Chaos kontrolowany. Twenty One Pilots – Breach, 2025 (recenzja)

Twenty One Pilots (materiały prasowe)

Twenty One Pilots to zespół jedyny w swoim rodzaju, który w tym całym swoim gatunkowym miszmaszu i chaosie znalazł metodę i wypracował unikalne sobie brzmienie. Najwidoczniej piloci odnajdują w tym lawirowaniu między gatunkami jakiś złoty środek, a Breach to kolejna w ich dyskografii umiejętnie wyważona mieszanka stylów, która niby przekracza granice.

Już pod koniec lutego na ekrany kin wchodzi film More Than We Ever Imagined – wyjątkowy zapis jednego z największych koncertów zespołu. Wydarzenie, które odbyło się niemal równo rok temu w Meksyku, zgromadziło ok. 65 tys. wiernych słuchaczy kapeli, a sam nagrany materiał wzbogacony został o materiały zza kulis owego występu. Pokazy filmu, także w Polsce, odbędą się w wybranych kinach w dniach 26 i 28 lutego. Omawiany koncert jest doskonałą okazją, aby na nowo przeżyć trasę The Clancy World Tour, która promowała wydane w maju 2024 wydawnictwo o tym tytule.

W momencie, kiedy Clancy ujrzało światło dzienne, raczej nikt nie przypuszczał, że na kolejne wydawnictwo duetu z Columbus przyjdzie nam czekać niewiele ponad rok. Wszak nowy longplay od Twenty One Pilots wydarza się średnio co trzy lata. Jednak dość niespodziewanie, tuż po zakończeniu wspomnianego tournée, co miało miejsce w maju 2025 roku, zespół zapowiedział wydanie kolejnego albumu. Wokalista Tyler Joseph i perkusista Josh Dun stanęli przed niezwykle trudnym zadaniem, jakim było sprostać wysokim jak nigdy dotąd oczekiwaniom fanów oraz dowieźć być może najbardziej wyczekiwany album w historii zespołu. Czy ta sztuka się udała?

W tym miejscu należy nakreślić jednak pewien kontekst, który jest niezbędny do odpowiedniego odbioru twórczości Twenty One Pilots, jak i tej recenzji. Zespół bowiem od dziesięciu lat i pięciu albumów dostarcza fanom złożoną muzyczną opowieść, pełną alegorii, metafor i ukrytych znaczeń. Każdy longplay jest ze sobą połączony fabularnie, każdy opowiada trochę inną historię, jednak zamkniętą w tej samej opowieści. To jak ta opowieść jest prowadzona, wyczytamy z tekstów utworów, ale przede wszystkim ujrzymy w teledyskach. Można stwierdzić, że zespół  przez dekadę prezentuje nam serial, w którym każdy wideoklip to inny odcinek, a każdy album to nowy sezon. Wielowątkowa narracja pełna zwrotów akcji i zawiłych relacji głównych bohaterów, odgrywanych przez Tylera i Josha, oficjalnie kończy się wraz z wydaniem Breach.

Imponujący początek końca

Krążek rozpoczyna się z wielkim przytupem. Longplay otwiera bowiem epicki i rozbudowany kawałek City Walls, zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów nie tylko na tej płycie, ale i w całej dyskografii zespołu. Już pierwsze dźwięki surowej, drapieżnej linii basu dobrze wprowadzają w klimat historii i odpowiednio nastrajają przed odsłuchem reszty albumu. Utwór nakręca, zagrzewa do walki. Warto w tym miejscu wyróżnić dopracowany, dwukrotnie dłuższy niż sam utwór teledysk, na którego produkcję przeznaczono milion (!) dolarów. Jednak co się dziwić rozmachowi wideoklipu, kiedy jest on monumentalnym, kinowym wręcz zwieńczeniem dekady pilotowego storytellingu. Mamy tu wciągającą akcję, efekty specjalne, nawiązania do wcześniejszej twórczości zespołu, a także zakończenie, które pozostawia wiele pytań i zmusza do refleksji. Te dziesięć minut to prawdziwy emocjonalny rollercoaster dla fanów zespołu, nazywanych Clique.

