Niedawno ofiarował nam najnowszą płytę zatytułowaną amOK, a teraz mamy okazję posłuchać krążka podczas koncertów promujących. Na jednym z nich, w olsztyńskim klubie Mech, Bajzel opowiedział o piątej płycie, o porannym wstawaniu, inspiracjach, lekcjach muzyki w szkole i o wpływie ping-ponga na ludzki mózg.

Michał Kaźmierczak: Skąd pomysł grania samemu?

Bajzel: Bardzo długo grałem i uczyłem się grać w Świnoujściu, wychowywałem się z moimi przyjaciółmi muzykami, ale pewnego razu postanowiłem wyjechać. Tak jak Beatlesi wyjechali z Liverpoolu do Hamburga i grali po burdelach, tak ja stwierdziłem, że też muszę gdzieś wyruszyć. Próbowałem zabrać ze sobą chłopaków, ale się nie udało, więc pojechałem sam. Próbowałem znaleźć muzyków w Poznaniu, ale trochę się to nie udało. Co prawda było kilka inicjatyw, ale chciałem też mieć swój zespół, więc zacząłem bawić się przeróżnym sprzętem. Później okazało się, że to daje radę i stwierdziłem – czemu nie. Pierwszy raz, gdy rzuciłem sobie bit, zapętliłem bas, zacząłem grać i śpiewać, okazało się, że to jest piosenka. Pomyślałem, że to będzie taki mój eksperyment, że będę tak grał jak długo się da. I nikt mnie z zespołu nie wyrzuci.

M.K: A nie myślałeś o stworzeniu własnego zespołu?

B: Dużo ludzi mi mówiło – a czemu nie masz kapeli? Dlaczego nie masz bębniarza? Bębniarz fajnie wygląda – goła klata, pałki itd. Myślę sobie, że jakbym sobie wziął jakichś innych muzyków, to już by nie było to, to byłoby coś innego – siłą rzeczy. A druga sprawa jest taka, że nie mam takiej siły przebicia wśród znajomych, że im mówię, co mają grać – teraz sam sobie mówię, co mam grać. Ale oczywiście lubię też grać w zespołach – czy to w Babu Król, czy w Pogodno.

M.K: Co jest najtrudniejsze w nagrywaniu samemu?

B: Wiesz, to jest upierdliwe – ja teraz zacząłem sam miksować swoją płytę, ale nie jestem realizatorem dźwięku, nie mam profesjonalnego studia, nie mam przeszkolenia, ale zacząłem to robić z sercem, na wyczucie, tak jak ja bym chciał to robić. No i idzie mi to chyba dobrze, ale dużo wolniej niż w profesjonalnym studiu. Teraz przynajmniej zrobię to tak jak ja chcę, bo zawsze nawet jak komuś dasz dwie nuty, to każdy i tak to zrobi inaczej. To jest monotonne, nie wiem czy chciałbym do końca życia miksować swoje piosenki – wolałbym mieć kogoś, kto zrobi to za mnie i zrobi to tak, że ja będę szczęśliwy. I finalnie ja zajmuję się tworzeniem muzyki, a nie miksowaniem, realizowaniem, produkowaniem, promowaniem i jeszcze wydawaniem siebie samego.

M.K: A co jest najtrudniejsze w graniu koncertów samemu?

B: Koncerty są proste (śmiech). Najtrudniejszy jest dojazd, trafienie na miejsce, z ludźmi się szybko zaprzyjaźniam – lubię ludzi, których nie znam, bo są mniej złośliwi niż przyjaciele. Tak naprawdę nie myślę, co jest trudnego w koncertach, staram się żeby to wychodziło spontanicznie, żeby wyszedł ze mnie zwierz, żywioł i żebym po prostu sam płynął na tej fali energii muzycznej. Gdyby się zaczął się zastanawiać, to to by było trudne, ale jak się nie zastanawiam, to jest łatwe.

M.K: Dlaczego zdecydowałeś się, żeby udostępnić swoją najnowszą płytę za darmo?

B: Wydaje mi się, że jest trochę tak, że płyty już się nie sprzedają. Ludzie mają muzykę za darmo. Wytwórnie też nie promują tej muzyki, bo mają duże ryzyko, że jak się płyta nie sprzeda, a one w nią zainwestują, to po prostu stracą. A jak jesteś niezależnym muzykiem, który gra to, co mu się podoba, to wytwórnie już w ogóle nie chcą cię promować i inwestować w ciebie. Ja nie mam nic przeciwko piractwu muzycznemu, bo sam słucham w ten sposób muzyki i wydaje mi się, że jeśli dam ludziom moją płytę za darmo, którą i tak sobie za tydzień ściągną, to gdy dadzą ją kilku znajomym, to oni mi zrobią tę promocję. Poza tym i tak wytłoczyłem CD, które można kupić na koncertach, czy w internecie.

