Choć w swym życiu osiągnął już wiele, wciąż uważa, że nie jest zwycięzcą. Wydając album Vixtoria pokazał wszystkim, że warto dążyć do swoich celów, a droga ta zawsze jest wypełniona przeszkodami. To, jak sobie z nimi radzimy, zależy już tylko od podejścia. Co inspiruje, co pomaga rozwinąć skrzydła, a co jest bodźcem do działania dla Vixena, dowiecie się z naszego najnowszego wywiadu z artystą.

Michał Szum: Darku, na początek chciałbym zapytać Cię, co gości w Twoim odtwarzaczu w ostatnim czasie?

Vixen: Niedawno sprawdzałem najnowszą płytę Białasa i to ona ostatnio bardzo mi się spodobała. Wiem, że może stylistycznie ten album to zupełne przeciwieństwo mnie, bo odbiega od tego, co tworzę. Lubię jednak słuchać właśnie takiej muzyki – tego, czego nie robię, rzeczy, których nie umiem robić albo czegoś, co z innych względów do mnie nie pasuje. Zresztą sprawa ma się podobnie z nowym Paluchem, którego również słuchałem – kozackie klipy, świetne numery. Po prostu klasa sama w sobie.

M.S.: To teraz zawęźmy trochę poszukiwania, chciałbym Cię zapytać o dwie, moim zdaniem, ważne pozycje wydane w tym roku w polskim rapie. Pierwszą z nich jest album Łony i Webbera  „Nawiasem mówiąc”. Słuchałeś?

Vixen: Tak! Bardzo się tą płytą jaram, mam swój egzemplarz, który stoi dumnie na półce. Sam się sobie dziwię, że w poprzednim pytaniu zapomniałem o Łonie. Uważam go za topowego rapera. Jego teksty to czysta wartość. Co prawda, sytuacje opisywane przez Łonę są bardzo proste i przyziemne, jednak sposób w jaki on to robi, jest nie do podrobienia. Darzę go ogromnym szacunkiem i nie wiem, czy jest w Polsce drugi taki gość jak on, który nieskomplikowane i pozornie nudne rzeczy ubiera w tak ciekawe historie.

M.S.: To teraz przejdźmy do drugiej pozycji: Bisz/Radex – „Wilczy Humor”.

Vixen: Sprawdzałem, ale bardzo pobieżnie, włączyłem sobie zaledwie kilka piosenek. Nie mogę się wypowiadać na temat wartości płyty, bo nie obcowałem z nią dostatecznie długo. Oczywiście, Bisza szanuję za jego twórczość, stąd jestem całkowicie spokojny o wysoki poziom albumu, do którego zdążył już przyzwyczaić swoich słuchaczy.

M.S.: A może słuchałeś ostatnio też czegoś spoza rapu?

Vixen: Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to Rolling Stones, a szczególnie numer „Wild Horses”.

Fot. Materiały prasowe.

M.S.: Wiesz, nie przez przypadek zapytałem Cię o Twoje muzyczne podróże – chciałem w pewien sposób nawiązać do mojego następnego pytania. Czy to, czego słuchasz, ma jakikolwiek wpływ na to, jaką muzykę tworzysz? Prosta sytuacja – słyszysz jakiś patent na dany dźwięk i myślisz „o, to brzmiałoby spoko”. Nie mówię tu o kalce 1:1, ale raczej o Twojej prywatnej interpretacji czy nawet smaczku w postaci drobnej inspiracji.

Vixen: Oczywiście – dzieje się to nieustannie. Słyszę gdzieś jakąś rzecz, następnie przepuszczam ją przez swój filtr i buduję z niej swój numer. Myślę, że większość ludzi tak tworzy, dlatego jest to jak najbardziej naturalne i dla mnie. Część pomysłów wymyślam sam, natomiast część patentów czerpię od innych.

M.S.: Teraz na myśl przyszedł mi Twój post na Facebooku, który stosunkowo niedawno wrzuciłeś. Była to piosenka z „Vixtorii”, a obok niej był dopisek, że jest ona inspirowana twórczością Krzysztofa Krawczyka i można w niej znaleźć pewien smaczek z nim związany. Czy na całej płycie takich smaczków jest więcej?

