Alizée to pochodząca z Francji wokalistka, która karierę rozpoczęła w 2000 roku, mając jedynie 16 lat. Jej debiutancka płyta Gourmandises, z której pochodzi największy hit artystki – Moi… Lolita – była wielkim przebojem na całym świecie. Kolejne trzy (wydawane kolejno w 2003, 2007 i 2010 roku) przechodziły niestety bez echa. Walkę o słuchacza Alizee podejmuje po raz czwarty. Czy album 5 będzie jej powrotem na szczyt?
Przeglądając listę osób, które pracowały przy najnowszym krążku francuskiej wokalistki, zauważyłam, że ona sama nie miała żadnego udziału w pisanie tekstów. Trochę mnie to zmartwiło, bo lubię wiedzieć, że wszystko to, o czym śpiewa dany artysta, płynie prosto z jego serca. A Alizee jest już na tyle dorosła, że nie jednej rzeczy doświadczyła. Za produkcję albumu odpowiada Alexandre Azaria, który zajmuje się muzyką od lat 80.
Płyta Alizée jest dość nierówna.Z jednej strony mamy tu bowiem ciekawe, orkiestrowe utwory. Z drugiej natomiast banalne popowe piosenki. Gdyby jeszcze zapadały w pamięć. Niestety, hitu na miarę Moi…Lolita na 5 nie znalazłam. Nie oznacza to jednak, że nie warto sięgnąć po album Francuzki. Mnie Alizée przekonała trochę do francuskiego popu. Nie jestem fanką tego języka, ale przekonałam się, że utwory śpiewane w tym języku mogą brzmieć bardzo uroczo. I taka przede wszystkim jest piąta płyta artystki. Bardzo kobieca, słodka i pełna wdzięku.
Album zaczyna się całkiem przebojowym, singlowym nagraniem À cause de l’automne, charakteryzującym się na dodatek bogata aranżacją. Chociaż piosenka jest całkiem dobra, nie może równać się z 10 ans. To moim zdaniem najlepsza kompozycja na 5. Odpowiednio szybka, świetnie wykonana i bardzo chwytliwa. Szczególnie refren – nucę go od tygodnia. Wydaje mi się, że właśnie ten utwór powinien zostać drugim singlem promującym nowy krążek Francuzki. Szybko moje serce podbiła również orkiestrowa piosenka Je veux bien.
Jednak oprócz tych trzech pierwszych utworów mało który zwraca na siebie uwagę. Mamy tu jeszcze chociażby popowe, gitarowe Le dernier souffle, które zachęca do tańca, ale na dyskotekach się całe szczęście nie sprawdzi. Dalej znajdziemy również popowe, słabe nagranie Boxing Club, w którym Alizee, posługując się słownictwem sportowym, została znokautowana. Brzmi gorzej niż w innych piosenkach. Znacznie lepiej oceniam przyjemne Si tu es un homme, które, choć jednym uchem wlatuje, a drugim wylatuje, jest bardzo pogodną, wiosenną piosenką. Nie podobają mi się jedynie momenty, kiedy Alizee powtarza a a a a a. Prawie na sam koniec płyty wypchnięta została kompozycja Happy End. Jak można się po samym tytule domyśleć, do smutnych piosenka nie należy. I faktycznie. Delikatna elektronika przeplata się z orkiestrowymi elementami, dając nam w efekcie bardziej nowoczesną wersję 10 ans czy Ja veux bien.
Obok tanecznych, szybkich piosenek, trochę miejsca na 5 zajmują ballady. Mi do gustu przypadła szczególnie jedna spokojna piosenka. Jej tytuł brzmi Mon chevalier i została pięknie zagrana na gitarze akustycznej. Utwór ma swój niepowtarzalny klimat i aż szkoda, że pozostałe trzy ballady (Jeune fille, La guerre en dentelle, Dans mon sac) również się nim nie charakteryzują.
Może i piata płyta Alizee nie sprawiła, że natychmiast zapragnęłam poznać poprzednie pozycje w jej dyskografii, ale cieszę się, że po nią sięgnęłam. Album 5 robi dobre wrażenie, choć nie wydaje mi się, bym po pół roku pamiętała którąś z piosenek na nim zawartych. To jest właśnie minus tej płyty. Krążek, który dostałby najwyższą notę, musi być nie tylko porządnie nagrany i dopracowany, ale i zostawać w pamięci i wciąż wzbudzać emocje. Tego drugiego również tu zabrakło. Piosenki sprawiają wrażenie nieco pustych.
