Dział Publicystyka YU - We Are Sorry (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

YU – We Are Sorry (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Im dłużej przyglądam się debiutantom polskiej sceny, szczególnie tym, którym do mainstreamu daleko, tym bardziej widzę jak dobrą muzykę można znaleźć nie wychodząc poza granice naszego kraju. Właśnie do tej grupy zalicza się YU, czyli projekt Samanty Janas, Kuby Krupskiego oraz Scotta Andrewsa. Ich muzyka to zdecydowanie więcej niż płynące z głośników brzmienie elektroniki wsparte nie byle jakimi wokalami.

Pierwszym z czternastu utworów na We Are Sorry jest Tsar Love. Kompozycja to swoiste intro, od początku idealnie wprowadzające w odmienność muzyki YU. Przez te 4 minuty można zauważyć jak bardzo zróżnicowany brzmieniowo jest utwór, który de facto wprowadza nas w charakter We Are Sorry. Goodbye Mr. Jones jest kompozycją zdecydowanie szybszą. Już w pierwszych dźwiękach słychać zdecydowaną inspirację azjatyckim brzmieniem muzyki. Utwór jednolity, w którym nie znajdziemy znacznych zmian tempa czy zaskakujących momentów. Bang! Bang! jest pierwszą polskojęzyczną kompozycją pojawiającą się na We Are Sorry. I już tutaj zaznaczę, że teksty są zdecydowanie silną stroną YU. Pomimo, że utwór stworzony jest w dość przewidywalnym tonie, to na swój sposób jest intrygujący. Umrzywamy zbudowane jest przede wszystkim na melodii tworzonej przez linię wokalu. Dobrze robi temu utworowi ostatnie kilkadziesiąt sekund, w których refren zaśpiewany jest zarówno przez Samantę jak i Kubę.

God Doesn’t Love You zdecydowanie wyróżnia się wśród pozostałych. Słychać w nim zadziorne, rockowe korzenie, które bardzo dobrze uzupełnione są przez charyzmatyczny wokal Kuby. Utwór z silnym refrenem, nieco bardziej delikatniejszymi zwrotkami. Jeśli ktoś lubi niskie brzmienie basu, który aż dudni od środka, to kolejnego utworu, Simple Maniac, polecam słuchać na full podkręconym suwaku. Aczkolwiek, bardzo dobrze, że pojawiają się kilkusenkudowe momenty, w których dźwięk znika. Falochron uspokaja tempo płyty. Jest kompozycją, która buduje nastrój z każdym kolejnym dźwiękiem, a na pewno brak w niej monotonii. Utwór Walec zaciekawia natomiast dopiero w ostatnich 40 sekundach, kiedy znika pierwszoplanowy dźwięk i pojawia się coś na wzór instrumentów smyczkowych. Oprócz God Doesn’t Love You inna jest również kompozycja Her. Tym razem zamiast rocka kontynuowane są dźwięki smyczków, a całość ociera się o teatralny tragizm. Tweedlee And Tweedledum jest moim zdaniem najlepszą wizytówką We Are Sorry. Gdyby streścić wszystko, co znajduje się na tej płycie, to moim zdaniem znajdziemy to właśnie w tym utworze.

Ostatnią część płyty, składającą się z czterech bonus tracków, otwierają singlowe Hejty. Po raz kolejny widoczna jest duża inspiracja azjatycką muzyką. Jednak tutaj odsyłam, żeby posłuchać tego utworu razem z naprawdę nietypowym klipem. Maidan (or What Have I Done) jest anglojęzyczną wersją Bang! Bang!, natomiast We all are fucked muzycznie odpowiada kompozycji Umrzywamy, a March of the zombies powtarza dźwięki Falochronu.

Naprawdę nie trzeba szukać długo, żeby znaleźć wśród polskiej muzyki coś, jakby z kosmosu, oderwanego od wszystkiego, co przewidywalne i proste. Projekt YU to alternatywna strona twórczości muzycznej. Jednak nie wiem czy słowo „alternatywa” pomieści całą odmienność, jaką prezentują, jednocześnie nie odbierając intrygującej warstwy We Are Sorry. Ciekawość aż zżera, jaka może być kontynuacja tego debiutu.

Popularne