Terrific Sunday to grupa, która w przyszłości może sporo namieszać – nie tylko na scenie muzycznej, ale również w samej muzyce. To poważny powód, by Ci którzy jeszcze nie mieli okazji posłuchać ich twórczości szybko nadrobili zaległości. Ekipa nie zwalnia tempa i po występach na najważniejszych polskich festiwalach rusza w trasę Strangers On Tour, na której zespół będzie promował debiutancki longplay Strangers, Lovers. Tylko u nas rozmowa o trasie, płycie i planach na przyszłość.

Beata Prętnicka: Wasza muzyka określana jest jako indie rock. Wiedzieliście od początku swojej działalności, że właśnie ten gatunek muzyczny jest Wam pisany? A może ktoś inny ten kierunek Wam zaproponował?

Terrific Sunday: Na dzień dzisiejszy bardzo ciężko jest określić styl muzyki w momencie kiedy nie jest to hip hop lub metal (choć i tu zdarzają się kłopoty). Określenie indie rock jest bardzo ryzykowne, bo dobry i faktyczny indie rock skończył się jakoś 10 lat temu. No ale fakt, ludzie tak mówią, porównują nas do różnych zespołów zachodnich które za indie uchodzą, więc tak już musi chyba być. Lepiej, że porównują nas z Placebo niż z Nickelback. Żyjemy w czasach gdzie ciężko jest zagrać coś czego jeszcze nie było. My gramy to co lubimy i jeśli w taki sposób jest to określane to nie możemy czuć się obrażeni :)

Beata Prętnicka: Z biegiem miesięcy ewoluujecie – wszak obserwujemy to od 2013 roku. Co jest przyczyną, że w niektórych Waszych kompozycjach na pierwszy plan zamiast wokalu wychodzą instrumenty? To celowy zabieg?

Terrific Sunday: Wydaje mi się, że w naszych kompozycjach nie ma nic na siłę. Są faktycznie momenty gdzie instrumenty dominują (Sold My Soul, Another Slowly Leaves), ale to wynik naszej jednomyślności: „ten motyw będzie zajebisty jak zostaną same instrumenty, a na zwrotkę wejdą pojedyncze słowa które napędzą refren”, i tak dalej. Ale chyba musimy się zacząć zastanawiać nad zmianą, bo za dużo osób pyta a czasem nawet zarzuca, że jest za mało wokalu – i słusznie – Piotr śpiewa porywająco i hipnotyzująco!

Beata Prętnicka: Zgadza się. W jednym z wywiadów powiedzieliście, że pierwotnie graliście w różnych poznańskich kapelach. Czy to patchworkowe połączenie pod szyldem Terrific Sunday przyniosło pożądane efekty? Czujecie się na 100% spełnieni i usatysfakcjonowani?

Terrific Sunday: To prawda. Bardzo często jesteśmy pytani wprost „skąd się wzięliście?”. Każdy z nas grał w innej kapeli, i wiadomo, w tych pierwszych muzycznych przygodach każdemu wydaje się, że podbije świat i tak dalej.
Wszyscy przez to przechodzili. U nas było tak, że każdy grał w innej kapeli i wcześniej się nie znaliśmy. To był przypadek, że ja (Artur) i Maks się poznaliśmy. Na koncert mojej kapeli zaprosił go nasz basista. Bardzo przypadliśmy sobie do gustu towarzysko. Zaczęły się spotkania, rozmowy (głównie o muzyce), aż w końcu zapadła decyzja: „musimy coś zrobić razem”. Potem pojawił się Piotr – ta sama historia, wpadł na mój koncert, potem był na koncercie kapeli Maksa. Była nas trójka, i tak na początku miało zostać. Po 20 minutach pierwszej próby w naszym trio urodził się problem – nikt nie chce grać na basówce… Pojawił się basista z poprzedniej kapeli Piotra – Maciek. W tym składzie współpracowaliśmy rok, po czym Maćka zastąpił w kwietniu 2014 Stefan (Muchy, The Ploy). I tak jest do dziś – niczego nie planowaliśmy – samo się dzieje! Spełniamy się w najlepszy możliwy sposób – robimy to co kochamy i mamy przy tym duże wsparcie odbiorców.

