Site icon All About Music

AC/DC – Rock or Bust (2014), recenzja Kuby Koziołkiewicza

Macie czasem takie uczucie, że jak słuchacie kilka utworów jednego artysty pod rząd, to wydaje Wam się, że są one do siebie łudząco podobne? Ten stan znają na pewno fani australijskiej legendy rocka – AC/DC. Każda płyta, każdy singiel, każda kompozycja ich autorstwa, brzmią praktycznie tak samo. Czasem naprawdę ciężko się połapać, jaki kawałek właśnie leci z głośników. Rock or Bust – najnowsze wydawnictwo zespołu – niewiele w tej tematyce zmienia. Jest to klasyczne brzmienie kapeli, która swoją muzyczną autostradę wybudowała jeszcze w latach 70. Ale czy klasyczne, oznacza złe?

Krążek ten, poza walorami czysto muzycznymi, jest bardzo istotnym punktem w karierze kapeli – został on nagrany bez wieloletniego gitarzysty grupy – Malcolma Younga – który zawiesił swoją muzyczną działalność, z powodu powikłań związanych z udarem mózgu (choruje na demencje). Artystę na płycie zastąpił Stevie Young. Nazwiska w tym przypadku nie są przypadkowe – Malcolm to wujek Stevie’go – więc wszystko zostaje w rodzinie.

Rock or Bust rozpoczyna utwór o takim samym tytule, jak nazwa płyty. Według mnie kompozycja idealnie nadaje się do otwarcia tego longplaya. Gitara Angusa Younga, w swoim znanym wszystkim stylu, tworzy charakterystyczną ścianę dźwięku, będącą kręgosłupem całości utworu, a wokal Briana Johnsona podbija stempel muzycznej, rockowej jakości. Kolejny utwór to Play Ball – singiel promujący najnowsze wydawnictwo. Tu znów pierwsze skrzypce, lub powinienem napisać – pierwszą gitarę – odgrywa wiosło A.Younga. Kompozycja jest bardzo prosta, energiczna i przebojowa, dlatego nikogo nie powinno dziwić to, że stanie się ona jednym z motywów przewodnich oprawy dźwiękowej nadchodzącego sezonu MLB (Major League Baseball – amerykańska liga baseballowa, niesamowicie popularna w Stanach Zjednoczonych). Motyw gitary w Rock the Blues Away – jak wskazuje sam tytuł – ma coś znad nowoorleańskiego klimatu (mekki bluesa). Brian używa w nim mniej „kaczkowego” głosu, co moim zdaniem, akurat w tej kompozycji, brzmi bardzo dobrze. W Miss Adventure pojawia się przyśpiewka na na na, przypominająca trochę tą wykorzystaną w nieśmiertelnym hicie kapeli – Thunderstruck. Dogs of War ma trochę mroczny klimat, który jedynie potęguje przesterowany i mocno obniżony głos, powtarzający w refrenie zdanie „dogs of war”. W tym kawałku pojawia się bardzo ciekawe solo gitarowe – nie bazujące na szybkości, a na melodyjności i interesującym doborze dźwięków. Got Some Rock & Roll Thunder to brat bliźniak otwierających płytę Rock or Bust i Play Ball. Ciężko mu cokolwiek zarzucić, jednak po tytule spodziewałem się mocnego uderzenia piorunem, a otrzymałem delikatny, wiosenny deszczyk… No dobra – deszcz. Hard Times to kompozycja oparta na prostym rytmie – i w znacznej części – tłumionej gitarze. Refren ma moc, której ważnym elementem jest powtarzający się w kółko motyw elektryka, świdrującego słuchaczowi dziurę w głowie. Baptism by Fire posiada – moim zdaniem – najciekawszy gitarowy riff na tym krążku. To zdecydowanie jedna z najlepszych kompozycji Rock or Bust – szybka, zadziorna, energiczna, czyli taka, jaką rockowe tygryski lubią najbardziej. Ma klimat rocka z lat 70., gdy członków zespołów takich jak Arctic Monkeys, czy The Kooks nie było nawet w łonie matki. Po energicznym Baptism By Fire otrzymujemy utrzymane w podobnym tempie Rock the House. Bardzo agresywny i nastawiony na uderzanie w wyższe dźwięki wokal Johnsona w tym utworze musi się podobać. Czasem zapominam, że gość ma już prawie 70 lat! O ile w przypadku Got Some Rock & Roll Thunder tytuł nie do końca pasował do zawartości, tutaj wszystko jest na swoim miejscu. Sweet Candy zaczyna się pulsującym basem, który przeistacza się – w znane nie tylko z tej płyty – klasyczne brzmienie kapeli. Kontynuując podchodzenie do tytułów utworów z lekkim dystansem, tutaj nie ma nic słodkiego – jest kwaśny i dający kopa kawał klasycznego rock and rolla, którego wśród obecnych przedstawicieli tego gatunku niestety ciężko znaleźć. Rock or Bust kończy Emission Control, utrzymany w takim samym stylu, jak większość kompozycji na płycie. Odróżnia go czas trwania – trzy minuty i czterdzieści jeden sekund – co daje mu pozycję numer jeden w zestawieniu najdłuższych kawałków tego wydawnictwa.

