a-ha – Cast in Steel (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Norweskiego tria synth-popowego raczej nie muszę przedstawiać. a-ha na przestrzeni kilkudziesięciu lat zaprezentowała nam wiele wspaniałych hitów, które zapewniły grupie wejście na stałe do historii muzyki rozrywkowej. Mowa tutaj o takich kawałkach jak Stay On These Roads, Early MorningLifelines czy Forever Not Yours. W tym roku mija 30 lat od momentu, kiedy światło dzienne ujrzał ich największy przebój Take On Me. Z okazji tegoż jubileuszu Morten Harket i spółka postanowili jeszcze raz się reaktywować. Przy okazji panowie, ku uciesze fanów wzbogacili swoją dyskografię o nowy materiał. Właśnie dzisiaj ma premierę dziesiąty już album zespołu Cast In Steel. Czy warto było czekać?

Większość z Was zapewne z entuzjazmem przyjęła wiadomość o powtórnej reaktywacji a-ha. Norweskie trio ma w sobie coś, co zachwyca i starszych i młodszych odbiorców. Ich muzyka jest wręcz uniwersalna w odbiorze. Panowie przez ponad 30 lat starają się iść z duchem czasu. Gdy modne były kawałki naszpikowane elektroniką, czyli w latach 80’s (nie mylić z dzisiejszymi czasami – wtedy był ciut inny sprzęt do dyspozycji), miało to odzwierciedlenie w twórczości zespołu. Dekadę później, jakby tego nadmiaru trochę mniej ustępując miejsca balladom i rockowym miejscami brzmieniom – właśnie w tą stronę zespół kroczył aż do dzisiejszych czasów. Gdy pierwszy raz usłyszałam w radiu Forever Not Yours włosy mi dęba stanęły. Serio, długo nie mogłam uwierzyć w fakt, że a-ha, które wówczas poznałam było tą samą grupą śpiewającą kiedyś tam Take On Me. Ciężko bowiem jest być dość popularnym przez tyle lat, zwłaszcza z takim wokalem jakim posiada Morten Harket. Bo zaraz zaczynają się porównania typu „a kiedyś to śpiewał inaczej”. Może to i dobrze. Na przestrzeni tych 10 albumów widać, że a-ha to projekt wciąż aktualny i mimo przeróżnych zmian brzmieniowych rokuje na przyszłość dość dobrze, gdyż zawsze pozostaje w tym wszystkim jeden element spajający wszystko – tak jak dyrektor pewnego fikcyjnego szpitala w pewnym serialu.

Panów na powrót skusił fakt jubileuszu 30-lecia kompozycji Take On Me, który paradoksalnie na początku w ogóle nie odnosił sukcesów. Morten i spółka postawili sprawę jasno: po raz drugi reaktywujemy się, wydajemy płytę z nowym materiałem, ruszamy w trasę i kończymy działalność. Czasy tej pierwszej przypominały, że a-ha nadal jest w stanie tworzyć dobrą muzykę, przyciągnąć nowych odbiorców. Nie robią tego nachalnie, jak koledzy i koleżanki z branży – odbywa się to raczej w sposób naturalny, płynnie i jednostajnie. Jednak nie zawsze to się przekładało na sprzedaż albumów, ale czy to ważne?

Po kilkudziesięciu latach kariery można dostać lekką zadyszkę twórczą. Cały Cast In Steel to właściwie podróż w przeszłość. By zrozumieć istotę tego zdania, wystarczy słuchać albumu wybiórczo. Z jednym małym wyjątkiem. Mowa tutaj o Under The Makeup, który odstaje od reszty prezentowanych utworów na tym wydawnictwie. Można powiedzieć, że to kolejna, lecz śmielsza próba zrobienia czegoś, co na pierwszy rzut oka może być gwoździem do trumny dla zespołu, ale nie jest. Wygląda to bardziej przyzwoicie niż przy Cosy Prisons z Analogue, w którym raczej się nie odnajdywali w ogóle. Kawałki Objects In The Mirror czy też Living At The End Of The World jest przypomnieniem tego, co panowie reprezentowali na dwóch poprzednich płytach, ze wskazaniem na tą wydaną w 2009 roku. She’s Humming A Tune z początku jedynie przypomina wspomniany wyżej argument, lecz w miarę słuchania tego utworu można przypomnieć sobie początkowe płyty. Będąc wspomnieniami, gdy było więcej synthpopu niż popu warto też zaznajomić się z Forest Fire czy Mythomanią. To zdecydowanie takie a-ha pokochałam – panowie wręcz prowadzą za rękę przez całe utwory, pokazując że nadal potrafią wprawić odbiorcę w osłupienie. Oczywiście, z powodu profesjonalizmu tych nagrań.

Kompletnie do gustu nie przypadły mi dwie kompozycje. Chodzi tutaj o Door Ajar, który stara się być powrotem do korzeni, lecz nie do końca się to udało. To tak jakby układać puzzle z dwóch różnych zestawów. Tą drugą jest The Wake, w którym nie wiem o co chodzi. Jedyną częścią utworu, która najbardziej zapadła w pamięć jest jej refren, który ma szansę być rzeczą ponadczasową. Nieoficjalnie mówi się, że to właśnie ten kawałek ma w przyszłości wzmocnić promocję Cast In Steel.  Jeżeli tak rzeczywiście będzie – to OK, ale zawartość albumu jest o wiele lepsza niż wszystkie dotychczasowe single. Powiedziałam wcześniej kilka słów na temat Under The Makeup, więc warto ustosunkować się do tytułowego nagrania, które w dużej mierze przypomina Lifelines. Bardzo przyjemnie się tego słucha, a a-ha stawia na wypróbowany wzorzec. Podobnie rzecz ma się z Giving Up The Ghost, który lekko przypomina poczynania Lauri’ego z utworem Heavy, ale tylko z początku. A Goodbye Thompson jest bardzo miłym gestem pożegnalnym ze strony Harketa i spółki. To zwieńczenie ich długiej muzycznej drogi.

Po przesłuchaniu płyty muszę stwierdzić, że po prostu potrzebuję czasu. Utwory zaprezentowane na Cast In Steel skłaniają nas do tego, byśmy się z nimi zapoznali również w przyszłości. Kto włączy tylko raz i przesłucha, zapewne nie przekona się do magii kawałków, kryjących się pod nowym dziełem a-ha. Ich największy przebój wszech czasów, Take On Me również wymagał pewnego rodzaju cierpliwości, byśmy do tego innowacyjnego jak na te czasy brzmienia mogli się przekonać również i My. Z Cast In Steel jest podobnie i dopiero wielokrotne odtworzenie od czasu do czasu może nas przekonać o wyjątkowości nagrań.

Czytaj również