Na samym krążku zmieniamy klimat na nieco bardziej taneczny i pogodny. Drugi na trackliście jest RAWFEAR – melodyjny, przebojowy i bujający utwór z potencjałem na zameldowanie się w komercyjnych stacjach radiowych czy na szczytach list przebojów. Tekst kompozycji przypomina, że życie nie jest żadnym testem, ani konkursem w przekraczaniu granic i osiąganiu celów, lecz niedokonanym procesem, polegającym na ciągłym rozwoju, postępie i znajdywaniu równowagi w nim.

Trzeci w kolejności jest Drum Show – drugi singiel, na który zespół kazał słuchaczom czekać dość długo, bo ponad dwa miesiące. Co uważniejsi fani wyliczyli, że w historii grupy nie było dłuższej przerwy wydawniczej między pierwszym a drugim singlem. Jest to kolejny przebojowy, radiowy kawałek, dedykowany Joshowi Dunowi, perkusiście duetu. Dun muzykę i grę na tym instrumencie stawiał zawsze na pierwszym miejscu, nawet w trakcie jazdy autem, co widzimy w teledysku do tego numeru. Można w nim dostrzec jak Josh urządza z kierownicy mały zestaw perkusyjny. To musiały być jednak dawne czasy,  zważywszy na to, iż radio w samochodzie jeszcze nie zostało wtedy skradzione. O tym, że jest to najbardziej „joshowa” kompozycja w repertuarze TOP niech świadczy fakt, że jest to pierwszy numer duetu, na którym pojawiają się wokale amerykańskiego bębniarza. Tuż po krótkiej, delikatnej partii wokalnej Josha ze świetnym krzykiem wchodzi wokalista Tyler w towarzystwie mocnego basu i hałaśliwej perkusji. To zdecydowanie najlepszy moment całego utworu.

Bardziej zaznajomieni z twórczością zespołu fani mogą odnieść wrażenie, że instrumenty klawiszowe poszły nieco w odstawkę, zwłaszcza w najnowszych albumach. W każdym razie klawiszowych brzmień jest zdecydowanie mniej niż chociażby na debiutanckim krążku, czy w jeszcze starszych, solowych dziełach Tylera, gdzie były one główną osią niemal wszystkich kompozycji. Dlatego tym bardziej cieszy fakt, iż piano znalazło swoje zasłużone miejsce w pogodnym i pokrzepiającym utworze Garbage.

Następnie mamy dynamiczne The Contract, a więc pierwszy singiel z płyty. Oczekiwanie na czerwcową premierę utworu podsycało odliczanie w social mediach zespołu i dwusekundowe, ledwo słyszalne snippety dołączane do każdej rolki. W kawałku bardzo dużo się dzieje produkcyjnie. Słuchając The Contract, jesteśmy wręcz atakowani agresywną perkusją i dynamiczną gitarą, a to wszystko podszyte elektronicznym, syntezatorowym podkładem. Skojarzenia z twórczością Linkin Park są jak najbardziej na miejscu. Warto zwrócić uwagę na bardzo ciekawą, niekonwencjonalną strukturę tego numeru, gdzie zwrotki, bridge i refreny pojawiają się w jakiejś chaotycznej, nielinearnej kolejności, zupełnie niezgodnej z zasadami konstrukcji utworu muzycznego (jeśli takowe istnieją). Niemniej, podczas odsłuchu zupełnie nie odnosi się wrażenia, że nic nie jest tu na swoimi miejscu. Twenty One Pilots udowodnili tym samym, nie po raz pierwszy z resztą, że zabawy z konwencją wychodzą im na dobre. Odsyłam w tym miejscu także do teledysku do tego kawałka – jednego z najciekawszych i najbardziej wciągających pod kątem montażu i pracy kamery.

