Site icon All About Music

5 Seconds of Summer – Sounds Good Feels Good (2015), recenzja Dominiki Konaszewskiej

Ostatnimi czasy nastąpił wysyp młodych pop/pop-rockowych/pop-punkowych zespołów. Jednym z nich jest 5 Seconds of Summer, czyli czwórka Australijczyków, która – nie oszukujmy się – szybki sukces zawdzięcza poniekąd promocji przez One Direction. Debiut mają już za sobą i to udany, bo z pierwszymi miejscami na listach sprzedaży w UK, USA czy rodzimej Australii. Nadszedł więc czas na drugie wydawnictwo. Tak powstało Sounds Good Feels Good.

Szczerze, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać po nowej płycie. Debiutancki krążek zatytułowany po prostu 5 Seconds of Summer był dobry, było na nim kilka perełek, które do dzisiaj siedzą gdzieś na moich playlistach, a po usłyszeniu ich w maju na żywo w Berlinie nabrały jeszcze większego znaczenia. Kilka zmian wizerunkowych zespołu sprawiło, że nie do końca byłam pewna, w którą stronę chcą pójść. Pop czy punk/rock? Myślę, że oni sami jeszcze nie zdecydowali i może jeszcze trochę potrwać, zanim wybiorą jeden określony kierunek.

Drugi krążek 5SOS mogłabym podzielić na trzy części: wypełniacze, które nie zapadają w pamięć, piosenki z potencjałem i reszta, której nie da się nigdzie przypisać – czasami są to po prostu utwory, które wzbudzają we mnie nieco mieszane uczucia.

Zacznijmy więc od potencjału. Do tych na pewno zalicza się trójka moich ulubieńców: Jet Black Heart, Vapor i Broken Home. Wszystkie trzy to typ nieco spokojniejszych utworów, gdzie pierwsza jest mocniejszą balladą, druga nieco umiarkowaną, a trzecia to najwolniejsza piosenka na całym albumie. Wszystkie trzy zwracają na siebie uwagę przede wszystkim tekstem, przemyślanym doborem słów, zwłaszcza przy Broken Home, z którym na pewno duża część teraźniejszych nastolatków może się utożsamić. Ciekawym kawałkiem jest też Permanent Vacation czy She’s Kinda Hot, gdzie ten drugi stał się singlem promującym całe wydawnictwo. Nieco ostrzejszym w moim mniemaniu numerem jest również Castaway, które od razu wpadło mi w ucho z mocniejszą gitarą w tle. Ciekawe jest także The Girl Who Cried Wolf, gdzie z kolei możemy usłyszeć gitarę akustyczną i instrumenty smyczkowe.

Jeśli chodzi o wypełniacze, jest ich tutaj kilka, choćby na przykład pierwsze Money czy późniejsze Safety Pin. Nie twierdzę, że kompozycje te są złe – są po prostu łatwe do zapomnienia. Mogą grać gdzieś w tle, ale nie zwraca się na nie większej uwagi. Większych emocji nie wzbudziły we mnie też Waste The Night, Fly Away czy utwory z wersji deluxe (choć ciekawym rozwiązaniem było połączenie dwóch piosenek zamykających w Outter Space/Carry On).

A co ze słabszymi aspektami tego albumu? Z pewnością jest to Hey Everybody!, które niby pasuje do całego image’u 5SOS, ale niekoniecznie podoba mi się muzycznie. Mieszane uczucia mam również do Catch Fire, które samo w sobie jest na dobrym poziomie, ale zbyt… popowe i w stylu kolegów z One Direction, a chyba nie o to chłopakom chodziło.

Co na pewno wyszło Australijczykom na dobre to niezłe rozdzielnie wokalu. Na płycie usłyszymy już nie tylko przeważający prowadzący wokal Luke’a, czy drugi wokal Caluma, ale bardzo dużo – w porównaniu z debiutanckim krążkiem – głosu Michaela, który wcześniej nie był tak doceniony. I przyznam się szczerze, że czasami zastanawiam się, dlaczego to właśnie on nie został frontmanem, jednak zapewne było to spowodowane większą charyzmą Luke’a.

Po Sounds Good Feels Good na pewno wyciągnęłam jeden wniosek: chłopaki idą do przodu, ale ostrożnie stawiają swoje dalsze kroki muzyczne. Brakuje tu pazura, porządnego kopa w mocniejszą stronę. Wszystko jest ugrzecznione, jakby w obawie przed zbytnią ilością punku w pop-punku. Nie znaczy to, że jest źle, ale mogłoby być… lepiej.

Exit mobile version