Ciężko napisać o Rock or Bust coś odkrywczego, gdyż sama jego zawartość, nie jest czymś zaskakującym. AC/DC zaoferowało swoim słuchaczom utwory, których mogliśmy się spodziewać. Grupa od początku lat 80., kiedy to rozpoczęła pracę z Brianem Johnsonem, gra praktycznie to samo. Tak jak pisałem we wstępie – ich utwory zlewają się w jedną całość, nie mówiąc już o perkusji, która cały czas wystukeje niemal identyczny beat. Lecz tak na prawdę, nie ma to żadnego znaczenia. Co z tego, że cała dyskografia AC/DC to ponad setka identycznych kawałków, skoro słucha się ich z ogromną przyjemnością? Odsłuchiwanie najnowszego wydawnictwa Australijczyków zleciało mi bardzo szybko. I to bynajmniej nie przez to, że czas trwania kompozycji na Rock or Bust wynosi nieco ponad 35 minut, tylko dlatego, że wszystkie utwory są po prostu rewelacyjne. Poza moimi docinkami – z przymrużeniem oka – dotyczącymi tytułów piosenek, naprawdę trudno się tu do czegokolwiek przyczepić. Nawet okładka zasługuje na ogromne pochwały – jest trójwymiarowa! Niby taka pierdoła – zapewne nie wpływająca znacząco na koszty produkcji – a cieszy.

Rok 2014 był w świecie muzyki rockowej bardzo przeciętny. Szczerze mówiąc nie pamiętam, kiedy ostatni raz, w ciągu 365 kalendarzowych dni, wydanych zostało tak mało dobrych płyt tego gatunku. Przyzwoity poziom utrzymali U2 i Foo Fighters, ale spodziewałem się po nich czegoś więcej. Pink Floyd wydali swoje The Endless River, lecz prawie godzina tylko i wyłącznie instrumentalnej muzyki za bardzo mnie nie porwała. Jedynie Slash i jego World on Fire dawały nadzieję, że obecny rok nie będzie zupełnie stracony. Na szczęście pojawił się jeszcze Rock or Bust, który pochłonął wszystkie pozostałe płyty w całości. A jako, że Sylwester tuż tuż, to mogę z czystym sumieniem stwierdzić, iż to najlepszy rockowy album 2014 roku. Bezapelacyjnie.

Oceniając tę płytę, naszła mnie pewna refleksja. Niestety, zegara biologicznego nie da się oszukać, a nie jest tajemnicą, że muzycy AC/DC młodzieńcze dni mają już daleko za sobą (nawet kilka lat temu ogłosili zakończenie kariery, ale – na szczęście – słowa nie dotrzymali). Czas mija nieubłaganie, a w ich przypadku, każdy rok robi swoje… Zmierzam do tego, że Rock or Bust może okazać się jednym z ostatnich studyjnych albumów Australijczyków. Niewykluczone, iż nagrają jeszcze dwie, trzy płyty, ale jedno jest pewne – to już ich końcowy fragment artystycznej autostrady. Więc jeżeli w przyszłości okaże się, że to wydawnictwo zakończy ich pokaźną dyskografię – będzie ono jej wspaniałym zwieńczeniem.

Exit mobile version