Jako, że dzisiaj wszyscy obchodzimy Święto Zmarłych, felieton ten został poświęcony jednemu z wielu wspaniałych artystów, których wśród nas już niestety nie ma.

W sieci można znaleźć dziesiątki zestawień Najlepszych Rockowych Wokalistów Wszech Czasów. Co gazeta, portal, to te same nazwiska, tylko w trochę innej kolejności. Wszystko zależne od tego, jaka grupa odbiorców jest dla autorów najcenniejsza. Ja nie podejmę się stworzenia własnej klasyfikacji z bardzo prostego powodu – nie umiałbym znaleźć jakiegoś algorytmu przy pomocy którego ustalałbym kolejność nazwisk. Ciężko byłoby mi uzasadnić, dlaczego na 19 miejscu dałbym na przykład Ozzy’ego Osbourne’a, a na 18 Stinga. Pomimo trudności w ułożeniu pełnego zestawienia, nie mam najmniejszego problemu z podaniem osoby, która od paru ładnych lat zajmuje w mym sercu pierwszą, niepodważalną pozycję. To Freddie Mercury – były wokalista grupy Queen. Geniusz, potrafiący robić ze swoim wokalem takie cuda, że człowiek marzy tylko o tym, by trwały one tak długo, jak się tylko da.

Historia, w mojej opinii najlepszego wokalisty rockowego wszech czasów jest na tyle długa, że nie będę jej tutaj opisywał, ani nawet streszczał. Tym tekstem chcę potwierdzić słuszność mojej tezy, przedstawionej akapit wyżej. Każdy fan rocka wie, że Freddie był kimś wyjątkowym, jedynym i niepowtarzalnym tworem bogów muzyki, którzy chcieli pokazać światu czym jest prawdziwy, wspaniały i potężny śpiew. Zapewne znajdą się też tacy, co powiedzą, iż wokalista Queen był dobry, ale nie najlepszy. Oczywiście każdy ma swoje upodobania i może je śmiało przedstawiać, jednak ja postaram się pokazać, że Freddie był, jest i najprawdopodobniej zawsze będzie the best of the best.

Zacznijmy od samego początku. Mercury NIGDY nie brał lekcji śpiewu. Sam podkreślał w wywiadach, że wszystko, co związane z wokalem, zawdzięcza sobie. Oczywiście można podważać jego słowa, jednak nikt z najbliższego otoczenia lidera Queen nigdy nie wspominał o tym, by Freddie w jakimkolwiek momencie swojego życia zwracał się z pomocą do specjalistów w tej dziedzinie. Inne gwiazdy rocka bardzo często sięgają po wsparcie ekspertów, którzy doradzają im w kwestiach wokalnych. Nie twierdzę, że jest to złe – jak najbardziej popieram takie ruchy. Dzięki nim Chris Martin czy James Hetfield utrzymują najwyższy poziom w czasie swoich koncertów. Natomiast Mercury nie potrzebował takiej pomocy, co w mojej opinii tworzy pierwszy argument za tym, że był w swym fachu po prostu niekwestionowanym liderem. Idziemy dalej.

Są osoby obdarzone niesamowitym talentem wokalnym: błyszczą na studyjnych nagraniach, a gdy przychodzi do występów na żywo, okazują się one klapą. Każdy z wielkich zaliczył jakąś wokalną wpadkę w czasie swojego show. Zdarza się to nawet najlepszym. W przypadku koncertów Queen, nawet najbardziej wyczulony na niedociągnięcia muzyk ma problem z wyszukaniem takowych – Freddie Mercury praktycznie nigdy nie fałszował. Mało tego, w czasie występów live brzmiał zazwyczaj lepiej, niż na płytach. Tak, jakby kontakt z publicznością (do tego też nawiążę w dalszej części tekstu) był motywacją do bycia jeszcze lepszym.

Teraz skupię się na rzeczy najważniejszej, bez której Mercury nigdy nie znalazłby się w zestawieniach najlepszych – jego WOKALU. Freddie został obdarzony przez Tego Tam Na Górze ponadludzkim głosem. Bardzo silnym, mocnym, niesamowicie charakterystycznym. Potrafiącym zaatakować słuchacza drapieżnością wygłodniałego lwa, by po chwili utulić go delikatnością jedwabiu. W 100% odnajdywał się w hard rockowych kompozycjach, w balladach łączących rocka z muzyką operową, by u schyłku swojej wielkiej kariery z sukcesem nagrać stricte operową kompozycję Barcelona wraz ze swoją ulubioną diwą – Montserrat Caballe. Nie znam drugiego rockowego wokalisty, który dokonał czegoś takiego. A z informacji czysto technicznych – Freddie posiadał pięcio oktawową skalę wokalną. Jak na samouka – niesamowitą.