Vixen: Myślę, że parę by się znalazło. Z Krzysztofem Krawczykiem historia wyglądała tak, że przeglądałem stare winyle w poszukiwaniu inspiracji i natrafiłem właśnie na niego z czasów, gdy grał rock’n’rolla. Wtedy stwierdziłem: „cholera, ale to było fajne”. Co prawda była to wierna kopia rock’n’rolla robionego w Stanach, ale miało to swój urok. Zresztą, ten proces się cały czas dzieje i praktycznie każdy gatunek muzyczny, w tym również i rap, jest w pewnym sensie kopiowany zza oceanu.

M.S.: Wydaje mi się, że jest to naturalna kolej rzeczy.

Vixen: Jasne. Jedynie bardzo głęboko offowa muzyka, rządząca się swoimi prawami, jest w tym przypadku wyjątkiem, bo ona nie trzyma się zupełnie żadnych ram. Natomiast w kwestii muzyki popularnej, włączając w to rap, wydaje mi się, że przenoszenia pewnych rozwiązań muzycznych nie da się uniknąć.

Wracając jednak do meritum, wspomniałeś o Krzysztofie Krawczyku, ale innym smaczkiem, który teraz sobie przypominam, jest inspiracja przy okazji numeru „Pani Paczka”. Tam moim natchnieniem był pan Marcin Świetlicki, który zajmuje się melorecytacją. Jego gruby, zachrypnięty, przykurzony papierosami głos od razu mnie natchnął.

Na Świetlickiego natrafiłem podczas przygotowań w ramach swojej drugiej zajawki, czyli Teatru 59 minut. W trakcie sztuki „Samotni”, jeden z naszych aktorów wykonywał właśnie jego utwór i wtedy stwierdziłem: „ależ to jest zajebisty numer!”. To skłoniło mnie do zgłębienia twórczości pana Marcina. W tej samej chwili, zbiegiem okoliczności, Macios przesłał bit, który właśnie skojarzył mi się z knajpą lat sześćdziesiątych…

M.S.: …pomieszczenie wypełniona dymem, whisky na stole, karty…

Vixen: …drewniane stoliki, faja. Dokładnie tak.

M.S.: Bardzo podoba mi się to, jak opowiadasz o muzyce, dlatego teraz pytanie bardzo szerokie –  czym dla Ciebie jest muzyka? Co ona dla Ciebie znaczy?

Vixen: To pytanie jest tak proste i skomplikowane jednocześnie, że nie umiem na nie odpowiedzieć. Jest to analogiczna sytuacja do tej,  gdyby zapytać socjologa, czym jest socjologia. Jeśli odpowie, że jest to nauka o ludziach, to oczywiście będzie miał rację, ale to nie jest wystarczająca odpowiedź (śmiech). Jeśli ja na pytanie „czym jest dla mnie muzyka” odpowiedziałbym „życiem”, no to też nie jest wyczerpująca odpowiedź. To jest proste pytanie, ale za nim kryje się bardzo dużo wątków.

M.S.: W takim razie zawęźmy trochę spektrum poszukiwań. Dlaczego Ty w ogóle tworzysz muzykę?

Vixen: Robię to, aby pokonywać kolejne bariery i zarazem coś sobie udowadniać. Dzisiaj nie wiem dokładnie, czym to „coś” jest, ale tak po prostu czuję. Na pewno ważny jest dla mnie szacunek ludzi. Poza tym robię muzykę, bo zwyczajnie bardzo lubię ją robić. Kiedy jakaś rzecz mi wyjdzie, kiedy coś brzmi wspaniale albo gdy napotykam chwilę, w której jednoczę się z muzyką, no to nie ma nic lepszego. Wydaje mi się, że potwierdzi to każdy, kto ma jakąkolwiek pasję. Chodzi o poczucie, że jest się w dobrym miejscu i w dobrym czasie.

Fot. Materiały prasowe.

M.S.: „Vixtoria” to album, na którym pokazujesz bardzo dużo siebie, ale z całokształtu odbioru płyty wnioskuję, że Ty wciąż nie czujesz się zwycięzcą. Czy to prawda?

Vixen: Pewnie, że tak. Jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, tyle do nauczenia i do zwycięstwa jeszcze daleka droga. Jest to jednak proces. Na tym etapie mojej kariery zwycięstwem dla mnie jest to, że cały czas robię to, co robię i że idę w stronę wiktorii, którą cały czas mam przed oczami.

