Dział PublicystykaFelietony

Złopole, czyli o festiwalach słów kilka. Felieton Christiana Cieślaka

Tegoroczny festiwal w Opolu, po raz kolejny wzbudził w naszych rodakach niemałe kontrowersje. Najpierw niedopuszczenie Kayah do występu w koncercie Maryli Rodowicz i późniejsze, wręcz masowe rezygnacje pozostałych wokalistów. W konsekwencji doprowadziło to do odwołania czerwcowego wydarzenia. Później, ratowanie i tak wątłej reputacji TVP, które zaowocowało organizacją festiwalu w połowie września. I na koniec, pustki na widowni podczas części koncertów zaplanowanych w ramach Opola, statyści, uczestnictwo w „Premierach” dwóch zespołów, których członkami są osoby związane z obecną władzą oraz ulubione powiedzonko artystów, czyli „ręce do góry”, gdy pada rzęsisty deszcz na już i tak skromną widownię. Dlatego w mojej głowie zrodziło się dość banalne pytanie, „na co to?” i czy w ogóle instytucja festiwalu jako wydarzenia telewizyjnego jest jeszcze czegoś warta?

Każda główna stacja telewizyjna ma swój festiwal, choć bardziej adekwatnym słowem wydaje się być w moim mniemaniu festyn, bo od Opola do Open’era całkiem daleko. Jak już wspomniałem, Opole należy do TVP, a TVN i Polsat prezentują się na zmianę w Sopocie. Jednak jeśli spojrzeć na line up każdego z tych wydarzeń, występują na nich nieustannie te same osoby, z paroma wyjątkami. Na pewno nie zabraknie tam wykonawców (i używam tych słów nie bez przypadku) zarówno najświeższych radiowych hitów, jak i tych z zeszłego sezonu oraz kilku reprezentantów klasyków, którzy, albo obchodzą rocznicę swojej działalności, albo występują, bo kiedyś nagrali wspomniany radiowy hit. I choćby nie wiadomo co by się wydarzyło, to wszystkie te twory telewizyjnej machiny są w pomyśle i realizacji praktycznie takie same.

Pytanie tylko dlaczego, bo dla mnie i zakładam, że dla większości Polaków, zarówno tych muzykalnych, jak i nieco mniej, jest to niepojęte. Gwiazd muzyki trochę mamy, i w młodym, i w tym nieco starszym pokoleniu. Debiutantów też na pęczki, głównie w Internecie, choć i w telewizji też ich nie brakuje za sprawą talent show produkowanych przez wszystkie trzy wspomniane wcześniej stacje telewizyjne. Gdybym miał zgadywać, co stoi za taką, a nie inną sytuacją, to powiedziałbym, że po pierwsze brak wiedzy praktycznie wszystkich osób odpowiedzialnych za show o tym, czego się tak naprawdę „teraz słucha” i przy okazji brak chęci zdobycia tej wiedzy – ograniczają się do listy przebojów sponsorującego dane wydarzenie radia. Po drugie, niezrozumiały dla mnie brak chęci tych artystów, którzy jednak na tych listach nie występują, by pokazać, że są, a podobno są, fantastyczni, jak nie lepsi od obecnych uczestników telewizyjnych festiwali. I po trzecie, co jest w pewnym sensie wynikiem dwóch pierwszych przyczyn, nas, czyli widzów, po prostu znudziły ciągle te same gwiazdy. Dlatego też, telewizyjni włodarze zapraszają „największe gwiazdy”, by jednak kogoś przyciągnąć do tego, już i tak co raz mniej popularnego telewizora. I w ten sposób zamyka się to błędne koło polskiej popkultury, jeśli można o czymś takim mówić.

W takim razie, co możemy zrobić, by jednak uczynić te wydarzenia, wydarzeniami z prawdziwego zdarzenia? Trudno powiedzieć, ponieważ na pewno nie zmusimy artystów do grania tam gdzie nie chcą grać. Poza tym, wydaje mi się, że problem telewizyjnych festiwali to nieco głębsza sprawa, niż tylko banalny dobór artystów. Chodzi także o polską kulturę jako taką. Rozdźwięk pomiędzy disco polo, a kulturą wysoką, w pewien sposób jest zagospodarowywany właśnie przez radiowe gwiazdy, które muszą wbić się w ten środek, bez względu na to, czy jest to narzucane przez ich producentów, czy też same się w ten sposób ograniczają, a wiadomo, że jeśli robi się coś dla wszystkich, to robi się to praktycznie dla nikogo. Z drugiej strony, mamy do czynienia z takimi dziwami jak globalizacja, czy makdonaldyzacja, które prężnie działają też na naszej polskiej ziemi. Sam muszę przyznać, że niewiele słucham polskiej muzyki, tym bardziej śpiewanej w naszym ojczystym języku. Zapewne jest wiele takich osób, które nie są jakoś szczególnie zainteresowane rodzimym rynkiem wydawniczym i może to być kolejny kamyczek w ogródku pod tytułem kiepskie telewizyjne festiwale.

Tak naprawdę, nie ma recepty na błyskawiczne muzyczne wydarzenie, które stałoby się prawdziwym (choć w świecie post-prawdy tych prawd jest wiele) sukcesem. Może niektórzy z nas jak Andrzej Saramonowicz, parafrazując, nie będą płakać po tegorocznym Opolu, ale warto pamiętać, że kultura odzwierciedla w pewnym stopniu odbiorcę do którego trafia, więc potrzeba lat starań i pracy nad tym żeby to zmienić.

Tags
Show More

Podobne artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close