Mery Spolsky to jedna z tych debiutantek, o których teraz najgłośniej. Chwilę temu wydała swój pierwszy album i moim skromnym zdaniem znalazła niszę muzyczną, o której do tej pory było cicho. Nam udało się porozmawiać z Marysią, a oto zapis tej rozmowy.

Mieliśmy z Mery mały problem. Ja na co dzień mieszkam w okolicach Torunia, a Mery w Warszawie. Dzielą nas setki kilometrów i niestety nie dane nam było spotkać się na żywo i porozmawiać.  Dziś nie, ale to na pewno nie oznacza, że się ponownie nie spotkamy. Wymyśliłem więc, że spotkamy się o umówionej godzinie na Facebooku i wspólnie „porozmawiamy”. Zeszło nam około dwóch godzin i razem dobrze się bawiliśmy. Oto zapis naszej pogawędki.

Łukasz Jaćkiewicz: Na początek mam dla Ciebie małą niespodziankę.

Mery Spolsky: Ooo, jaką?

Łukasz: Ostatnio spotkaliśmy się na Open’erze, wcześniej był też Spring Break, ale na pewno nie wiesz, że nie były to nasze pierwsze spotkania. Pamiętasz rok 2015 i konkurs Pejzaż bez Ciebie w Toruniu, który wygrałaś? Siedziałem w pierwszym rzędzie, jeszcze wtedy nieświadomy kim jesteś.

Mery: WOW! Serio?

Łukasz. Tak! Powiedz mi jak wspominasz ten koncert?

Mery: Faktycznie to było w Toruniu i pamiętam, że był to jeden z najbardziej wzruszających koncertów. Bo jak dowiedziałam się, że publiczność na mnie w większości zagłosowała i jeszcze przyznano mi Nagrodę Główną to przeszły mnie takie ciarki, których nie zapomniałam do dziś. Coś w stylu: to się nie dzieje naprawdę. Poza tym sala była dla mnie ogromna i czuć było potężną energię od ludzi. Bałam się odbioru mojego występu, bo śpiewałam utwory Marka Grechuty, publiczność była dość w „poważnym” wieku i trochę cykałam się jak odbiorą moje rock’n’rollowe „W Dzikie Wino Zaplątani”. A odebrali tak, że jak wyszłam wykonać ten utwór drugi raz, już jako zwyciężczyni, to publika biła brawa i kiwała się na krzesłach. SZAU!

Łukasz: Efekt był piorunujący i przyznam się szczerze, że wówczas nie widziałem dla Ciebie konkurencji.

Mery: Serio? Dzięki!

Łukasz: Odnalazłem także drugą rzecz, która nas łączy. To Grzegorz Ciechowski, który też zaczynał w Toruniu. Podobno to on kształtował Twój gust muzyczny? Co cię w nim urzekało?

Mery: Pamiętam, że pierwszy raz usłyszałam go w „Śmierć Na Pięć” jako mała dziewczynka i zakochałam się w tym rytmie a’la kołysanka. Jak dorosłam to zaczęłam słuchać świadomie tekstów Republiki i ogólnie Ciechowskiego i to chyba właśnie one mnie tak zauroczyły. Potem doszła fascynacja całym bandem, bo i image mnie kręcił (ukośne pasky) i połączenie rockowego grania z wokalem bardziej aktorskim niż rockowym. Charyzma w głosie Ciechowskiego to coś co od dawna mnie utwierdza w przekonaniu, że w śpiewaniu nie chodzi tylko o technikę, ale też o przekaz. A że miałam swoje wzloty i upadki na różnych lekcjach śpiewu i warsztatach, to Ciechowski mi pomagał wierzyć w siebie.

Łukasz: Skoro mówisz o przekazie, to zarówno Grechuta jak i Ciechowski byli w tym mistrzami. Są to już pewnego typu klasycy. Kto jeszcze kształtował Twój gust muzyczny i to jak teraz postrzegasz muzykę?