M.S.: Popraw mnie, jeśli się mylę, ale mam wrażenie, że na poprzedniej płycie, czyli „Loco Tranquilo” z 2014 roku, który był albumem konceptowym, mimo wszystko bardziej obnażyłeś siebie, przez co dałeś mniej miejsca słuchaczowi do własnej interpretacji. Na „Vixtorii” te proporcje się nieco zmieniły, gdyż mniej jest tu Vixena, a więcej pola do manewru dla odbiorcy. Czy dobrze to odbieram?

Vixen: Trudne pytanie, bo należałoby to rozpatrywać z dwóch stron. Pod kątem tekstów ta płyta faktycznie nie ma ściśle nakreślonego konceptu – nie łączą się one w jedną całość, ale takiego rodzaju ekspresji potrzebowałem. Natomiast w kwestii muzycznej, wydaje mi się, że poszedłem z tym dalej niż na „Loco…”, który był dość klasycznym albumem, jeżeli chodzi o bity. Teraz na wierzch wyszły moje zapędy rockowe, zabrnąłem także w pewne obszary muzyki, które chciałem odkrywać. Na przykład numery „Dwie siły” czy „Duszy” – wcześniej takich piosenek po prostu nie tworzyłem, a teraz udało się i jestem z nich bardzo zadowolony.

M.S.: Rockowe zacięcie zostało przeze mnie od razu wyłapane, ale pewnie wynika to z tego, że w ogóle chciałeś na tym albumie poszerzyć spektrum swoich zainteresowań muzycznych.

Vixen: Zdecydowanie tak. Przy „Vixtorii” bardzo otworzyłem się na muzykę. Albo inaczej –  przestałem się zamykać na inne gatunki. Bo to nie tak, że wcześniej ich nie czułem, tylko się po prostu na nie zamykałem. Wydaje mi się, że dzięki temu na następnych płytach zgłębię ten kierunek jeszcze bardziej.

M.S.: A jak wyglądało Twoje podejście do tworzenia tego albumu? Czy produkcja bitów i pisanie tekstów różniło się jakoś od sesji nagraniowej do „Loco Tranquilo”?

Vixen: Gdy zaczynałem pracę na „Vixtorią” założyłem sobie, że chcę zrobić płytę, z której będę zadowolony w stu procentach. Chciałem być pewny każdego wersu, każdego słowa, każdego drobnego podbicia i stwierdziłem, że jej nie wypuszczę, dopóki tak się nie stanie. Oczywiście okazało się, że mój plan to utopia. Jeżeli człowiek chce się rozwijać, a jego warsztat i poziom artystyczny idą do przodu, to realizacja początkowych założeń jest niemożliwa.

M.S.: To jak to jest, czy im dalej w las, tym nagrywanie płyt staje się dla Ciebie łatwiejsze czy trudniejsze? Porównując poprzednie sesje nagraniowe z tą do „Vixtorii”, to czy napotkałeś jakieś nowe problemy, czy wręcz przeciwnie dzięki doświadczeniu uniknąłeś dodatkowych komplikacji?

Vixen: Zależy, w którą stronę tego lasu idę. Myślę, że każda płyta niosła za sobą jakieś określone problemy. Na przykładzie „Kontinuum” była do głównie walka z lenistwem, bo tam też nie miałem jakiegoś jasno sprecyzowanego planu, jak ta płyta ma brzmieć. Wyglądało to tak, że siadałem, robiłem numery, wszystko się przeciągało…

M.S.: …czyli wniosek jest taki, że przy „Vixtorii” zwyczajnie Ci się chciało? Po prostu siadałeś i pisałeś numery bez zbędnego marudzenia i odkładania w czasie, tak?

Vixen: Nie. Gdy miałem poczucie, że mi się nie chce, to po prostu tego nie robiłem. Ale wtedy wystarczyło tylko posłuchać jakiegoś bitu i nagle zaczynałem nabierać ochoty do działania i ruszałem do pisania. Patrząc na to z perspektywy czasu, muszę stwierdzić, że nie miałem jakichś wielkich trudności czy przeszkód do pokonania, jeżeli chodzi o tworzenie muzyki.

