Na początku były Miliony Monet… Później Mrozu zaczął coraz bardziej brnąć w brzmienia bluesowo-jazzowe, czy rodzimy rock’n’roll. Im głębiej zaglądniemy w dyskografię wrocławianina, tym znajdziemy w niej więcej bardzo dobrych dźwięków. Takie właśnie prezentuje w najnowszym wydawnictwie Zew, które zaszokowało niejednego słuchacza. Właśnie z tej okazji zadaliśmy muzykowi kilka pytań. Z Mrozem rozmawiała Dominika Mrówczyńska.

Zdjęcie użytkownika Justyna Prus Photography.
Fot. Justyna Prus / Justyna Prus Photography

Dominika: Zacznę od jednej kwestii – gratuluję tak dobrego albumu! Kiedy postanowiłam odszukać pierwszy singiel w jednym z serwisów streamingowych, ku mojemu zdziwieniu znalazłam go w dziale „alternative”. Dlaczego zdecydowałeś się odejść od tych strice popowych, powiedzmy komercyjnie-radiowych kawałków i stworzyć dość odważny krążek?

Mrozu: Dzięki, miło! Sam byłem zaskoczony jak ten singiel został skategoryzowany, ale może i słusznie. Nie jest to popowa płyta. Przy tworzeniu nowych piosenek nie zastanawiałem się, w którą stronę to wszystko pójdzie, działo się to raczej naturalnie. Z reguły moja muzyka powstaje wedle zasady „rób, jak czujesz” i tak też się stało. Odważniejszą decyzją można by nazwać dobór pierwszych singli. Bardziej zależało mi na zaprezentowania tych wyrazistych i klimatycznych numerów niż tych o powiedzmy, bardziej przystępnym potencjale.

Dominika: Już po premierze pierwszego singla „Sierść” było wiadomo, że płyta może lekko wywrócić skojarzenia z Mrozem, które do tej pory nasuwały się wszystkim przy określaniu typu muzyki, jaki wykonujesz. Jakie były pierwsze reakcje fanów, które trafiły do Ciebie po udostępnieniu „Sierści”?

Mrozu: Pozytywne zaskoczenie to chyba dobre określenie. Dziękuję wszystkim, którzy dostrzegli i docenili.

Zdjęcie użytkownika Justyna Prus Photography.
Fot. Justyna Prus / Justyna Prus Photography

Dominika: Pomimo, że krążek znajduje się na rynku dopiero kilka tygodni na pewno spotkałeś się już również z pierwszymi komentarzami, czy recenzjami odnoszących się do całości albumu. Znalazło się tam więcej zwolenników, czy przeciwników „nowego” Mroza?

Mrozu: Chyba pierwszy raz cała płyta, a nie tylko single dostaje dobre recenzje i jest to pewien ewenement w mojej karierze. Ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Zamiar był taki żeby nagrać cały, dobry album. Dotarło do mnie dużo pozytywnego feedbacku, z miejsc, z których nigdy bym się nie spodziewał, a raczej te osoby nigdy by się nie spodziewały, że tak ustosunkują się do mnie. To budujące i jestem wdzięczny.  Jednocześnie zauważam, że słuchacze, którzy przyzwyczaili się do moich pozytywnych kawałków z trudem przyjęli piosenkę „Duch”. Zdaję sobie sprawę, że to płyta nie dla wszystkich. Myślę, że jak przesłuchają resztę to zobaczą, że nie ma tylko mrocznych akcentów.

Dominika: Nawiązując jeszcze do poprzedniej płyty „Rollercoaster” – już wtedy było słychać pewnego rodzaju bluesowo-jazzowe brzmienia. Spodziewałeś się, że i taka muzyka będzie trafiać w uszy słuchaczy? Nie mówię tylko o Twoich największych fanach, a przede wszystkim o tej bardziej wymagającej części publiki.

Mrozu: Tak serio to niczego się nie spodziewałem i na nic nie liczyłem. Tym lepiej przy takim podejściu się potem miło zaskakiwać. Ewidentnie polska publika czuje blues’a. Ja nie jestem bluesmanem, ale ten feeling mi pasuje i dobrze się czuję w tym harmonicznym anturażu. W polskim słuchaczu jest zakorzeniona tradycja rock’and’rolla, niegdyś nazywanego bigbitem i widać to było po reakcjach ludzi, z którymi się spotykałem na koncertach. Jak już wracasz do płyty „Rollercoaster” to cieszę się, że udało mi się przemycić do mainstreamu odważny imprezowy tekst jak i brudną przesterowaną produkcję. Jak słyszę gdzieś „Jak nie my to kto” przypadkiem w radiu, to słychać, że brzmi on inaczej od zachowawczych wygłaskanych polskich popowych produkcji.

