„Chcemy żeby nasze teksty przekazywały konkretne myśli, a nie były zlepkiem przypadkowych i ładnie brzmiących słów” – Wywiad z Oxford Drama

Oxford Drama to duet z Wrocławia, który tworzą Małgorzata Dryjańska i Marcin Mrówka. W 2015 roku wydali swój debiutancki album „In Awe” i jeszcze w tym samym roku zagrali na Open’er Festival. Muzyka, którą tworzą, jest opisywana jako electropop i charakteryzuje się świetnym brzmieniem i ciekawymi tekstami śpiewanymi bardzo dojrzale brzmiącym głosem.

We wrześniu tego roku grupa wydała nowy album zatytułowany „Songs”, na którym pojawiły się takie perełki, jak „Be kind” czy „Alter Ego”. Na koncertach Oxford Drama gra obecnie z udziałem innych muzyków w składzie pięcioosobowym.

Gosia i Marcin zgodzili się odpowiedzieć nam na kilka pytań, między innymi o ich ulubionych artystów i o kreowanie własnego wizerunku w Internecie.

Marta Umiejewska: Czy chcecie trochę ukryć swoje pochodzenie, używając angielskiej nazwy i śpiewając po angielsku?

Gosia: Zdecydowanie nie ukrywamy swojego pochodzenia. Jesteśmy zespołem z Wrocławia, z Polski i wszędzie się tak przedstawiamy, bo nie jest to coś do ukrycia czy wstydu. Zdecydowaliśmy się na angielską nazwę i teksty po angielsku, bo ten język jest nam równie bliski. Jest to po prostu inna relacja, niż ta ze swoim ojczystym językiem.

U mnie angielski pojawił się dosyć wcześnie w życiu, a razem z nim zafascynowanie kulturą anglosaską. Padają takie stwierdzenia wśród muzyków czy dziennikarzy, że za językiem angielskim można się schować, że ludzie jednak nie czują się z tym językiem aż tak swobodnie. Myślę, że po części to może być prawda, ale ja wybierając właśnie ten język czuję, że otwieram się przed słuchaczami. Przez teksty pokazuję swój sposób myślenia, budowania historii, czy po prostu wrażliwość, próby bycia zabawną, odważną. Jestem też świadoma tego, że nie wszyscy od razu zrozumieją to, o czym śpiewam, dlatego dzielimy się naszymi tekstami, żeby dać naszym fanom czas na zaznajomienie się z nimi. Tworząc linie melodyczne oraz teksty nie idziemy z Marcinem na łatwiznę, bo chcemy żeby nasze teksty przekazywały konkretne myśli, a nie były zlepkiem przypadkowych i ładnie brzmiących słów.

Marcin: Mam wrażenie, że doszło w ostatnich latach do odwrócenia polaryzacji tego, czego oczekujesię od polskich artystów. To, co kilka lat temu określało się komplementami jako „zachodnie”, dziś ma często wydźwięk pejoratywny. Mam tendencję do analizowania zjawisk w szerszym kontekściei uważam, że nie bez znaczenia jest to, że kompas społeczno-polityczny wskazuje teraz inny kierunek. Uważam za krzywdzące, kiedy w negatywny sposób mówi się o artystach śpiewających po angielsku, że próbują podbijać zagranicę, tak jakby było w tym coś złego. Nam przede wszystkim zależy na polskiej publiczności, ale tak się składa, że jesteśmy ludźmi którzy nie forsują rozwiązań na siłę i za wszelką cenę. Robimy to, co wychodzi namnaturalnie. Istnieją przykłady muzyków, którzy piszą i śpiewają po angielsku a nie wychodzi im to zbyt dobrze, ale to samo można powiedzieć w drugą stronę – grafomania ma miejsce również wśród artystów śpiewających po polsku. Nie mówimy nie śpiewaniu po polsku, ale jeśli to się kiedyś stanie, będzie to wyłącznie naszą własną decyzją, a nie wynikiem oczekiwań innych ludzi.

