Mimo że Alabama Shakes to zespół u nas niemal wcale nieodkryty, reszta świata już od jakiegoś czasu wprost za nimi przepada. Pochodzą ze słonecznej Alabamy i mają na koncie Americana Music Honors & Award for Emerging Artist of the Year oraz dwie nominacje do Grammy. Charyzmatyczną wokalistkę, Britany Howard porównuje się do takich dinozaurów jak Janis Joplin, choć osobiście bardziej podoba mi się zestawienie z Amy Winehouse. Sound & Color to ich drugi studyjny album. Co na nim znajdziemy?
Płytę otwiera ospałe i marzycielskie Sound & Color, stanowiące swego rodzaju prolog do albumu. Utwór otwiera kołysząca i subtelna partia syntezatorów odpowiadających brzmieniem dzwoneczkom. Niespiesznie sączącą się melodię dźwięku głównego dopełnia równie stłumiony, kołysankowy wokal. W tle możemy zaobserwować ledwo słyszalne dźwięki perkusji, która choć odsunięta na plan dalszy pełni funkcję rytmizującą. Specyficzny rozmarzony charakter utworu został osiągnięty dzięki przesunięciu sekcji wokalnej względem reszty instrumentarium, gdzie pierwsze dźwięki kolejnych całostek rozpoczynają się nieco wcześniej niż głos. Z utworem koresponduje zamykający krążek kawałek Over My Head, co stanowi swego rodzaju klamrę spinającą album.
Singlowe Don’t Wanna Fight to kompozycja typowo bluesowa. Bazą kawałka jest dość prosta, przewijająca się przez cały utwór sekcja gitary. Mimo tego, że utwór wznosi się na pięciolinii doznajemy wrażenia rozpływania się kawałka. Jest to oczywiście zasługa operowania półtonami. Warto zwrócić uwagę na partię wokalną, bo właśnie w tym utworze możemy precyzyjnie przyjrzeć się skali głosu Britany.
Zupełnie inaczej rzecz się ma z Dunes. Kawałek jest budowany przez rozleniwioną i niespieszną, choć rytmizującą kompozycję sekcję perkusji. Jej śladem ciągnie się ospały wokal. Utwór nabiera kolorów dopiero w refrenach, gdzie głos wznosi się zarówno wysokością jak i natężeniem dźwięku a z przestrzeni nagle wyłaniają się mocne, natężone gitary. Mimo pozornej niespójności kompozycja jest dobrze przemyślana i opracowana a nieoczekiwane zmiany natężenia dźwięku wydają się fajnie koloryzować dość prosty schemat dźwiękowy.
Z innej pozycji ale wciąż według podobnego schematu wypływa Future People. Kawałek otwiera wysokorejestrowa, rozlewająca się wzdłuż taktów sekcja wokalna wsparta na rytmizującej, durowej partii gitarowej. Charakterystyczne wrażenie „rozlewania się” głosu zostało osiągnięte dzięki obejmowaniu przez poszczególną artykulację głosową kilku odpowiadających jej w danym przedziale czasu dźwięków instrumentarium. Podobnie jak w Dunes maksymalny wykwit dźwięku pojawia się oczywiście w refrenie, gdzie do odosobnionej dotąd gitary dołącza mocna perkusja a wokal z leniwego nucenia staje się mocny, zbliżając się do krzyku. Podobną konstrukcję ma również Gimme All Your Love. Rozkołysane, łagodnie rozwijające się dźwięki i pełen splendoru i barw wykwit dźwięku w refrenach.
