Site icon All About Music

Andrzej Piaseczny – Kalejdoskop (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Andrzej Piaseczny to jeden z najbardziej rozpoznawalnych wykonawców w kraju. Nie ma chyba Polaka, który nie znałby chociażby jednej piosenki wokalisty – chociażby z czasów, gdy śpiewał w MAFII. Ostatnio jednak artysta postanowił wziąć na tapetę „cudze” utwory. Dorzucając do tego trzy własne, stworzono Kalejdoskop. Tytuł zapewne nie jest przypadkowy, bo tutaj mamy perełki polskiej muzyki ostatnich dekad. Jak to brzmi w wykonaniu Piaska?

Powiem tak: doceniam dość długą drogę artystyczną Andrzeja Piasecznego, który z Piaska znanego wówczas jeszcze jako Kacpra Górniaka ze Złotopolskich uczynił mężczyznę. Przez lata dojrzewał jak wino, by później rozkoszować się jego twórczością.

Gdy usłyszałam, że najnowsza płyta Kalejdoskop jest kompilacją coverów znanych polskich piosenek oraz trzech jego własnych miałam wrażenie, że się przesłyszałam. Miałam wówczas wrażenie, że jest to niepotrzebne. Obawiałam się, że krążek pogrąży dość dobrze prowadzoną karierę wokalisty (między innymi dwie bardzo dobre płyty, nagrane wraz z Sewerynem Krajewskim). Ilekroć w ostatnim czasie artyści chwytali się tworzenia własnych wykonań „cudzych” piosenek i wychodzili na tym niczym Zabłocki na mydle?

On jednak podszedł do tematu niezwykle profesjonalnie. Podczas nagrań towarzyszyła mu Metropole Orkest, która dała piosenkom nowe tchnienie. Andrzej Piaseczny z kolei przedstawił to wszystko w spokojnej i charakterystycznej dla siebie stylistyce. Kwestię, czy mu to wyszło pozostawię Wam. Ja jednak zaprezentuję swój punkt widzenia.

Na początek weźmy pod rozwagę wyjątek od reguły, czyli utwór Kalejdoskop szczęścia. Kawałek, który promuje całe wydawnictwo szczerze mówiąc niczym szczególnym nie wyróżnia się spośród wcześniejszych dokonań artysty, ale przyjemnie się słucha, chociaż przedstawia on historię bardzo smutną.

W dalszej części bawi się wprost polskimi piosenkami. W jednych przypadkach wyszło mu wręcz brawurowo, lecz w innych wolałam jednak powrócić do oryginalnego wykonania. Covery wychodzą raz lepiej, raz gorzej – to żadna tajemnica. Sztuką jednak jest wykonanie tego w taki sposób by: po pierwsze, zaciekawić słuchacza; po drugie, zrobić to tak naprawdę, po swojemu; i wreszcie – po trzecie, aby każdy z nas stwierdził, że to śpiew tego konkretnego utworu przez konkretnego wykonawcę jest naprawdę świetne. Przykładowo, Santana zaczyna się dość mdło, lecz dopiero właściwie pod koniec robiło się dość ciekawie. Chyba w założeniu miało to być przyjemne wykonanie, ale całość nie wyszła zbyt przekonująco, jak miało to miejsce u Kayah. U niej towarzyszyły prawdziwe emocje, czuć było dramaturgię a tutaj? Kompletnie to nie wyszło. No niestety… Zanim zrozumiesz (org. Varius Manx) oraz O sobie samym wyszło o wiele lepiej, ale mimo, że były wokalista MAFII bardzo się stara (to słychać!), to jakoś nie potrafię zaakceptować nowych wersji tych kawałków.

Zupełnie inne emocje towarzyszyły mi, gdy wysłuchałam Do kołyski (org. Dżem) oraz Ostatni (org. Edyta Bartosiewicz). Utwory, będące wręcz wizytówkami polskiej muzyki są wykonane z pomysłem i wyczuciem. Magia dźwięków jednej z najlepszych europejskich orkiestr z tym, co zaprezentował nam Piaseczny wręcz proszą się o owacje na stojąco.

Dla mnie niezwykłą porażką jest wykonanie Scenariuszu Dla Moich Sąsiadów (org. Myslovitz). Zespół kilkanaście lat temu zaprezentował chyba bardziej radosną wersję tego utworu. Pomysł wykonania tego kawałka trochę został niestety przekoloryzowany więc to, co otrzymaliśmy jest po prostu kpiną. Niezwykle ciężko było mi również przy Liście (org. Hey). Z jednej strony mamy niezwykle emocjonujące, rockowe wykonanie Kasi Nosowskiej i spółki, a z drugiej delikatniejszą wersję od Andrzeja Piasecznego. Tak tutaj się wybronił i prezentuje nam paletę swoich maksymalnych możliwości wokalnych.

Korzystając z okazji, artysta postanowił również umieścić swoje starsze utwory. Wszystko trzeba przeżyć znamy z trzeciej płyty Piaska, za to Ja (Moja Twarz) pamięta jeszcze czasy MAFII. Zdecydowanie jest to the best of tego krążka, chociaż nowa wersja tego drugiego utworu chwilami przypomina piosenkę Seala, Kiss From A Rose.

Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takiego ruchu po bardzo dobrych wcześniejszych albumach. Opłaciło się to jednak Piaskowi, który już w dniu premiery wydawnictwa mógł się poszczycić platynową płytą. Ta sztuka udaje się nielicznym, a w ogólnym rozrachunku wydaje się (mimo kilku mankamentów), że Andrzej Piaseczny, niezwykle dojrzały i doświadczony artysta (23 lata na scenie robi wrażenie) tak naprawdę nie ma się czego wstydzić. Niektóre kawałki na Kalejdoskopie co prawda nie powinny się tam znajdować, aczkolwiek całokształt wyszedł dość przyzwoicie.

Exit mobile version