La la la, la la la la, la la la…
1 października 2026 roku minęło dwadzieścia pięć lat od premiery ósmego albumu w dyskografii australijskiej wokalistki Kylie Minogue – Fever. Jedna z najpiękniejszych „gorączek” w całym moim życiu.
Kylie stworzyła jeden z najbardziej komercyjnych i popularnych krążków w karierze z takimi twórcami, jak: Cathy Dennis, Rob Davis, Richard Stannard, Julian Gallagher, TommyD, Tom Nichols i Pascal Gabriel. Mamy tutaj totalną muzyczną gorączkę składającą się z gatunkami disco, europop, dance-pop, nu-pop, a nawet synth-pop i oczywiście muzyka klubowa. To właśnie z Fever pochodzi chyba najsłynniejszy singiel Minogue, Can’t Get You Out of My Head.
Czas na świętowanko, a ja skupię się na wersji standardowej tego wydawnictwa.
Legendarne wydawnictwo o tytule Fever otwiera utwór zatytułowany More more more. Jest to takie zaproszenie do muzycznego klubu na solidne tańce. Coś przyjemnego zwłaszcza dla tych, którzy początkowo się wstydzą zaprezentować swoje głęboko skrywane umiejętności taneczne. Tak swoją drogą, to More more more mi przypomniało wokalistkę z naszego kraju, która też w swojej dyskografii miała podobne klubowo-taneczne kawałki i jak się chwaliła, że Kylie napisała dla niej piosenkę… ale to może już się nie rozwinę na ten temat.
Love at first sight jest przez wiernych fanów Minogue tym ulubionym – a już na pewno jednym z wielu – singlem. Nic dziwnego, ponieważ z jednej strony jest to (teoretycznie) zwykła piosenka o miłości. Zaś z drugiej strony pokazuje wyraźnie, jak beztroskie było kiedyś życie na tym świecie i dzieciństwo tych, którzy urodzili się pod koniec lat dziewięćdziesiątych oraz na początku dwutysięcznych. Czuć tęsknotę i nostalgię. No i, co jak co, ale nie da się nie uśmiechnąć na widok tryskającej szczęściem Kylie w teledysku wyreżyserowanym przez Johana Rencka… :)
Ech. Co ja mam napisać o Can’t get you out of my head? Że to największy przebój Kylie Minogue – wiecie o tym doskonale. Że jej muzyczny wideo-klip wyprzedził przyszłość, która wciąż jest dla nas tak odległa – wiecie o tym doskonale. Że to moje (i pewnie wielu z Was również) najpiękniejsze dzieciństwo – wiecie o tym doskonale. Że dałabym się pokroić, by to usłyszeć na żywo i dzięki temu utworowi przetrwałam… okej, dobrze, akurat tego mogliście nie wiedzieć. Faktycznie, jak się tak teraz nad tym zastanawiam, to jest to dość abstrakcyjne. (nie)Zwykłe „la, la, la, la, la, la, la…”, które było nałogowo katowane w telewizji i radiostacjach sprawiało – iż mi się chciało żyć i tylko czekałam z nadzieją, że zaraz znowu tę piosenkę usłyszę. A żeby było jeszcze śmieszniej – albo ciekawiej, jak zwał tak zwał – to ja byłam takim nieogarem w wieku czterech lat… że ja nie miałam pojęcia, jak ta wokalistka się nazywa. Nie potrafiłam zapamiętać, ani nic. Pamiętałam tylko twarz i melodię (razem z tym „la, la, la…”). I ja prawdę odkryłam dopiero po paru latach, gdy już miałam normalny dostęp do Internetu. Pamiętam ten moment, ale nie opiszę go, gdyż jest to straszny cringe dla mnie. Nieważne. Ważne, że nie mogę wydostać Kylie z mojej głowy i jest mi z tym zajebiście dobrze.
Dobra, koniec tych moich wzruszeń. Lecimy dalej z tematem. Tytułowy Fever to dość przyjemny kawałek, choć znacznie spokojniejszy i wcale nie zapowiada tego jakim brylantem jest cały album. Natomiast taka odskocznia – taki trochę swoisty chillout – jest naprawdę spoko.
Następny singiel z wydawnictwa Fever to kompozycja o tytule Come into my world i mam podobne odczucia, jak z Love at first sight. Zaś moje serce skradł teledysk, od którego można dostać oczopląsu – ale co tam… jak i tak mam gorączkę, i tak.
In your eyes to absolutny top. To jest taki banger, że aż brak słów. Wystarczy.
Kultowy album Fever Kylie Minogue jest czymś pięknym, absolutnie tanecznym i klubowym, a zarazem pełnym oraz kompletnym arcydziełem. Ja prawie – a tak serio to nie pamiętam, czy w ogóle tak kiedykolwiek zrobiłam… – wcale nie daję pełnej oceny jakiejkolwiek płycie. A tutaj mam problem, ponieważ dla mnie ocena „dziesięć na dziesięć” to za mało. Fever mnie ukształtowało, albowiem dostałam totalnej gorączki do muzyki tanecznej i klubowej, a moje wielbienie do Kylie Minogue trwa oraz pogłębia się codziennie. Jestem jej absolutnie wdzięczna za to wydawnictwo i mam nadzieję, że artystka ma świadomość – jak wielu ludziom pomogła i rozweseliła dzięki temu. Nawet teraz, na potrzebę napisania tej recenzji, zapomniałam o całym bożym świecie i wszystkich moich troskach… bo posłuchałam Fever.
No, to teraz czekać na jej koncert. Nieważne gdzie, ważne, by w ogóle. A wówczas będę beczeć jak głupia ze wzruszenia i na całe gardło drzeć najpiękniejsze oraz najsłynniejsze na całym świecie La la la, la la la la, la la la…