Kolejne na trackliście Downstairs ma w sobie ducha starych numerów zespołu, zwłaszcza tych z albumu Regional at Best z 2011 roku. Przeczesując się w głąb dyskografii zespołu, można zauważyć, że rzeczywiście coś jest na rzeczy. Okazuje się, iż Downstairs to w istocie rework czternastoletniego, niedokończonego nigdy instrumentalnego kawałka, znanego jako Korea demo.

Josh zapytał: „A co, jeśli dokończymy tę piosenkę?”. Na początku pomyślałem, że to szaleństwo. To stara piosenka. Teraz jestem inny, zmieniłem się. Ale gdy skończyłem ją, zdałem sobie sprawę, że to niesamowity utwór.

Tyler Joseph

Jest to jeden z wielu na tej płycie ukłonów w stronę fanów, którzy z dużą łatwością wyłapują wszystkie tego typu smaczki i mrugnięcia okiem. W tekście znajdziemy odwołania do relacji wokalisty z Bogiem. Należy nadmienić, iż tematyka wiary jest dla zespołu bardzo istotna, a jej obecność zaznaczona jest najwyraźniej właśnie w jego najwcześniejszej twórczości.

Muzyczne zróżnicowanie – domena Twenty One Pilots

Każdy album Twenty One Pilots posiada na trackliście przynajmniej jeden lovesong, a na Breach jest to Robot Voices. To kolejna przyjemna, melodyjna kompozycja na płycie z radiowym potencjałem. Jego geneza jest o tyle ciekawa, że w niemal niezmienionej formie wykorzystuje melodię z utworu My Soft Spots My Robots mało znanej, indie-rockowej kapeli Blanket Approval. Tyler Joseph po prostu natknął się ten utwór i zachwycony zawartą w nim melodią, postanowił inkorporować ją do własnego numeru, uwzględniając członków zespołu Blanket Approval wśród autorów tekstu.

Center Mass to jeden z najciekawszych utworów zarówno na Breach jak i w całej dyskografii grupy. Już w trakcie pierwszego odsłuchu pozytywnie mnie zaskoczył i utkwił w pamięci na dłużej. Słyszymy w nim wpadające w ucho naleciałości neo-soulu, alternatywnego R&B, a nawet funku czy jazz-popu. Instrumental przywodzi mi na myśl twórczość Tom Mischa czy Andersona Paaka. W drugiej połowie kompozycji kawałek nagle się uspokaja i wycisza, żeby wkrótce uderzyć w słuchacza niespodziewanym pokładem energii i dynamizmu, z przenikliwym krzykiem wokalisty i mocnymi uderzeniami perkusji. Moim zdaniem zupełnie zbytecznie. Pierwsza część numeru jest bardzo nastrojowa i niesztampowa. Wielka szkoda, że ten klimat nie utrzymuje się przez całość trwania utworu.

Chwila wytchnienia przychodzi wraz z utworem Cottonwood, który wprowadza w bardziej ponury, melancholijny i smutny nastrój, a kończy się iskierką nadziei i pokrzepienia. To emocjonalny wyciskacz łez o słodko-gorzkim przesłaniu. Kawałek jest upamiętnieniem zmarłego niedawno dziadka wokalisty TOP.