Beata Prętnicka: Przed ukazaniem się na rynku Waszego debiutanckiego Strangers Lovers, wydaliście dwie EPki: Terrific Sunday oraz Tonight. Dlaczego na pełnowymiarowym wydawnictwie znajdziemy tylko dwa utwory z tych EPek i to w wersjach zmodyfikowanych? Jakie były powody odrzucenia pozostałych? Czy tworząc album mieliście już określony koncept, jak to mniej więcej ma wyglądać?

Terrific Sunday: To było tak, że w momencie kiedy dowiedzieliśmy się o nadchodzącym wejściu do studia i nagraniu debiutu, stwierdziliśmy, że chcemy zrobić absolutnie nowy, świeży i spójny materiał. To finalnie się nie udało, bo na płycie faktycznie pojawiają się 2 numery z epek, ale też 2 numery które zrobiliśmy po wydaniu drugiej epki ale nie zdążyliśmy ich wydać własnym sumptem. Te 2 z płyty zostały przearanżowane i dostosowane do reszty materiału z pomocą Marcina Borsa. Kto wie, może inne piosenki z naszych epek pojawią się w nowych odsłonach na drugim albumie?

Beata Prętnicka: Piotrze, twoje teksty są o miłości, jednakże mam wrażenie, że w niektórych kompozycjach jest ona traktowana dosyć przedmiotowo. Inspiracją do ich powstawania był otaczający nas wszystkich świat, który jest stawia przede wszystkim na konsumpcję?

Terrific Sunday: Teksty pisałem pod wpływem zarówno obserwacji zachowań innych ludzi oraz zdarzeń z nimi związanych, jak i pod wpływem różnych własnych emocji i przemyśleń. Nie wszystkie są o miłości, lecz wszystkie dotykają tak naprawdę tematów pokrewnych, bliskości, dążenia do perfekcji, poczucia wspólnoty. Ale kiedy o miłości piszę, to wręcz przeciwnie (co do przedmiotowości), traktuję ją jak zmienne, fascynujące, wręcz żywe medium. Czasami dobrze jest wykrzyczeć uczucia prosto z mostu, łatwymi słowami (In My Arms), a czasami dobrze jest się zastanowić nad tym co zyskujemy dzięki miłości, co straciliśmy i jakie wnioski z tego potrafimy wyciągnąć (Streets of Love). Inne utwory mogą brzmieć jak wykrzykiwanie uczuć, ale na przykład – Coda – jest lyriczną ironią. Narrator w tekście zwraca się do drugiej osoby i próbuje przekonać kogoś, że znajduje się na złej drodze w życiu i powinien zmienić siebie oraz swoje otoczenie. Każdy utwór jest zainspirowany inną historią zaczerpniętą z życia i ścisłymi wydarzeniami związanymi z tą historia. Chociaż muszę przyznać po części rację, że piosenka Sold My Soul powstała pod wpływem przemyśleń związanych z galopującym konsumpcjonizmem – i tego, jak szybko stajemy się częścią w maszynie.

Beata Prętnicka: Najdziwniejszym utworem na płycie jest chyba Frenulum, będący wstępem do Streets of Love. Słuchając tego utworu miałam wrażenie, że czai się za mną Darth Vader. Gdyby ktoś zapytał się Was, czy zgodzilibyście się wykorzystać utwór w następnej części Gwiezdnych Wojen, wykorzystalibyście taką szansę?

Terrific Sunday: W ramach ciekawostki – Frenulum to czterokrotnie spowolniony fragment utworu Get Lost, taki smeczek Marcina :) Ale wracając do pytania – WIADOMO! I to głównie dlatego, że wszyscy jesteśmy psychofanami Star Wars – Stefan na 7 części był w kinie już 5 razy, ja i Maks 3 a Piotr nie chce się przyznać. Bilety na premierę mieliśmy już 2 miesiące przed nią. Jeśli dostalibyśmy zielone światło a w podzięce moglibyśmy zagrać szturmowców to jasne, że tak!