Mery: Muszę od razu zaznaczyć, że Grechuta nie należy do moich inspiracji. Przypadkowo los mnie na niego nakierował, bo wiele przeglądów muzycznych, na których marzyłam wystąpić nakazywało, aby wykonywać jego twórczość.
Poza tym mam kilka swoich „autorytetów”, którzy nawiedzają mnie muzycznie i tekstowo i inspirują. Np. takim zespołem było Pogodno i teksty Budynia. Miałam w swoim życiu okres kiedy bardzo dużo wczytywałam się we wszystko co pisze. Muzycznie zafascynowała mnie płyta „Granda” Brodki, w której usłyszałam nagle pokręcone aranże. Ogromnie też wpłynęła na mnie muzyka rockowa. Swojego czasu słuchałam Audioslave, Primus, Rage Against The Machine czy Skunk Anansie i zachwycałam się gitarowymi riffami. Starałam się przekładać wtedy te inspiracje na swoją gitarę. Teraz natomiast wpadłam w hip hopowy szał i słucham Nelly Nashville albo Eve.

Łukasz: Rozkład stylistyczny z tego co widzę jest naprawdę spory, to wszystko wpłynęło na to, jaką muzykę teraz tworzysz?

Mery: Nie będę również ukrywać, że wzdycham do cukierkowych i popowych artystów takich jak Gwen Stefani czy Black Eyed Peas. Wydaje mi się, że wszystko co wymieniłam wpłynęło na moją obecną muzykę, ale chyba najwięcej śladów zostawiły po sobie właśnie te popowe produkcje. Po prostu bardzo lubię połączenie popu z mniej mainstreamowym tekstem.

 

Łukasz: Wspomniałaś o konkursach i przeglądach – to wszystko było zanim wydałaś swój album. To dodało Ci pewności siebie?

Mery: Chodziło mi bardziej o pewien „rozgłos”. Chciałam się pokazać szerzej niż w Warszawie. Po drugie chciałam skorzystać z doświadczenia jakie serwowały te konkursy, czyli np. granie w stresie przed jury, zapoznanie się z innymi artystami (często odkrywałam coś ciekawego), a co za tym idzie również nauczenie się smaku konkurencji i porażki. Jednak chyba najbardziej chodziło mi o to, żeby grać, grać, grać. Konkursy i przeglądy odbywały się w naprawdę fajnych salach, niektóre były transmitowane przez radio lub telewizje. Chciałam się pokazać ludziom.

Łukasz: I to wszystko zapieczętowało wydaniem Twojej płyty. Mam ją, trzymam w ręce i szczerze mówiąc słucham od dawna. Podoba mi się!

Mery: Bardzo mi miło, że ją masz i dodatkowo słuchasz!!! AUU! DZIĘKI!

Łukasz: Związałaś się z Kayaxem, czyli typowo polską wytwórnią. Jak w ogóle do tego doszło?

Mery: Kayax spadł na mnie jak grom z jasnego nieba To znaczy, że byłam w fazie już podjętej decyzji, że płytę wydam własnym kosztem, bez kontraktu. Miałam wcześniej różne rozmowy z wytwórniami i podjęłam jednak decyzję, że nie chcę oddawać swojego projektu w dodatkowe ręce. Pojechałam na Festiwal Młodych Talentów, bo to jeden z fajniejszych konkursów kładących nacisk na twórczość własną i jechałam tam z przeświadczeniem, że nie chcę się z nikim wiązać. Aż tu nagle zjawił się Tomik, szef Kayaxu i zaczarował mnie swoim podejściem i pozytywną energią. Stwierdziłam, że to spotkanie nie było przypadkowe i że jeśli już się wiązać to tylko z Kayaxem- wytwórnią spolsky!

Łukasz: Tym bardziej, jeśli słyszy się teraz o tym, że wokalista często jest produktem, któremu narzuca się tworzenie tego co chce wytwórnia i artysta tak naprawdę nie ma na to wpływu…

Mery: Oj tak! Kayax dostał moją płytę i nie zmienił w niej nic a nic. Wszystkie piosenki na płycie są w takiej wersji, w jakiej zostały dostarczone. Jestem im za to dozgonnie wdzięczna. Z resztą napisałam też o tym w podziękowaniach na płycie .

Łukasz: Czytałem! A strona wizualna tej płyty jest naprawdę imponująca. To też Twój pomysł?