M.K: Myślisz, że forma cyfrowa to jest przyszłość wydawnicza?

B: Prawdę mówiąc płyty kupują teraz wyłącznie melomani – ludzie, którzy chcą mieć okładkę, podniecać się nią, powąchać, włączyć tę płytę samemu, zamknąć się w pokoju i odsłuchać. Jest jeszcze dużo takich ludzi, ale reszta słucha muzyki na youtube, spotify i może to właśnie jest przyszłość. Nie wiem jaka jest przyszłość – nikt jeszcze nie przewidział przyszłości.

M.K: Na najnowszej płycie pojawia się Fela Kuti. Co Cię w nim inspiruje? Skąd taka inspiracja?

B: To było trochę inaczej. Mam przyjaciela z Mozambiku, z którym spotykałem się co wtorek, improwizowaliśmy i nagle z tego grania wyszły dwie piosenki – jedna to była właśnie ta, która przypomina Fela Kutiego. To właśnie mój przyjaciel wymyślił tę melodię, bo to jest taka afrykańska zaśpiewka. I popłynęliśmy na tym dalej, poimprowizowaliśmy, ja to później zmiksowałem i okazało się, że jest piosenka i bardzo brzmi jak Fela Kuti. Ale dla mnie to jest normalnie zaszczyt, że moja piosenka brzmi jak Fela Kuti – on był mistrzem absolutnym.

M.K: Idąc dalej – na płycie pojawia się również szwedzki pop.

B: Zawsze zazdrościłem Szwedom, że ich muzyka wypływa poza ich kraj. Polskie zespoły raczej nie istnieją za granicą, są jakieś nieliczne przypadki, i ja nie wiem, czy jest jakiś filtr, czy jesteśmy jeszcze w czarnej dupie. A Szwedzi po pierwsze znają dobrze język angielski. I ta moja piosenka to jest taka tęsknota, że ja też bym chciał. I poza tym kocham Abbę – moja mam mówiła, że jak się rodziłem, to w radiu leciała piosenka Dancing Queen.

M.K: A jacy artyści ze współczesnego szwedzkiego popu cię inspirują?

B: Lykke Li bardzo mi się podoba, zawsze lubiłem Abbę, The Knife jest też ze Szwecji.

M.K: Natomiast całą płytę kończy utwór Komeda.

B: Z Komedą było tak, że motyw, który tam użyłem, grałem sobie i miałem wrażenie, że gram motyw z filmu Do widzenia, do jutra. Ale jak zobaczyłem ten film, jeden z moich ulubionych, to się okazało, że tego motywu tam praktycznie nie ma – no może jest szczątkowo. Wtedy postanowiłem, że sobie ten motyw zagram. Piosenka jest też trochę podobna do kołysanki z Rosemary’s Baby. W każdym razie – jest to taki mój hołd oddany Krzysztofowi Komedzie, który był polskim mistrzem świata i on był właśnie znany na świecie.

M.K: Jakie inne inspiracje znajdziemy na amOK-u?

B: Trzeci kawałek to jest, można powiedzieć, plagiat Boléro Maurice’a Ravela. Tę piosenkę zacząłem tworzyć, gdy jeszcze nie grałem sam. Pomysł powstał, gdy zobaczyłem film dokumentalny o Ravelu – tam był taki motyw, że on poszedł do fabryki prządek, wkręcił się w te automatyczne działanie maszyn i postanowił, że stworzy najprostszy motyw, tak jak te maszyny działają, i do tego dołoży melodię. Kiedy się dowiedział, że utwór stał się hitem, to był zbulwersowany – uważał, że to jest tandeta i kicz. Ja zrobiłem podobnie – zagrałem motyw na gitarze, dołożyłem melodię i postanowiłem, że ją zaśpiewam, nie zagram. Tak naprawdę śpiewam melodię, która jest z Boléro, z tym że momentami skręcam, żeby ten tekst w melodii leżał, żeby był bardziej naturalny.

M.K: Czego szukasz w muzyce jako odbiorca?

B: Szczęścia! (śmiech) Ja najbardziej cenię w muzyce niepokój i niewinność – dlatego kocham Abbę, bo w niej jest mnóstwo niepokoju. W musicalu Mamma Mia nie było w ogóle niepokoju – tam było wszystko przesłodzone. Ale Abba miała go dużo i miała też dużo niewinności. Kręci mnie niepokój, który tworzy jakąś refleksję na temat jakiegoś sentymentu. Poza tym muzyka rozwija mózg – tak jak ping pong. Kiedyś kupiłem mamie pod choinkę książkę o mózgu i któregoś dnia mama mówi do mnie: wiesz co tam jest napisane? Że muzyka i ping-pong najbardziej rozwijają mózg. A ja gram w ping-ponga z przyjacielem dwa razy w tygodniu i gram muzykę. Einstein miał wyobraźnię przestrzenną, ale gdy mu po śmierci rozkroili mózg, to zauważyli, że ma płaty tylne, które powstały przez to, że w młodości grał na skrzypcach. I przez to miał wyobraźnię przestrzenną. Tak więc muzyka rozwija.