Dominika: Krążek „Zew” stworzyłeś we współpracy z Marcinem Borsem, który zajął się między innymi produkcją Twojej debiutanckiej płyty „Miliony Monet”. Jak tym razem przebiegała Wasza współpraca? Wspólnie podjęliście decyzję, że najnowszy album będzie tak odważną zmianą charakterystyki?

Mrozu: Długa, żmudna i intensywna praca. Marcin to wymagający producent i wiedziałem, że nie mogę przynieść czegoś przeciętnego. Tak na prawdę to oboje jesteśmy wobec siebie wymagający, stąd czasem krew, pot i zgrzytanie zębów. Wszystko przeplatane zajebistą zabawą i kreatywną, fascynującą robotą. Przy wcześniejszych płytach Marcin był odpowiedzialny za mix, mastering i dogrywanie gdzieniegdzie instrumentów, dodając swoją producencką radę. Tym razem było w ten sposób, że zjechałem do Wrocławia z moim domowym studiem, większością materiału i rzeźbiliśmy razem.  Chcieliśmy dać z siebie jak najwięcej i pójść o krok dalej, by ta przygoda była wyzwaniem i frajdą. Mamy na sumieniu parę przebojów, ale nie mieliśmy albumu wyprodukowanego razem od początku do końca. Przyświecał nam jeden cel, zrobić dobre, nietuzinkowo brzmiące piosenki.

Dominika: Do tej pory często w recenzjach Twoich albumów można było znaleźć jeden zarzut – brak spójności. Potencjał dostrzegany był w poszczególnych utworach, jednak brakowało im punktu wspólnego. Tego na pewno nie można powiedzieć o albumie „Zew”. To po prostu krok na przód i efekt Twojego rozwoju, czy fakt, że Zew jest tym co zawsze grało w Twojej duszy, ale bałeś się tego pokazać?

Mrozu: Odniesienia inspiracyjne, które posiada „Zew” sięgają do muzyki, którą znałem i lubiłem długo przed moim debiutem. W pewnym sensie zatoczyłem krąg w moich fascynacjach. By nagrać taką płytę na pewno musiałem dojrzeć. To nie tylko bagaż osobistych doświadczeń. Mam tu na myśli rozwój na poziomie warsztatu wokalnego, kompozytorskiego, produkcyjnego i ogólnej świadomości. Od czasu pierwszego wydawnictwa ciężko pracowałem, poznałem wspaniałych ludzi, muzyków, producentów, zagrałem masę koncertów, napisałem parędziesiąt piosenek. Każda płyta Cię czegoś uczy, otwiera głowę, inspiruję, to taka wędrówka, której limitem jest tylko Twoja wyobraźnia i umiejętności. „Rollercoaster” wyznaczył mi pewien azymut i tą ścieżką idę eksplorując różne zakamarki brzmieniowe. To nakręca. Lubię zaznaczać swoją odrębność na polskiej scenie i myślę, że z płytą „Zew” znów się to udało.

Dominika: O ile na każdej poprzedniej płycie znajdziemy kilku gości, tym razem obeszło się bez featuringów.

Mrozu: To też coś odznacza tę płytę od poprzednich. Nie ma featuringów, ale goście pojawiają się pod inną postacią. Ten Typ Mes wszedł ze mną w liryczną kooperację i razem udało nam się stworzyć intrygujący storytelling do „Ducha”. Pojawia się znów Patrycja Gola w chórkach, znana wcześniej z „Jak nie my to kto”, a inni goście to muzycy, których wkład jest też znacznie większy niż na poprzednich krążkach.

Dominika: Myślisz, że nowy materiał, choć odmienny, dogoni swojego poprzednika i osiągnie status platynowej płyty?

Mrozu: Ze swojej strony daliśmy całe serce i wszystko, co na obecną chwilę w nas najlepsze. Reszta już zależy od ludzi, odbiorców. Płyta jest świetnie wydana, za oprawę graficzną odpowiada Forin, genialny grafik, warto ją mieć na swojej półce i posłuchać całej. Niedługo pojawi się też „Zew” na winylu.

Dominika: Nowa płyta to zawsze trasa koncertowa. Możemy spodziewać się, że trasa Zew zawita do wielu miast w Polsce?

Mrozu: Jasne! Ostatnie dwa miesiące to czas intensywnych prób, nowy materiał sprawdza się genialnie, brzmimy jak nigdy wcześniej. Zapraszam na mój oficjalny profil na facebooku tam o wszystkim informuję.

Dominika: Na koniec, wybiegając trochę w przyszłość. Jak wyobrażasz sobie brzmienie dyskografii, które będzie prezentował Mrozu za np. 10 lat?

Mrozu: Ciężko powiedzieć. Mam nadzieję, że będę mógł ciągle robić swoje.