M.S.: Decydując się nagrać płytę, rozciągasz tę decyzję w czasie? Nie jest to nagła i jednorazowa decyzja wywołana jakimś konkretnym bodźcem? Zbierasz pomysły, koncepcje i dopiero później decydujesz, że wydasz album, tak?

Vixen: Raz tak, raz nie tak (śmiech). Tak jak w życiu – każdy dzień jest inny, tak każda moja płyta jest inna i przygotowanie jej także się różni. Nie mam określonego schematu pracy, dlatego w tym wypadku sytuacja jest bardzo rozmyta.

M.S.: Bo wiesz co? Chciałem nawiązać do jednego z Twoich wydawnictw, a konkretnie „Paradox EP”, które wyszło w bardzo nieoczekiwanym momencie. Wydałeś „Loco Tranquilo” latem 2014 roku, a następnie jesienią ukazała się EPka.

Vixen: I właśnie „Paradox EP” był takim jednorazowym impulsem. Pomyślałem sobie: „kurde, zrobiłbym następną płytę, jestem mega nakręcony, bo ludziom spodobało się Loco”, więc decyzja zapadła: „dawać bity – robię coś nowego”. Stwierdziłem, że popracuję non stop i jeszcze tego samego roku wypuścimy to wydawnictwo, no i udało się – powstał „Paradox EP”. Po tym wysypie albumów postanowiłem, że czas trochę przystopować i póki co wystarczy tych płyt.

M.S.: Wróćmy do „Vixtorii”. Większość bitów jest Twojego autorstwa, ale znalazły się tam również podkłady inny twórców: QB, Grrracza, Got Barssa, Maciosa. Czemu akurat ci ludzie?

Vixen: Proste – bo robią zajebiste bity. Z QB poznaliśmy się przez przypadek, kiedy wysłał mi jakąś paczkę bitów. Początkowo średnio mi się one podobały, ale później stwierdziłem, że jednak jest w nich coś fajnego. Popisałem do nich parę tekstów i odesłałem mu wokale. To, co zadziało się z nimi potem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Te piosenki nabrały drugiego życia, rozkwitły maksymalnie i stwierdziłem, że ten gość ma jednak zajebisty słuch i ogromną inteligencję muzyczną.

Co do Grrracza, to sprawa jest jasna – jest po prostu mistrzem. Nie dość, że stworzył muzykę, to jeszcze zmiksował i zmasterował całą płytę, a brzmienie, jakie wykręca, jest niezwykłe. Got Barss robi za to świetne i bardzo współczesne bity, świetnie radzi sobie aranżacyjnie, ludzie go znają, szanują i lubią jego produkcje. Wydaje mi się, że to był dobry wybór. Tak samo Macios – klasa sama w sobie. W pre-orderze do wersji podstawowej płyty dołączane było dodatkowe CD. Jeden numer, o roboczej nazwie „Niewolnik”, został wyprodukowany właśnie przez Maciosa. Wspomnę jeszcze o JRS, który na tym dodatkowym dysku wyprodukował dwa podkłady – jego też uważam za kozaka i chyba nie ma co się dłużej rozwodzić – wszyscy panowie są po prostu mistrzami.

M.S.: Właśnie, wspomniałeś o bonusowym CD  –  są na nim numery bez tytułów. Z pewnością ten zabieg także był celowy i dzięki niemu po raz kolejny mogłeś dać trochę więcej pola manewru swoim słuchaczom w ich interpretacji, zgadza się?

Vixen: Dokładnie tak. Dużo ludzi pisało do mnie po premierze wiadomości w stylu: „ej, daj tracklistę z bonusowego CD, bo ja jej nie mam”, a tu się okazuje, że nie ma tracklisty (śmiech).  Wrzuciłem parę  dodatkowym numerów z myślą o słuchaczach.

M.S.: Niedawno zasiliłeś szeregi MaxFloRec – jednej z największych wytwórni w naszym kraju. Jak z perspektywy czasu oceniasz decyzję dołączenia do Rahima i spółki? Czy wpłynęła ona realnie na Twoją pracę jako muzyka?

