Jeszcze nigdy nie wyszedłem z rapowego koncertu przepełniony tak pozytywną energią! Po wtorkowym koncercie w Warszawie Aminé śmiało dopisuję do listy raperów genialnych na żywo. Co za gość!
Nim raper z Portland pojawił się na scenie, wypełnioną fanami rapu Proximę rozgrzewał DJ Madison LST. I zagrał naprawdę solidny, 50-minutowy set. Nie był złożony jedynie z największych rapowych kawałków, jak to zwykle bywa przed takimi koncertami. Madison spojrzał na sprawę z nieco innej strony i obok Sicko Mode czy goosebumps, usłyszeliśmy remixy piosenek od Jacksons 5, TLC, Rihanny czy Beyoncé. Wyszło naprawdę genialnie i ani trochę nie żałuję, że Aminé nie jeździ po Europie z jakimś raperem na supporcie!
Zaraz po secie na ekranie po raz pierwszy tego wieczoru pojawił się Rickey Thompson, który w jego charakterystycznym stylu (SAD ON YO MF BDAY?!) zaprosił wszystkich na koncert. W końcu wywołany głośnymi okrzykami fanek na scenie pojawił się Aminé i swoje show zaczął podobnie jak jego najnowszy krążek, od kawałka DR. WHOEVER.
W uszy od razu rzuciło się dobre nagłośnienie i znajomość słów piosenek fanów z Polski. Aminé po odegraniu kilku pierwszych kawałków umówił się z nami, że na jego koncercie wszyscy mają się czuć piękni i pewni siebie, dlatego na każdy jego okrzyk you are beautiful!, mieliśmy odpowiadać I know!. I już do samego końca koncertu naprzemiennie z DJ Madisonem właśnie w ten sposób budowali naszą pewność siebie.
W setliście oprócz największych kawałków z dwóch studyjnych płyt rapera, więc takich jak BLACKJACK, do którego dosłownie dwa tygodnie otrzymaliśmy teledysk, Spice Girl, Yellow, Wedding Crashers, REEL IN IT i najpiękniejszego wykonania Caroline, które razem z artystą odśpiewaliśmy przy akompaniamencie samych klawiszy, otrzymaliśmy również bonusowy traczek Heebiejeebies z Kehlani, a nawet mocno koncertowe Campfire, które raper nagrał wspólnie z Injury Reserve.
Na ekranie za raperem przez cały koncert wyświetlały się ciekawe wizualki adekwatne do tego, o czym śpiewał Aminé, często z motywacyjnym przekazem. To plus zachowanie rapera, jego rozmowy, zabawa z you are beautiful czy nawet filmiki Thompsona spowodowały, że po raz pierwszy wyszedłem aż tak zmotywowany i naładowany pozytywną energią z rapowego gigu. Czapki z głów!
Parę tygodni temu pisałem, że to najprawdopodobniej ostatnia szansa na spotkanie z Aminé w tak kameralnym gronie. Jestem przekonany, że kolejny klubowy koncert u nas odbędzie się już większej Progresji, to nie jego pierwszy sold out na trasie. Popularność Adama rośnie z dnia na dzień i śmiało obstawiam, że kolejna płyta artysty z Portland trafi do najlepszej dziesiątki amerykańskiego Billboardu. Z całego serca mu tego życzę!
PS If you aint black don’t say it!