Mery: To było tak, że najpierw wykonaliśmy sesję zdjęciową na płytę z Piotrem Porębskim. Po sesji już miałam w głowie wstępną wizję co i jak rozmieścić na płycie. Potem spotkałam się z Kasią Rogowiec, odpowiedzialną za projekt graficzny, która przed spotkaniem zainspirowała mnie rzucając hasłem, że „płyta powinna otwierać się w krzyż”. Tak mnie to podjarało, że usiadłam i zrobiłam ręcznie makietę płyty, gdzie rozrysowałam wszystkie szczegóły: gdzie widzę opis płyty, gdzie widzę zdjęcia oraz które grafiki mają być przypisane do poszczególnych tekstów. Akcja jak na zajęciach plastycznych, bo kleiłam miniaturki grafik i rysowałam swoje podobizny imitujące dane zdjęcia. Kiedy Kasia to zobaczyła to przełożyła wszystko na komputer i tak powstała płyta! Muszę również obowiązkowo dodać, że zestaw grafik przy tekstach na plakacie to dzieło mojej św. pamięci Mamy. Ręcznie je namalowała, a ja je wykorzystałam po kilku latach, bo towarzyszą mi w projekcie jako wizuale. Są bardzo istotne.

Łukasz: Osobiście podoba mi się bardzo ta książeczka z tekstami. To taki mały hołd dla Twojej mamyie o której wspomniałaś?

Mery: Tak. Ale też nieodłączna część projektu, bo Mama rysowała te grafiki podczas słuchania mojej muzyki (nie tej z płyty, ale wcześniejszych piosenek z gitarą). Ja je potem włączyłam do koncertowego „repertuaru”, bo wyświetlam je w formie animacji albo po prostu obrazków. Poza tym grafiki od zawsze były w moim projekcie wykorzystywane na ubraniach (też ręcznie malowane) i cały mój dom jest nimi przystrojony. To są po prostu grafiky spolsky!

Łukasz: Prywatnie wiem, że materiał był gotowy już na długo przed wydaniem, bo mówiłaś o niej już chyba z półtora roku temu? To jak kształtował się zestaw utworów na płytę zmieniał się w czasie?

Mery: To było tak, że w marcu zeszłego roku napisałam pierwszy utwór „NIEMA MERY”, który był eksperymentem, bo pierwszy raz usiadłam sama do pełnej aranżacji tworząc swój numer (wcześniej tworzyłam aranże coverów na potrzeby konkursów, czyli np. „Kiedy Mnie Już Nie Będzie” Osieckiej czy „Cała Jestem W Skowronkach” Skaldów). Swoje własne numery komponowałam na gitarę i bas, albo gitarę i cajon- czyli mocno akustycznie. Dzień później powstało „Miło Było Pana Poznać” i już wiedziałam, że to tylko takie moje muzyczne wybryki, w których po prostu „pobawię się” formą, bo trochę zarapuję, trochę pozbawię się gitary, a zastąpię brzmieniami elektro. Na przestrzeni dwóch miesięcy powstały pozostałe numery. Oczywiście pokazywałam to znajomym, ale bardziej w celu „patrz jak Mery rapujeę, hehe”. Zaczęło się okazywać, że wszystkim się to podoba. Włączyłam więc „Miło Było Pana Poznać” i „Liczydło” w repertuar koncertowy. Szokiem okazało się ile wiadomości po koncertach dostawałam od obcych słuchaczy, że podobał im się taki numer z przekleństwem i czemu nie ma go w sieci??? Jak go znaleźć? Od tego momentu te piosenki przestały być „wybrykiem” do szuflady. Uwierzyłam w nie i postanowiłam się nimi podzielić.

Łukasz: I wtedy po długim czasie napisałem do Ciebie i poprosiłem o to samo – o Twoje numery!

Mery: Dokładnie tak było!!! A wcześniej nikt do mnie nie pisał.

Łukasz: No właśnie i chyba od tego pytania powinienem zacząć: Kim jest Mery Spolsky na płycie Miło Było Pana Poznać? Jest obecnie tą samą osobą, co na co dzień czy są to wspomnienia, które w niej żyją, ale jest to całkowicie zamknięty temat?

Mery: Chyba taką samą, bo wyraziłam tam swoje emocje i bardzo się wyprułam i mimo, że teraz te emocje to przeszłość, to grając piosenki z płyty na koncertach wciąż czuję to samo. Oczywiście z jednej strony to płyta bardzo osobista, ale z drugiej niesie dużo metafor. I chyba właśnie te metafory, których treść chciałam przekazać wciąż są ze mną.

Łukasz: No właśnie! Płyta stanowi chronologiczny zapis pewnego okresu w Twoim życiu. I szczerze przyznam działo się w nim bardzo dużo. Poznałaś pewnego Pana, który wywarł na Tobie taki wpływ, że powstała o nim cała płyta?

