pojawił się jego debiutancki album zatytułowany Cedarmont. Co ciekawe, nie odbyło się bez kilku falstartów – premiera krążka była parokrotnie przekładana. Finalnie słuchacze dostali 12 piosenek, o dziwo w większości utrzymanych w stylistyce… country!
Okazało się, że Andy poszedł sprawdzoną ścieżką. Na albumie umieścił piosenki, które sukcesywnie wydawał przez cały długi, bo ponad roczny, okres promocji. Tym sposobem jeszcze przed premierą mogliśmy posłuchać aż połowę materiału. Andy opublikował m.in. nad wyraz taneczny i skoczny Talk Of The Town, spokojną sentymentalną balladę Lay With Me czy nijaki i do bólu nudne Put That Record On. Kolejną znaną wcześniej kompozycją jest Landslide z gościnnym udziałem wokalistki Crissie Rhodes. Co prawda oba głosy brzmią razem bardzo spójnie, słychać harmonię, jednak całość jest dość przewidywalna i po raz kolejny nijaka. Identycznie dzieje się w przypadku utworu Hollow, który co prawda spełnia swoją rolę wypełniacza, ale poza tym nie wnosi na album nic.
Z nowości, które zaserwował nam Andy na uwagę zasługuje żywiołowe About Last Night. Bardzo ciekawa i skoczna kompozycja, która szybko wpada w ucho. To samo można powiedzieć o kawałku Keeper, który już od pierwszej nuty na myśl przynosi piosenki, jakie Andy tworzył razem z grupą Lawson. Bardzo ciekawe spokojne brzmienie. Brawo! Jeśli natomiast chodzi o kolejne piosenki, które raczej zamiast cieszyć nudzą i nie wprowadzają na album nic nowego, to śmiało można do tego grona zaliczyć m.in. dłużące się Honey, wtórne One Last Time czy zamykające krążek, przygnębiające Hold On.
Podsumowując, Cedarmont to płyta lekka, na której nie brakuje skocznych dźwięków i przedzierających się do wnętrza nad wyraz smutnych ballad. Jest to także ciekawa wariacja na temat muzyki country. Jestem pewna, że niewielu fanów Andy’ego spodziewało się takiego obrotu spraw. Jednak warto zauważyć, że nie jest to album wybitny, na którym muzyk jakoś szczególnie się wybije. Cedarmont to płyta na jeden raz. Jeśli ktoś chce posłuchać ładnych wpadających w ucho melodii i ciekawego męskiego wokalu – proszę bardzo. Na krążku przecież nie brakuje kawałków do symbolicznego potupania nóżką lub pięknych i wzruszających ballad. Natomiast, jeśli ktoś spodziewa się albumu wybitnego, z którym zostanie na dłużej, to można sobie śmiało darować.