One Way to kolejny chwytliwy utwór z namiarami na radiowy przebój i z tekstem, który mocno we mnie rezonuje. Tyler śpiewa w nim o walce między własną ambicją a ograniczeniami. Wokalista formułuje swoje pragnienie „latania” w kontekście zewnętrznej presji lub wewnętrznych możliwości, które blokują wolność. Zwrotki nawiązują do utraconych marzeń i gasnącej inspiracji, zaś bridge podkreśla poczucie wyobcowania z otoczenia. W moim prywatnym rankingu znajduje się z pewnością w top 3 ulubionych kompozycji na Breach. Numer ten jest nierozerwalnie związany z kolejnym na trackliście Days Lie Dormant, a spoiwem między tymi dwiema kompozycjami jest wpleciona na końcu One Way głosówka Josha, który zapowiada następny utwór. Jeśli chodzi o najlepsze smooth przejścia w twórczości pilotów, to myślę, że konkurować może tylko z duetem JumpsuitLevitate z wydanego w 2018 roku albumu Trench.

fot. Fabien Kruszelnicki

Jeśli zaś chodzi o Days Lie Dormant, to jest to mocno wybuchowy, dynamiczny, pompatyczny i taneczny numer, a moim ulubionym momentem w całym utworze jest kilkusekundowa, pędząca linia basu w pierwszej zwrotce. Cała kompozycja przywodzi mi na myśl dwa ostatnie albumy projektu Panic! At The Disco.

Przedostatni w kolejce Tally to również bardzo energetyczny numer, posiadający podobną muzyczną strukturę co The Contract, zwłaszcza pod kątem partii perkusji w refrenie. Jest to jeden z moich ulubionych lirycznie kawałków na całym krążku, gdyż można go traktować jako przeprosiny. Odnosi się ogólnie rzecz biorąc do zwątpienia i tytułowego naruszenia zaufania w relacjach. Tyler Joseph wspomniał w wywiadzie udzielonym Zane’owi Lowe’owi po wydaniu pierwszego singla z płyty, że czuł, iż  jako zespół naruszyli zaufanie fanów, twierdząc wcześniej, że to poprzedni album Clancy wyznacza koniec historii. Tekst jest napisany dość uniwersalnie, przez co można go interpretować zarówno na poziomie pilotowego lore, relacji międzyludzkich czy wiary w Boga.

Album wieńczy skromne, acz wzruszające Intentions, a więc kolejny fanserwis. „Intencje cię wyzwolą” – taki przekaz płynie wartkim strumieniem łez nie tylko z tego utworu, ale i z całej fabularnej opowieści, która swoje ujście znajduje właśnie w tym numerze. Tutaj spostrzegawczy fani znowuż od razu wyłapali podobieństwa do jednego ze starszych kawałków TOP. Jest to subtelny, delikatny, ale niesamowicie poruszający i emocjonalnie rozbrajający numer, który uderza mocniej z bagażem wiedzy o całym lore i tego jak się zakończył.

W wydaniu deluxe albumu o nazwie Digital Remains, poza dopracowanym i obszernym bookletem, znajdziemy jeszcze jeden utwór – wzruszające Drag Path. Emanuje on niezwykłą mocą, a przy tym wszystkim jest bardzo budujący i pokrzepiający. To taka paczka chusteczek na otarcie łez po zakończeniu odsłuchu Breach i idącej za tym dziesięcioletniej opowieści.

Ciąg dalszy nastąpił

Breach można traktować jako kontynuację albumu Clancy. Recenzowana płyta to trudny do sklasyfikowania muzyczny byt, zawieszony w limbo między zupełnie nową erą, kolorystyką i odrębnym brzmieniem, a podwójnym albumem, gdzie zazwyczaj utwory utrzymane są w spójnym i tym samym stylu. Breach faktycznie nawiązuje estetyką, brzmieniem i narracją do Clancy, nie mamy tutaj tak drastycznej zmiany image’u i kierunku przedstawianej historii, zaciera się też granica oddzielająca koniec i początek kolejnej ery. Niemniej, Breach wydaje się ciekawszy i bardziej rozbudowany od poprzednika. Wyróżnia się na jego tle większym dynamizmem, przebojowością i muzycznym zróżnicowaniem. Kiedy Clancy jawi się jako krążek alt-popowy, tak Breach odznacza się większym i ostrzejszym pazurem, przez co bliżej mu do alt-rocka.