Mery: Miło było go poznać. To akcja, której schemat możemy przypasować do wielu innych sytuacji. Wydarza się rzecz niemożliwie cudowna i nagle znika. Ta płyta jest o ogólnej utracie, tęsknocie, wściekłości. I o tym, że na samym końcu można wyciągnąć wniosek, że w sumie to dobrze się wydarzyło, bo bez tragedii nie powstałaby płyta. To jest prawdziwy list do pewnego pana, ale również przemycenie mojego prywatnego bólu związanego z utratą Mamy- bardzo ważnej osoby w moim życiu. Nie chciałabym jednak, aby ludzie kojarzyli płytę z żałobą. Dlatego pierwszą interpretacją płyty jest ten tajemniczy pan co porzucił Mery.

Łukasz: Oczywiście wiem, że nie zdradzisz mi kto nim był?

Mery: „Miło było pana poznać, chociaż NIE WIEM KIM PAN JEST”. Nikt się nie dowie. Ja sama w sumie tak naprawdę nie wiem.

Łukasz: Wszystko jest tu Twojego autorstwa – muzyka, teksty, aranżacje. Jesteś trochę taką Zosią Samosią?

Mery: Tak wyszło. Chciałam, aby to była moja wypowiedź w stu procentach. Aby nikt nie chciał ingerować w tekst ani brzmienie. Straciłabym wtedy ten personalny przekaz. Dopiero w fazie miksu i masteringu zaufałam Sławkowi Gładyszewskiemu i wspólnie siedzieliśmy w studio podkręcając brzmienia. Gdyby nie Guadky to ta płyta byłaby średnia brzmieniowo. Nie jestem specem. Potrafię powiedzieć o co mi chodzi (gdzie jaki efekt, jakie proporcje), ale z wykonaniem jest gorzej. I na takiej właśnie zasadzie pracowaliśmy.

Łukasz: Wszystko jest też po polsku. To rzadkość ostatnio, że cała płyta powstaje po polsku, bez żadnych wstawek angielskich. No chyba, że następuje lokowanie produktu, w stylu Paco Rabanne (śmiech).

Mery: Dlatego jestem SPOLSKY! Bo piszę po polsku i wolę śpiewać w naszym rodzimym języku, choć angielski jest kuszący. Studiowałam anglistykę, potem amerykanistykę, a jednak ciągle czułam się „obco” wyrażając swoje myśli po angielsku. Nie wiem w sumie czy to rzadkość. Może dlatego, bo ja bardzo dużo słucham polskich wykonawców, którzy tworzą po polsku i wydaje mi się, że mamy tego dosyć dużo na naszym rynku.

Łukasz: Zatrzymajmy się chwilę przy tekstach. Wsłuchując się, słyszę rymowanki, wyliczanki, sarkazmy, historie słowne. To słowa budują Twoje piosenki, a muzyka je tylko otacza, czy odwrotnie?

Mery: Przy tej płycie to słowa były zwykle pierwsze. Wyplute do komputera za jednym zamachem. To znaczy, że jak naszło mnie na pisanie to pisałam od razu cały numer. Dopiero potem przy komponowaniu muzyki szlifowałam go tekstowo. Czasem celowo używam kolokwializmów albo oczywistych rymów. Chciałam, aby ta płyta przypominała czasem prawdziwy list.

Łukasz: List wyśpiewany, ale także wyrapowany, nawijkowany, sam nie wiem jak to nazwać. To chyba też forma eksperymentu z Twojej strony?

Mery: Oj tak! Ja nigdy wcześniej nie „rapowałam”, nie „gadałam” do muzyki. W tym przypadku chodziło o to, że napisało mi się strasznie dużo tekstu. Chciałam go jakoś zmieścić. Dopiero potem zauważyłam, że daje to intrygujący efekt finalny.

Łukasz: Rzadko się zdarza, że młody muzyk jak Ty, od razu produkuje swoją pierwszą płytę. Było to dla Ciebie proste, czy sprawiło Ci to jakąś przeszkodę?

Mery: Sprawiło mi to frajdę very much!!! Każdy numer tworzył się na takiej zasadzie, że wpadałam w trans i dopóki numeru nie skończyłam to z transu nie wychodziłam. Skutkowało to nieprzespaną nocą i potem zgonem na studiach, ale nie umiałam zostawić „otwartego” numeru. Moją przeszkodą były brzmienia. Czułam, że czasem zbyt dużo podobnych brzmień z braku laku używam. Utwory tworzyłam na dość prostym programie. Dopiero po czasie skompletowałam więcej brzmień i wciąż kompletuję.

