Alicia Keys już od dawna jest jedną z najbardziej przeze mnie szanowanych wokalistek. Więcej: niech mi ktoś powie, jak można jej nie szanować. Sama pisze i komponuje swoje utwory, nie idzie za komercją, świetnie śpiewa. Czego chcieć więcej? Jej pierwsze trzy albumy – Songs in A Minor, The Diary of Alicia Keys oraz As I Am – bardzo lubię i chętnie do nich wracam. Ostatnio przekonałem się nawet do jej czwartego ‘wyrobu’ – The Element of Freedom. A jak będzie z Girl on Fire?
Muszę przyznać, że niezmiernie się tej płyty bałem. Jak już pisałem, przez długi czas nie mogłem się polubić z The Element of Freedom. Trzeba poświęcić mu bardzo dużo czasu. Girl on Fire zapowiadało się jeszcze gorzej. Najpierw koszmarny utwór nagrany razem z mężem (Swizz Beatz) pt. International Party, później kawałek New Day, który nie dorastał do pięt utworom z pierwszych płyt. Gwoździem do trumny były niektóre występy na żywo. Keys nie brzmiała dobrze. Miała jakby zdarty wokal. Czy po czymś takim można się nie bać?
Już od pierwszego przesłuchania zostałem płytą Girl on Fire wręcz oczarowany. Znajdują się tu raczej proste piosenki z oszczędną aranżacją. Typowe dla Alicii. Jednak właśnie to, moim zdaniem, największy plus. Zaczyna się od intra zatytułowanego De Novo Adagio. Wokalistka na każdym albumie ma taki krótki wstęp. Ostatni (Element of Freedom) nieco zawodził. Ten jest jednak świetny. Bardzo prosty, zagrany jedynie na pianinie. Słowem piękny. Podobnych utworów tu sporo, bowiem większość to ballady. Wyróżnić tu można chociażby wykonywane razem z wokalistą R&B – Maxwellem – Fire We Make (które równie dobrze mogłoby znaleźć się na Songs in A Minor), bardzo ładne That’s When I Knew czy w końcu stworzone przez Emeli Sande 101. Ten ostatni numer trochę odstaje od pozostałych, ale jest naprawdę dobry. Niektórzy pewnie powiedzą, że cichy, nudny i nijaki, ale mnie on zahipnotyzował. Jedyne co nie do końca mi się podoba to ta końcówka z zupełnie niepotrzebnym Alleluja… Jednak za zdecydowanie najlepszą z ballad (obok oczywiście Brand New Me) uznaję Not Even the King. Trudno powiedzieć czym mnie ujęła. To po prostu utwór w stylu Keys. Prosty, ale chwytający za serce. Bardzo podoba mi się też tekst piosenki (o którym za chwilę).
Czy w ogóle jest tu piosenka, która mi się nie podoba? Szukałem i szukałem, ale na szczęście takiej nie znalazłem. Wszystkie prezentują bardzo wysoki poziom. Zarówno pod względem wokalnym, jak i produkcyjnym, muzycznym.
Na The Element of Freedom główną rolę odgrywały teksty. Tutaj również utrzymane są na wysokim poziomie. Zachwyca Not Even the King, które najprawdopodobniej dedykowane jest mężowi wokalistki:
Money, some people so poor all they got is money (…) I don’t care what they’re offering How much gold they bring They can’t afford what we got, Not even the king (PL: Pieniądze, niektórzy są tak biedni, gdyż wszystko co mają to pieniądze (…) Nie obchodzi mnie to, co oni oferują Ile złota przyniosą Nie stać ich na to co mamy, Nie stać nawet króla).
To nie jedyny utwór, który opowiada o miłości. Pod względem tekstu podobne jest także When It’s All Over (w tym przypadku mogło być pisane z myślą i o mężu, i o synu) czy Fire We Make. Natomiast Brand New Me opowiada o przemianie, zmianie w życiu artystki. Jedyny tekst, który nie przypadł mi do gustu to ten nieco głupkowaty do New Day, w którym najczęściej powtarzana fraza to ey, ey, eyyy.
Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony z nowego krążka Alicii Keys. Spodziewałem się, że będzie masakrą nienadającą się do słuchania. Tak się na szczęście nie stało. Girl on Fire to bowiem zestaw trzynastu spokojnych i żywszych utworów utrzymanych na wysokim poziomie. Choć marzę o powrocie wokalistki do czasów The Diary of Alicia Keys czy Songs in A Minor, to muszę przyznać, że nowy album stawiam wyżej niż As I Am i The Element of Freedom. Kawał dobrej roboty.