A jeśli mowa o warstwie muzycznej, to nie sposób nie wspomnieć kluczowej roli Paula Meany, świetnego producenta, byłego lidera formacji Mutemath, który współpracuje z Tylerem i Joshem przy ich każdym albumie, począwszy od Trench. Jego producencki sznyt nadaje zupełnie nową jakość brzmieniu TOP. To między innymi dzięki niemu ostatnie krążki zespołu pod kątem produkcyjnym stoją na tak wysokim poziomie i w każdym szczególe są tak pieczołowicie dopracowane. Słychać tu całe mnóstwo drobnych zabiegów, które przy pierwszych odsłuchach są zupełnie niezauważalne. To jednak duża zaleta Breach, gdyż przy każdym kolejnym odsłuchu można odkryć w nim coś nowego, wychwycić jakiś nowy pogłos, ukryty chórek czy schowane partie basowe.

Podrasowany bas kontrastujący z delikatnym brzmieniem klawiszy wychodzi spod dłoni Tylera Josepha. To właśnie frontman grupy jest szefem projektu o nazwie Twenty One Pilots, jego mózgiem kreatywnym, pomysłodawcą i głównym twórcą fabularnego aspektu zespołu, a także autorem wszystkich kompozycji oraz tekstów. Ponadto fani krzykliwych partii wokalnych będą zadowoleni. Na Breach Tyler krzyczy całkiem sporo, czego również i mi brakowało na ostatnich trzech płytach. Jednak w żadnym wypadku rola perkusisty Josha Duna nie jest marginalna, wręcz przeciwnie. Perkusja na Breach wybrzmiewa lepiej, pełniej i wyraziściej niż na wcześniejszych płytach TOP. Josh bardzo odczuwalnie zaznacza tu swoją obecność, bowiem brzmienie perkusji na każdym tracku jest prawdziwym motorem napędowym i solidnym fundamentem reszty instrumentarium.

fot. Fabien Kruszelnicki

Zespół ukrytych znaczeń

Co więcej, na płaszczyźnie storytellingu, postać, którą odgrywa Dun jest kluczowa w zrozumieniu całej fabuły. Fabuły, która jest integralną częścią zespołu, i która spaja ostatnie pięć albumów i dziesięć lat działalności zespołu w jedną, rozbudowaną i imponującą opowieść. Opowieść, będącą jedną wielką alegorią walki z depresją i radzenia sobie z problemami natury psychicznej. Można ją także interpretować na poziomie wiary i walki z grzechem.

W dużym skrócie, lore Twenty One Pilots zabiera nas w podróż do fikcyjnego miasta Dema na kontynencie Trench. W tych miejscach akcji, protagonista o imieniu Clancy (w tej roli Tyler) przy pomocy ruchu oporu zwanego Banditos na czele z Torchbearerem (granego przez Josha) próbuje stawić czoła zarządzającym metropolią biskupom, którymi dowodzi Nico, znany również jako Blurryface, będący ucieleśnieniem lęków, strachu i niepewności głównego bohatera. Jak widać, nazwy albumów duetu mają swoje odzwierciedlenie w opowieści. Każdy krążek przedstawia inny etap tej historii, a Breach jest jej epickim i emocjonalnym zwieńczeniem.

A skąd bierze się tak ogromny sukces tej opowieści? Co sprawia, że przez tyle lat nie znudziła się fanom? Clique niestrudzenie szpera, robi reaserch i odważnie łączy ze sobą kolejne puzzle tej nieoczywistej układanki. Sukces pilotowego storytellingu tkwi w jego uniwersalności. Jest to historia, z którą można się utożsamić i interpretować na wiele sposobów. Z pewnością każdy w tych postaciach i ich przygodach odnajdzie jakąś cząstkę siebie.