Vixen: Oczywiście, że tak. Dzięki ekipie, mogę liczyć na pomoc na każdym etapie produkcji płyty i zawsze mam się do kogo zwrócić. Nie czuję się w tym wszystkim sam, zawsze ktoś jest w stanie mi pomóc. Jak miałem problem z bitami, pytanie związane z newsem czy realizacją klipu – wiedziałem do kogo mam się zwrócić. W każdej tego typu sytuacji wiem, że jest ktoś, kto może i chce mi pomóc.

M.S.: To właśnie MaxFlo pomagało Ci w realizacji klipu do piosenki „Falala”, prawda?

Vixen: Zgadza się. Z kręcenia tego klipu wyszła zajebista przygoda na Islandii. Sam pewnie nieprędko bym tam poleciał, bo pewnie nie byłoby czasu albo okazji. W każdym razie bardzo się cieszę, że w ogóle pojawiła się opcja wylotu na Islandię, nagrania tam klipu, zobaczenia zorzy polarnej, przeżycia fajnej przygody i w dodatku z fajnymi ludźmi. A teledysk jest teraz dla mnie wspaniałą pamiątką z tego wyjazdu.

M.S.: „Vixtoria” w zdecydowanej większości traktuje o rzeczach motywujących do działania, chociaż też nie na każdym kroku. Powiedz mi, co działa na Ciebie bardziej motywująco: upadki czy wzloty?

Vixen: Myślę, że jednak po trochu jedno i drugie. Zawsze staram się szukać czegoś dobrego w momencie, w którym akurat jestem. Opcje są dwie: albo można się dołować, albo próbować z tym walczyć. Tyle.

M.S.: Na samym początku rozmowy mówiłeś o tym, że cały czas dążysz do zwycięstwa, bo jeszcze nie czujesz się wygranym, ale czy masz określony punkt w czasoprzestrzeni, w którym będziesz mógł powiedzieć „błyszczę”? To takie nawiązanie do Twojego wersu, w którym nawijasz, że „prawdziwi zabłysną najjaśniej na koniec”.

Vixen: Jak umrę i na mój pogrzeb przyjdą dwa miliony ludzi (śmiech). Tylko, że wtedy nie będę się tym mógł z nikim podzielić.

M.S.: No tak – wtedy przemówią Twoje czyny, nie usta. W takim razie powiedz mi, czy uważasz się za ortodoksyjnego indywidualistę? O co mi chodzi: słuchając „Vixtorii” przez pryzmat całej Twojej dyskografii, doszedłem do wniosku, że Ty bardzo nie lubisz dostawać rad. Czy tak jest w rzeczywistości?

Vixen: To jest bardzo ciekawe, co powiedziałeś. Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Wydaje mi się, że tak nie jest, ale… że to powiedziałeś i zwróciłeś na to uwagę, wywołało u mnie pewne wątpliwości, bo do tej pory byłem przekonany, że lubię te rady dostawać… Gdy dostaję radę w dziedzinie, w której faktycznie chcę się czegoś nowego dowiedzieć i zarazem czuję się w tym słaby, to wtedy takie rady jak najbardziej przyjmuję.

M.S.: Wiesz… to pytanie nie padło przypadkowo, bo w zamyśle chciałem nawiązać do kawałka „Nie szukam poparcia”, który podsunął mi właśnie taki tok myślenia.

Vixen: W takim razie moją sytuację można porównać do następującej: przyjeżdżasz nowym BMW i dołącza do ciebie koleś, który przyjeżdża starym Maluchem i on cię uczy, jak kupować samochody. Albo ktoś gra w piłkę w okręgówce i uczy Lewandowskiego, jak ma strzelać wolne. Wiadomo, takiej rady można wysłuchać, ale będzie to wpuszczenie jednym uchem, a wypuszczenie drugim. Ale gdyby ten sam Lewandowski chciał się nauczyć czegoś o kosmosie i radę daje mu Stephen Hawking, no to Lewy słucha tego Hawkinga z zapartym tchem i chłonie każde jego słowo. Ja pewnie też nieraz jestem postawiony w każdej z tych sytuacji, ale wielokrotnie nie jestem nawet tego świadomy.

M.S.: No dobra, to na koniec coś abstrakcyjnego. Która z Twoich dwóch sił przeważa na co dzień?

Vixen: One cały czas chodzą ze sobą pod rękę i ciągle tańczą (śmiech).