Łukasz: Jesteś oryginalna, bo to trzeba przyznać. Gdy myślę, kogo mi przypominasz z polskiego podwórka muzycznego, to nikt nie przychodzi mi do głowy. A więc znaczy to, że znalazłaś swoją niszę muzyczną, jak na przykład zrobiła to kilka lat temu Natalia Nykiel. Stawiasz na oryginalność i odrębność od innych?

Mery: Stawiam na to co mam w głowie, czyli swoją intuicję spolsky. Dziękuję, że mi tak słodzisz. Ja się np. spotykam z porównaniem do innych artystek. Chociażby do Natalii Nykiel o której wspomniałeś. Myślę, że trzeba od początku robić swoje. Abstrakcyjnym przykładem jest mój czarny welon. Lubiłam go. Podobałam się w nim sobie. Na początku ludzie dziwnie się na niego patrzyli, wręcz mówili, żeby może zdjąć tę pończochę z głowy, bo niepotrzebnie psuje mi urodę. Ale ja go lubiłam! Dziś się pytają czemu welonu nie ma – przecież był taki szałowy i tworzył wizerunek Mery Spolsky. A ja chwilowo lubię się w ulizanych włosach. Po prostu wszystko robię tak jak czuję.

Łukasz: Właśnie! Podziwiam Cię też za image, to jak wyglądasz i to jak się prezentujesz. Sama projektujesz swoje ubrania na scenę, za każdym razem wyglądasz oryginalnie. Jak ważny jest dla Ciebie wizerunek?

Mery: Bardzo. Choć ubieram się w określonym stylu to scena musi być czymś ponad niż ten styl. Muszę czuć się na niej teatralnie i tak, że wstydziłabym się w tym wyjść na ulicę. Znika tam prywatna Marysia, a pojawia się Mery Spolsky. Uważam, że wizerunek sceniczny jest na równi z aspektem muzycznym.

Łukasz: Przeważa tu kolor biały i czarny z elementami innych barw, są tu krzyże i więzienne pasy. To znaczy, że nie będzie tu cukierków, lukru i bitej śmietany (śmiech)

Mery: Hahaha. E tam. Wszystko co robię ma być trochę z jajem. Te więzienne pasy i krzyże rzecz jasna również. Krzyż to taki żart, że Mery Spolsky to sanitariuszka muzyczno-modowa, która niesie pomoc zagubionym w szafie. A więzienne pasky to właśnie mój mały hołd ku Ciechowskiemu, ale również nawiązanie do filmu „Sok z żuka”. Poza tym ja po prostu lubię te kolory! A płyta „Miło Było Pana Poznać” nadaję moim krzyżom i paskom dodatkowy sens. Zrozpaczona Mery Spolsky jest uwięziona w swoim smutku, zatem przyodziewa żałobne krzyże i więzienne paski.

Łukasz: Na koniec, chciałem zapytać, czego mogę Ci życzyć na zbliżające się miesiące?

Mery: Będzie mi bardzo miło jeśli potrzymasz kciuki za ogólny rozwój Mery Spolsky. Właśnie obroniłam magisterkę i ten rok poświęcam już tylko i wyłącznie muzyce. Chciałam na koniec dodać, że bardzo się cieszę, że przeprowadzasz ten wywiad ze mną, bo pamiętam nasze przemiłe spotkanie na Open’erze, ale przede wszystkim w pamięć zapadł mi Twój post po Spring Breaku na Instagramie. Dziękuję Ci za to.

Łukasz: I tego Ci właśnie życzę. Dzięki!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKuba Badach zagra koncert w Lublinie
Następny artykułKolejne nowości od Loreen!
Łukasz Jaćkiewicz

Fan muzyki alternatywnej, dobrego bitu i niespotykanej wrażliwości. Szukający nowych wrażeń, alternatywnych perełek i ludzi z pasją. Najbliższe są mu klimaty R&B, ale jest otwarty na wiele innych, ciekawych gatunków. Swoje wolne pięć minut przeznacza na realizację swoich pasji, bieganie, tworzenie własnych tekstów i spędzanie czasu z przyjaciółmi.