MU: Jak ważny jest perfekcjonizm w Waszej pracy i jak to wpływało na pracę nad ostatnim albumem?

M: Cześć, perfekcjonista z tej strony! Ale paradoksalnie taki trochę na pół gwizdka. Bo z jednej strony daję sobie duże przyzwolenie na to, aby moje partienie były zagrane i zarejestrowane idealnie, z drugiej zaś zbyt często znajdowałem się w sytuacjach, gdzie spędzam godziny czy całe dni pracując nad partią tamburynu w utworze, tak aby uderzenia pojawiały się dokładnie tam, gdzie chcę. Więc od strony wykonawczo-produkcyjnej daję sobie dużo luzu, zaś od strony kompozycyjnej wszystko musi być na tip-top. Ostatnio jednak został mi przedstawiony koncept robienia rzeczy na 80% (w odróżnieniu do 110% doktórych przywykłem). Jest to ciekawa idea, nad którą warto się pochylić, bo być może faktycznie te 80% w zupełności wystarczy, a wiadomo, że robić rzeczy na 110% można. Pytanie tylko jak długo?

MU: Czym się różni dla Was granie we dwójkę od pracy w piątkę?

G: Nad muzyką zazwyczaj pracujemy we dwoje, ale czasami też osobno, następnie przychodząc do siebie z pomysłami. Jest to chyba najbardziej komfortowa sytuacja przy pracy. Nie bez powodu tak dużo utworów w muzyce popularnej powstaje w duecie, nawet jeśli wykonawcą jest cały zespół. Im więcej ludzi, tym ciężej jest podjąć wspólnie jakąś decyzję, która zadowoli wszystkich. Jednak z racji tego, że nasz drugi album „Songs” powstawał z myślą o graniu go w poszerzonym składzie, wiedzieliśmy, że trzeba będzie zebrać ekipę, z którą później te utwory będziemy grać. Być może nie zawsze dajemy naszym muzykom, którzy są naszymi bardzo dobrymi znajomymi, wielkiego pola do manewru jeśli chodzi o improwizacje, jednak grając w pięć osób na scenie zawsze przychodzi taki moment, że chociaż jedna osoba swoim instrumentem będzie chciała zaprowadzić nas w nieznane rewiry, i jest to jedna z moich ulubionych części koncertu.

MU: Potrzebujecie adrenaliny związanej z koncertowaniem czy najchętniej zamknęlibyście się na stałe w studiu albo wręcz w domu?

M: Ta adrenalina związana z koncertowaniem jest jednym z najpiękniejszych bodźców jakie daje granie muzyki. Stety i niestety uzależnia, więc ta potrzeba grania jest bardzo silna, ale rozpatrujemy to w kategoriach pozytywnych, bo napędza ona do dawania coraz lepszych występów i pozwala nam się udoskonalać. Jednak nie znosimy próżni, więc kiedy koncertów brak, to spędzamy ten czas głównie w studio. Odpoczywanie to naprawdę trudna sztuka, której dopiero się uczymy.

MU: Mam wrażenie, żezdecydowanie bardziej skupiacie się na tworzeniu muzyki niż swojego image’u. Współcześnie te proporcje w muzyce mainstreamowej są bardziej wyrównane. Nie boicie się, że samą (swoją drogą doskonałą) muzyką się nie obronicie? Oczywiście na tyle, żeby osiągnąć duży sukces komercyjny.

M: To bardzo ciekawe pytanie. Odpowiedzieć możemy wprost – nie boimy się. Ale temat jest znacznie bardziej złożony. Żyjemy w coraz dziwniejszych czasach, jeśli chodzi o obecność Internetu, a w szczególności mediów społecznościowych, w naszym życiu. Wkroczyliśmy w erę informacji, którą karmimy się w obrzydliwych ilościach każdego dnia.
Zarówno znacząca jak i zachowawcza obecność w mediach społecznościowych ma swoje plusy i minusy. Prowadząc intensywną kampanię promocyjną na swoich stronach możemy zwiększyć „dotarcie” do fanów, czy ich „zaangażowanie”. To dziś bardzo modne słowa. W rezultacie rośnie szansa, że posłucha nas więcej osób. Jednak w naszym odczuciu jest tozysk krótkoterminowy, w dodatku często za cenę ekshibicjonizmu i utraty prywatności. Jeśli przesunęliśmy granicę do takiego stopnia jak dziś, to gdzie będziemy za 5 lub 10 lat?

