O pożegnaniu z programem „Jaka to melodia?”, nowej płycie i planach na przyszłość. Wywiad z Robertem Janowskim

Piosenkarz, kompozytor, dziennikarz radiowy, aktor, poeta, a przede wszystkim chyba najbardziej znany i lubiany polski prezenter telewizyjny.  Roberta Janowskiego można by przedstawić w o wiele łatwiejszy sposób – prowadzący „Jaka to melodia?”. Jednak od tego sezonu nie jest to już niestety opis prawdziwy, gdyż po ponad 20 latach „pan Robercik” odszedł z programu, nie zgadzając się na jego nowy format. 

Nie oznacza to jednak absolutnie, że przestał być aktywny zawodowo. Już 28 września wychodzi kolejna płyta Roberta Janowskiego, zatytułowana „Najpiękniejsze melodie” z piosenkami z lat dwudziestych i trzydziestych.

Znalezione obrazy dla zapytania Najpiękniejsze melodie robert janowski książka

Spotkaliśmy się w gorące, wrześniowe popołudnie, żeby powspominać to, co było i porozmawiać o tym, co nowe.  

Marta Umiejewska: Skąd pomysł na taki tytuł i taką
płytę?

Robert Janowski: Mam audycję w radiu Pogoda, która
nazywa się „Najpiękniejsze melodie” i gramy tam głównie najstarsze piosenki. Pomysł
wyszedł od radia – najprostsze skojarzenie, przynajmniej dla moich słuchaczy.

MU: Dobór piosenek też był zasugerowany przez radio?

RJ: Nie, mieliśmy pełną dowolność. Cieszyłem się jednak
jak dzieciak wpuszczony do Hula-Kula.  Pełno było wokół mnie cudnych, muzycznych
perełek. Właściwie po każdą chciałem siegnąć, ale niestety nie da się
wszystkiego zagrać. Nawet nie masz pojęcia, ile tego jest – mógłbym nagrać sto
płyt z takim materiałem. Nie tylko takie przeboje, jak „Tango Milonga”, „Miłość
Ci wszystko wybaczy” czy „Już taki ze mnie zimny drań”, ale też mniej znane,
np. „Jadę do Ciebie tramwajem”. Ta muzyka, to jest czad! Brzmi jak najlepsza
Gershwinowska albo Ellingtonowska orkiestra!

MU: A nie kusiło Pana, żeby zrobić z tego komercyjny
hit ze znajomymi artystami z „Jaka to melodia?”, „Metra” czy nawet „Oddziału
Zamkniętego”?

RJ: Nie myślę komercyjnie. Z zasady. Ale to prawda,
że świat się zmienia – kiedyś organizowało się festiwale polskiej piosenki, a
teraz jest to trochę wyścig wytwórni, gdzie nie zawsze zwraca się uwagę na
jakość. Uważam, że pop zmierza obecnie w złym kierunku. Muzyki się nie pisze,
tylko się ją produkuje. Wolę wracać do klasyki, bo w mainstreamowych radiach
nie odnajduję niczego, czym bym się mógł zachwycić. Jest kilka młodych nazwisk,
których muzykę szanuję i uwielbiam, ale są to 
raczej zespoły niszowe. Obecnie wśród młodzieży najlepiej się sprzedaje
rap – to jest chyba głos pokolenia. Ale uwierz mi, lata dwudzieste i
trzydzieste mają głos uniwersalny, bo skoro minęło ponad pół wieku, a piosenkę
dalej potrafi zanucić większość młodych ludzi, to oznacza, że mamy do czynienia
z evergreenem, to jest wartość ponadczasowa. To również kawał naszej historii,
naszego dorobku kulturowego. Warto to rozpowszechniać. Myślę, że gdyby nasi
dawni muzycy mieszkali w USA, to teraz wszyscy amerykańscy artyści coverowaliby
ich piosenki. Przecież tę muzykę pisali zawodowcy: Gershwin i Szpilman to ten
sam sposób myślenia o harmonii, o orkiestracjach, ten sam poziom. Genialne głowy!