Beata Prętnicka: Zanim jednak doczekaliśmy się premiery debiutu, wystąpiliście na kilku ważnych festiwalach takich jak Open’er Festival czy Enea Spring Break. Propozycje pojawienia się na tych imprezach przyszły same po udostępnieniu Waszej muzyki w Internecie? Jak to było?

Terrific Sunday: My jakoś specjalnie nie dobijaliśmy się drzwiami i oknami do organizatorów tych Festiwali, wydawało nam się to tak nierealne, że nie próbowaliśmy. Spring Break to była pierwsza taka sytuacja – zadzwonił do mnie jeden z bookerów i spytał czy chcemy. 2 tygodnie po SB dostałem mail z AlterArt z informacją, że są zainteresowani naszym występem na Open’er Festiwal. Brzmi trochę niemożliwie, ale tak było! Liczymy na powtórkę w tym roku, bardzo!

Beata Prętnicka: Niedawno nasz redakcyjny kolega napisał felieton o swojej niedoszłej karierze muzycznej. Czy rzeczywiście ciężko jest przebić się ze swoją twórczością do szerszych kręgów, by w efekcie dostać swoją szansę od jednej z największych wytwórni fonograficznych?

Terrific Sunday: Tak, jest bardzo ciężko. Konkurencja jest nieziemsko ogromna, młodzi grają coraz lepiej, coraz bardziej świadomie. Polska zaczyna wskakiwać na światowy poziom. A my? Ja nie wiem jak to się stało, że to nas „wyłowili” w tym jeziorze złotych ryb, na prawdę. Ale dzięki temu zrobiliśmy ogromny krok do przodu, poznaliśmy wiele świetnych ludzi z branży, zaczynamy sobie jakoś radzić w tym światku który potrafi być na serio brutalny.

Beata Prętnicka: Pod koniec zeszłego roku graliście support przed Nothing But Thieves. Czy w jakiś sposób to doświadczenie pomogło Wam przygotować się do trasy koncertowej w którą ruszacie niebawem? I przede wszystkim czego możemy spodziewać się podczas Waszych wizyt w miastach? Możecie uchylić nam rąbka tajemnicy?

Terrific Sunday: No koncert z NBT to był jeden z najbardziej emocjonujących spotkań z publicznością. Zostaliśmy tam przyjęci jak gwiazdy, to było mega budujące uczucie. W pewnym sensie dało nam to trochę pewności siebie, co na pewno pomoże na trasie koncertowej. A na niej na pewno będzie parę niespodzianek – zwrócimy uwagę na szczegóły, postaramy się dopracować niedoskonałości z poprzednich koncertów. Na pewno w każdym mieście inaczej będziemy budować emocje, na pewno zagramy coś „extra” i na pewno będziemy chętnie spędzać czas z ludźmi po koncercie na rozmowach o tym co dobre, a co złe w naszym graniu.

Beata Prętnicka: Co po trasie klubowej? Jakieś plany wydawnicze? Myśleliście o tym, co chcecie zaproponować słuchaczom w przyszłości?

Terrific Sunday: Po trasie pewnie kolejna trasa – mamy nadzieję pojawić się na juwenaliach w paru miastach, myślimy o festiwalach w wakacje a we wrześniu powtórka z marca i kwietnia pewnie. Co do planów wydawniczych to tak, mamy. Na pewno w tym roku chcemy wypuścić 1, może 2 piosenki zapowiadające kolejną płytę.

Beata Prętnicka: Macie także trochę zagranicznych fanów. Jaka jest szansa na to, że zagracie dla nich podczas koncertu czy festiwalu poza granicami naszego kraju?

Terrific Sunday: Zawsze jest jakaś szansa, jaka ona jest to nie wiemy. Są jakieś głosy z różnych stron, ale nie chcemy pisać, póki nie mamy pewności że to się uda :) Marzymy o tym, ale marzyliśmy kiedyś o rzeczach które się wydarzyły więc musimy cierpliwie czekać i na to ciągle pracować!