M.K: Jakie są Twoje aktualne największe muzyczne fascynacje?

B: Byłem teraz na koncercie Pixies – kocham ich bardzo, ale…mogę pomarudzić chwilę?

M.K: Jasne.

B: Chyba nie pójdę już w Polsce na koncert zespołu bardzo znanego, który odbywać się będzie w jakiejś hali, bo tam nic nie słychać. Chciałem, żeby koncert brzmiał dwa razy lepiej niż na płycie, żeby była energia, a tak naprawdę to musiałem się domyślać, co oni grają. Ja wolę grać w małych knajpach i zespoły zagraniczne też powinny przyjeżdżać na trzy koncerty, grać w mniejszym miejscu. Może trochę się pomęczą, ale przynajmniej ktoś usłyszy ich muzykę. W Polsce nie ma miejsc, które są stworzone po to, żeby słuchać muzyki. Są miejsca, które wyglądają, są duże, dlatego tam się ściąga ludzi, ale czy one się nadają do słuchania muzyki? To w ogóle nikogo nie interesuje.

M.K: Jakie jest Twoje największe marzenie odnośnie własnej twórczości? Masz jakiś wymarzony projekt?

B: Może kiedyś miałem. Teraz się cieszę, że mi się jeszcze cokolwiek chce, że nagrałem piąta płytę. Chciałbym, żeby ludzie przychodzili na koncerty. Po prostu chciałbym nagrać jeszcze kilka dobrych piosenek.

M.K: Kiedyś czytałem wywiad, w którym mówiłeś, że lubisz, gdy ludzie na koncercie się do Ciebie uśmiechają. A czego nie lubisz na własnych koncertach?

B: Jak mnie przedrzeźniają (śmiech). Nie przepadam za tym, gdy mają koncert w zadku swojego siwka, gdy ich to nie interesuje i przyszli tylko sobie pogadać. A lubię, gdy jest interakcja, gdy ludzie się bawią, cieszą.

M.K: Czego najbardziej nie lubisz w pracy muzyka?

B: Nie przepadałbym za zmuszaniem się do grania muzyki. Ale wiem, czego najbardziej nie lubię. Nie lubię wstawać rano, żeby zdążyć na jakąś próbę. W szkole musiałem wstawać rano, cały dzień w niej siedzieć, nauczyciele zadawali pracę domową i na drugi dzień mnie terroryzowali, odpytywali, straszyli kartkówkami. Cały dzień miałem zawalony i mówiłem: po co mi to wszystko? I rodzice mówili mi, żebym nie marudził, bo jeszcze pójdę do roboty, będę wstawał na szóstą rano do łopaty. I chyba właśnie dlatego gram muzykę.

M.K: Mam kolegę, który bardzo nie lubił wstawać rano i w ogólniaku stwierdził, że on tak nie będzie żył – i przeniósł się do szkoły wieczorowej.

B: Ja też ostatnie studia kończyłem wieczorowo. Ponoć ostatnio ktoś udowodnił, że jak dzieci idą na ósmą rano do szkoły, to przez pierwsze dwie godziny nic nie kumają, nie potrafią łykać wiedzy, do której są zmuszani tak naprawdę.

M.K: A jak wyglądały Twoje lekcje muzyki w szkole? Wykazywałeś się jakoś wyjątkowo?

B: Raz się wykazałem. To było tak, że przychodził pan od muzyki, gadał o jakimś bazarze, a później każdy musiał wyjąć nuty i zagrać to, czego nauczył się w domu. I właśnie raz się wykazałem – nauczyłem się w domu tej melodii na flecie, bez patrzenia w nuty. Przyszedłem i zagrałem mu cudownie, a on tak na mnie popatrzył i mówi: nie patrzyłeś w nuty? Trója. I mnie załamał wtedy. Bo co go interesowało, że ja nie patrzyłem w nuty?

M.K: Co sądzisz o lekcjach muzyki?

B: Kocham muzykę, ale nie cierpię zmuszania kogoś do grania czegokolwiek, a szkoła zawsze cię zmusza, bo jak ma to inaczej wyegzekwować?

M.K: Jesteś z tych artystów, którzy nienawidzą pytania: nad czym teraz pracujesz?

B: Nie.

M.K: To nad czym teraz pracujesz?

B: Teraz zajmuję się promowaniem najnowszej płyty, ale znalazłem też ludzi, którzy mi w tym pomagają. Poza tym umówiłem się z Budyniem, że jak skończę promować amOK, to zajmiemy się Babu Królem, nowymi piosenkami no i wydamy nową płytę.