MU: Czy w takim rozumowaniu kryje się jakaś niechęć
do zagranicy?

RJ: Nie, lubię Sinatrę, Michaela Bublé, uwielbiam
swing. Wychowałem się na Stonesach i Pink Floydach. Ale przy okazji tego krążka
nie chciałem już wracać do mocniejszych brzmień. Już miałem długie włosy i się
wykrzyczałem. W życiu zawsze trzeba wiedzieć, po co coś robisz. Dzięki temu
możesz obronić swoje stanowisko.

Znalezione obrazy dla zapytania Najpiękniejsze melodie Roberta Janowskiego

MU: To przypadek, że płyta wychodzi akurat wtedy,
gdy kończy Pan przygodę z programem „Jaka to melodia?”?

RJ: Zupełny przypadek. Gdy zaczynaliśmy nagrywać,
jeszcze taka decyzja nie zapadła. Ale nie jest to moja pierwsza płyta, chyba
siódma z kolei. Mam nadzieję na wiele koncertów z tym repertuarem.

MU: A nie obawia się Pan, że nową płytę będą kupować
ze współczucia?

RJ: Płyt nie kupuje się ze współczucia. Oczywiście
po moim odejściu z programu pojawiło się dużo komentarzy… Ludzie czują raczej
żal, niż współczucie, ale to ja się o nich martwię, że stracili coś, co mieli
codziennie przez 20 lat i już nigdy więcej nie będą tego mieć. To nie był tylko
zwykły program rozrywkowy – udało nam się nawiązać fajną, ludzką relację, mimo
że się nie znamy osobiście. .

MU: Czym są teraz wypełnione te wieczory?

RJ: Jest bardzo dużo różnych nowych wyzwań, ale
staram się nie spieszyć. Żyję powolutku, nadrabiam czytanie, przygotowuję
rozważnie nowe pomysły na kolejne książki,  płytę… na telewizję przyjdzie czas. Na
świecie, w stacjach telewizyjnych trzyma się zawodowców, z doświadczeniem, więc
myślę, że i dla mnie w swoim czasie znajdzie się tam miejsce. Może będzie to
szybciej niż bym przypuszczał?

MU: Czy ten uśmiech, który widzieliśmy codziennie na
antenie, to właśnie mina zawodowca?

RJ: Niczego nie udaję. Taki po prostu jestem. Lubię
rozmawiać z ludźmi, ciekawi mnie, co mają do powiedzenia. Oczywiście, że
czasami miewałem gorsze dni, ale jako zawodowiec musiałem się w takich
momentach zmobilizować. Nikogo nie interesowało to, czy jestem zmęczony,
nagrywając szósty odcinek z rzędu. Przez te 21 lat, tylko raz byłem chory. Zapalenie
płuc odbiło się na moim głosie i nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. W
przeciwnym razie pewnie bym poszedł do pracy. Gorączka nie zwalnia artystów z
obowiązków. Poza tym, nigdy nie nagrywałem podpierając się scenariuszem. To wszystko
szło z głowy i serducha. Myślę, że można to nazwać zawodostwem

MU: A najprzyjemniejsze odcinki, to te z gwiazdami?

RJ: Na pewno bardziej stresujące. Pojawiali się
różni ludzie, w tym wielkie autorytety, ale też artyści żądni pochlebstw lub
Ci, od których ciężko słowo wydobyć, introwertyczni. Trzebabyło się czasem
nieźle nagimnastykować

MU: Czy możemy się spodziewać kolejnych płyt?

RJ: Zdecydowanie tak. Te pomysły się odkładały przez
te wszystkie lata, kiedy nie miałem czasu ich realizować, a teraz otworzyło się
jeszcze więcej możliwości. Ale wszystko w swoim czasie.