The Feeling z kolei to kompozycja akustyczna. Utwór jest budowany na przecięciu dość prostej i niemal niezauważalnej, wyciszonej sekcji gitary z równie przydymionym wokalem. Technicznie chyba najmniej ciekawa kompozycja na całej płycie zatem przejdę od razu do Guess Who. Kompozycja to figlarny muzyczny dialog dynamicznej gitary, która wydaje się igrać z wokalem. Wysokie, jasne i durowe dźwięki budują słoneczną aurę kawałka a i wokal tonacją im nie ustępuje. Pogodną atmosferę dodatkowo podbudowuje szczypta wysokorejestrowych smyczków użyta pod koniec każdego z refrenów. Bardzo podobnie został skonstruowany utwór Shoegaze. Kołysząca, ciepła ścieżka gitary i nieco bardziej niż w wypadku Guess Who zaakcentowany wokal (choć wciąż zanurzony w tej specyficznej kołysząco-kojącej atmosferze).
Zupełnie inaczej sprawa wygląda z kawałkiem The Gretest. Tutaj już od pierwszego dźwięku zostajemy zaatakowani brudnym, wręcz punkowym wokalem i zgrzytliwą gitarą. Wraz z rozwojem utworu ten sam motyw muzyczny powoli obrasta w kolejne dźwięki. Jest coraz głośniej i coraz bardziej hałaśliwie ale i coraz bardziej euforycznie. Całość konsekwentnie trzyma się wysokiej, pogodnej tonacji.
Jeśli mówić o podobieństwach Alabama Shakes do Janis Joplin (choć nie jestem pewna, czy takie porównanie nie jest troszeczkę na wyrost) to z pewnością zwłaszcza przy okazji utworu Miss You. Powolna, niespiesznie sącząca się wzdłuż taktów gitara i wokal z tym charakterystycznym, chropowatym, niby nieociosanym zacięciem wychodzą od wspólnego dość nisko usytuowanego na pięciolinii pnia. Wraz z rozwojem kompozycji wzrasta również natężenie i wysokość dźwięku. I nareszcie długo wyczekiwany refren – pełen splendoru, wysoki, mocny i zdecydowany. Rzeczywiście ma się wrażenie, że duch Janis gdzieś tutaj wiruje.
No i w końcu Gemini skomplikowana i pełna nieprzewidywalnych rozwiązań kompozycja Gemini. Celowo spowolniona sekcja wokalna, zostaje dodatkowo zwielokrotniona w echach, co zbliża utwór do obłąkanej mowy widm. Jeśli chodzi o instrumentarium, na plan pierwszy wybija się silnie zaakcentowana perkusja, która choć roztopiona w dźwięku jest jedynym elementem trzymającym dynamikę utworu i zmuszającą wokal do wydania z siebie dźwięku. Jak mówi sam tytuł – Gemini, mamy do czynienia z jakimś pokrewieństwem, bliźniaczą bliskością. I rzeczywiście jeśli wsłuchamy się w melodię utworu dostrzeżemy, że mamy tu do czynienia z innym opracowaniem tego samego motywu muzycznego, który budował Gimme All Your Love. Bardzo ciekawe rozwiązanie, bo muzycy pokazują, że każdy dźwięk, każda melodia w zależności od tego jak zostanie ograna pod względem tempa, natężenia dźwięku, czy efektu echa i pogłosu może przybrać zupełnie inne oblicze i raz wydawać się pełnym splendoru, euforycznym krzykiem, innym razem obłąkaną progresją. Zdecydowanie najlepsza kompozycja na całym albumie.
Podsumowując trzeba powiedzieć, że płyta jest dosyć nierówna. O ile pierwszy krążek Alabama Shakes był bardzo spójny gatunkowo, na Sound & Color pojawia się mnóstwo elementów pochodzących z różniących się od siebie gatunków, które muzycy opracowują według własnego smaku. I chyba właśnie to chcieli przekazać swoim słuchaczom – dźwięk, melodia, która mogłaby się wydawać czymś, co determinuje odbiór utworu jest jedynie plastyczną formą, którą muzycy są w stanie przerobić w każdy sposób i mimo podobnej szaty melodycznej całkowicie przebudować atmosferę i napięcie utworu, dodać mu koloru. Warto posłuchać.