 „This clique means so much to this dude”, czyli fani oddani zespołowi i zespół oddany fanom

Cały album to jeden wielki fanserwis. W brzmieniu i tekstach zupełnie nowych utworów przewijają się liczne nawiązania do starszych kawałków. Można wychwycić odniesienia do takich numerów jak Heavydirtysoul z wydanego ponad dekadę temu przebojowego albumu Blurryface czy Truce, Holding On To You oraz Migraine z jeszcze starszego wydawnictwa Vessel z 2013 roku. Co uważniejsi fani wynajdują zdecydowanie mniej oczywiste i subtelniejsze nawiązania do najmniej znanych utworów w repertuarze kapeli, a nawet do amatorskiej, starszej niż sam zespół solowej twórczości Tylera Josepha. Przy tylu mrugnięciach okiem można odnieść wrażenie, że album ten został stworzony właśnie z myślą o Clique. Z myślą o tym, aby dostarczyć najwierniejszym fanom dopracowane, emocjonalne doświadczenie, które dla kogoś spoza pilotowej bańki mogło by być kompletnie niezauważalne i niezrozumiałe. Dla Twenty One Pilots bliska relacja z fandomem ma o wiele większą wartość niż notowania list przebojów, regularne emisje w dużych rozgłośniach, kolejne nagrody czy uznanie branży.

Paradoksalnie jednak, kiedy w zespole zdaje się, że definitywnie zeszło ciśnienie, żeby dowieźć hit na miarę Stressed Out czy Heathens, piloci zaliczyli triumfalny powrót na szczyty list Billboardu po dziesięciu latach. Breach, jako pierwszy krążek zespołu od czasu wydanego dekadę temu Blurryface, zadebiutował na pierwszym miejscu prestiżowej listy Billboard 200. Najnowszy longplay duetu odnotował także najlepszy debiut albumu rockowego na tej liście od sześciu lat i albumu Fear Inoculum zespołu Tool. Ponadto Breach w całej, trzydziestoczteroletniej historii notowania tego zestawienia może się pochwalić największą liczbą sprzedanych płyt winylowych w pierwszym tygodniu od premiery. Kapela swoim imponującym powrotem przebiła takich mainstreamowych gigantów jak Sabrinę Carpenter czy Eda Sheerana, który notabene wydał album tego samego dnia co TOP. To tylko pokazuje jak oddanym fanbasem mogą poszczyć się Tyler i Josh.

Ten rok dla zespołu zapowiada się niemniej ciekawie. Latem duet wyruszy w trasę po Europie, składającą się wyłącznie z letnich festiwali. Piloci wylądują także w Polsce – 14 sierpnia zagrają na drugiej edycji Bittersweet Music Festival w Poznaniu.

fot. Fabien Kruszelnicki

Twenty One Pilots to duet, który trudno zaszufladkować i podporządkować do jednej kategorii. Rodzi pytania, czy to jest alternatywa brzmiąca popowo czy pop brzmiący alternatywnie. A może jest to rock z elementami hip-hopu? Tudzież hip-hop z elementami rocka. Można uznać, że są zbyt alternatywni na pop – to brzmienie jest być może za skomplikowane i odważne dla komercyjnych rozgłośni. Na pewno wyróżnia się ono na tle popowych przebojów, które oparte są na tych samych schematach i które brzmią do siebie bardzo podobnie. Z drugiej strony, są zbyt popowi na alternatywę, bo mimo wszystko te eksperymenty są bardzo melodyjne i bezpieczne. W żaden sposób nie uraczymy na Breach odważnego łamania schematów czy, nomen omen, naruszenia konwencji. Nie ma przekombinowania w jedną czy w drugą stronę. Twenty One Pilots to zespół jedyny w swoim rodzaju, który w tym całym swoim gatunkowym miszmaszu i chaosie znalazł metodę i wypracował unikalne sobie brzmienie. Najwidoczniej piloci odnajdują w tym lawirowaniu między gatunkami jakiś złoty środek, a Breach to kolejna w ich dyskografii umiejętnie wyważona mieszanka stylów, która niby przekracza granice.

Czytaj również