Media społecznościowe, w ciągu mniej niż dekady, dokonały transformacji komunikacji artysty z fanami. Przez takie trendy sztuka powszechnieje, przestaje być czymś unikatowym. Choć jesteśmy nostalgicznie fanami dawnych metod konsumpcji muzyki, to doceniamy szeroki dostęp do kultury jaki daje nam współczesny świat. Jednak kiedy to artysta, a nietylko jego sztuka, jest na wyciągnięcie ręki, magia gdzieś zanika. Nie chcemy, jako osoby, być zredukowani do ciągu zer i jedynek, składających się na ograniczony zbiór informacji o nas. Jako Gosia i Marcin jesteśmy czymś więcej – każde z nas ma swoją jednostkową osobowość, która składają się na to, czym jest Oxford Drama. I więcej o nas powie nasza muzyka, a właściwie jej indywidualny odbiór przez każdego z naszych fanów, a najlepszą interakcję zapewni udział w naszym koncercie.

MU: Czego nauczyliście się od waszych ulubionych zespołów, a czego wciąż im zazdrościcie?

M: Od ulubionych zespołów (ale też pisarzy, reżyserów, myślicieli, ogólnie ludzi kultury) nauczyłem się trochę tego, o czym powiedziałem w punkcie powyższym. Ściśle od muzyków uczę się dbałości o warsztat techniczny ale i pisania dobrych piosenek. Na przykład moi ulubieni perkusiści – Chris Bear, Stella Mozgawa, Bryan Davendorf – poza tym, że potrafią zagrać naprawdę trudne rzeczy z niesamowitą swobodą i lekkością, piszą też wspaniałe partie na swoich instrumentach, wychodzące znacznie poza ramy tego, czego zwykle oczekuje się od perkusistów. Ich fundament, poza trzymaniem groove’u, to traktowanie perkusji jako kolejnego melodycznego instrumentu, który opowiada swoją historię, składającą się na całość narracji danego utworu. U nich nie ma przypadkowych uderzeń – wszystko ma ogromny sens w swoim czasie i miejscu. Uwielbiam też muzyków, którzy potrafią zagrać prosto, ale konkretnie. Z perkusistów kimś takim jest np. Mick Fleetwood, a z gitarzystów The Edge.

G: Trudno mi powiedzieć czego się nauczyłam od moich idoli, bo może się okazać, że te lekcje które myślałam, że odrobiłam, są tylko moim wymysłem. Na pewno jestem po części zlepkiem swoich ulubionych artystów, bo jeśli ma się jakichś ulubieńców, to oni trochę stają się częścią historii, którą opowiadasz. Ale też mam nadzieję, że zachowuję przy tym wszystkim zdrowy rozsądek, bo nie chciałabym być ewidentnym tworem pozlepianym z wielu postaci sztuki. Wiem, że cały czas się czegoś uczę od innych muzyków – od tych, których znam od wielu lat i od tych, którzy są dla mnie świeżymi fascynacjami. Jedno wiem na pewno: bardzo mnie ciągnie do głębokich i rezonujących wokali, np. u Kate Bush czy u Tears for Fears. I myślę też, że barwne postaci, np. jak David Bowie, dodają mi odwagi na scenie. Więcej nie zdradzę.

Moje ulubione zespoły można poznać chociażby podpatrując jakie noszę T-shirty, lub na jakie koncerty chodzę. I powiem szczerze, że nigdy nie odczuwałam jakiejś zazdrości do moich ulubieńców. Jestem im po prostu bardzo wdzięczna.

Popularne