Kolejnym argumentem potwierdzającym główną tezę zawartą w tym felietonie była charyzma Mercurego. Są wokaliści bardzo dobrzy, jednak niepotrafiący w zadowalający sposób połączyć umiejętności czysto muzycznych z prezencją na scenie. Freddie był największym showmanem jakiego w życiu widziałem (oczywiście tylko na nagraniach koncertów). Jedyną osobą, która pod tym względem utrzymywała podobny poziom był Michael Jackson. Oglądając nagrania z Live Aid 85’ czy Queen Live at Wembley Stadium nie można odciągnąć od Mercurego wzroku. Stworzył on swój własny, niepowtarzalny – a co najważniejsze – rozpoznawalny styl. Na scenie skakał, biegał, wymachiwał kultowym już półstatywem, robił pompki, zastępował oświetleniowca i bawił się lampami ustawionymi na scenie, flirtował z kamerą, w końcu – ubierał się w królewskie stroje oraz nakręcał widownię do wspólnego śpiewania. W tym momencie trochę minąłem się z prawdą – on nie musiał tego robić. Ludzie bez jego ingerencji to robili. Publiczność go nie kochała, ona go ubóstwiała. Najbardziej znamiennymi scenami są te z Live Aid’85, gdy przy piosence Radio GaGa 72 tysiące osób klaskało w rytm refrenu, lub sytuacja z występu na Wembley, kiedy to Freddie przed wykonaniem piosenki Under Pressure zabawiał się swoim głosem. Fani grupy wiedzą o co chodzi, a osoby nie znające tego stałego elementu koncertów Queen odsyłam na youtube’a. Zmierzam do tego, że Freddie po zakończeniu, jak ja to mówię błazenady, powiedział do ludzi fuck you. Każdy inny muzyk zostałby po czymś takim wygwizdany i obrzuconym wszystkim, co akurat leżałoby pod nogami (pisałem o tym przy okazji tekstu o Nickelbacku). A Freddie? Otrzymał gromką owację od widzów! To wszystko składa się na genialny wizerunek, z którym mógł konkurować jedynie Elvis, Michael Jackson, czy… no właśnie, kto? A przy tym wszystkim – tak jak pisałem wyżej – Freddie nie fałszował przy wykonywaniu tych wszystkich elementów show. Był absolutnym geniuszem.

Następną sprawą, na którą chcę zwrócić uwagę, była choroba Mercurego. Gdy zdiagnozowano u niego AIDS, nie zrezygnował on ze śpiewu. Tracąc limfocyty i masę ciała nie stracił dwóch rzeczy: głosu oraz wiary w to, że wyzdrowieje. W czasie pracy nad płytą Innuendo stan zdrowia wokalisty Queen pogarszał się z dnia na dzień. Nie wiadomo było, czy Mercury w ogóle dożyje dnia premiery albumu. Oczywistym wydawać się mogło to, że Freddie stracił moc swojego wokalu. Nic bardziej mylnego – w czasie sesji nagraniowych dawał z siebie wszystko, a nawet jeszcze więcej. Sam Brian May – gitarzysta grupy stwierdził, że nie mógł uwierzyć w to, iż osoba bardzo poważnie chora może wyczyniać takie rzeczy ze swoim głosem. Dla niego, paradoksalnie właśnie wtedy Freddie śpiewał najlepiej. Trudno poddać w wątpliwość te słowa, kiedy słyszy się kompozycję The Show Must Go On – osobiste wyznanie wokalisty Queen. W historii rocka nie ma drugiego, który w obliczu zbliżającej się śmierci potrafiłby dokonywać takich rzeczy, jak właśnie Freddie Mercury. Po prostu nie ma. Jakoby potwierdzeniem fenomenu bohatera tego tekstu był koncert ku jego czci z 1992 roku. Na wypełnionym po brzegi stadionie Wembley, przed publicznością zaprezentowali się między innymi: Elton John, George Michael, Guns’n’Roses czy Metallica. Grali oni swoje utwory, ale także – co okazało się głupotą – kompozycje Queen. Czemu głupotą? Żaden z wykonawców (może poza Michael’em) nie zbliżył się nawet na kilometr do umiejętności wokalnych Freddiego. Każdy szanowany fan grupy raczej z niesmakiem przyjął ryczenie do mikrofonu Axl Rose’a, czy śpiewanie Eltona Johna Bohemian Rhapsody o 17 tonów niżej niż w oryginale. Przywołałem tu kolejny istotny fakt – bardzo mało ludzi coveruje Queen z oczywistego powodu – tych piosenek nie da się zaśpiewać choćby w 40% tak dobrze, jak zrobił to Mercury. Paul Rodgers próbował, Adam Lambert wraz z Lady GaGą też i pomimo tego, że sprawdzali się w tym na prawdę dobrze, to Mercuremu nie dorastali nawet do połowy pięt.

Czasem zastanawiam się: w jakim utworze Freddie zaprezentował się najlepiej? Kiedy już myślę, że wybrałem ten jedyny, przypominam sobie o innym, w którym również zabrzmiał świetnie. A potem o kolejnym. Tak to właśnie jest z piosenkami Queen – są perfekcyjne w każdym calu. Pomimo opisanych przed chwilą trudności jestem w stanie wymienić 2 momenty, które w sposób najsilniejszy oddziaływają na moje emocje i sprawiają, że słuchając ich czuję się jak w trochę innym wymiarze. Jest to oczywiście The Show Must Go On z powodu opisanych kilka akapitów wyżej powodów. Drugi utwór to I Want It All, a w szczególności początek drugiej zwrotki – mistrzostwo świata. Jeden z najwspanialszych momentów w historii rocka. Coś banalnie genialnego. Arcydzieło wokalne.

Kiedyś ktoś mądrzejszy ode mnie powiedział, że Freddie Mercury był ostatnim wokalistą, po nim byli – i są – już tylko piosenkarze. Trudno się z tym nie zgodzić. Odchodząc już od systemu klasyfikowania, nie ma na świecie osoby, która negowała by geniusz wokalny Freddiego. Był on bogiem śpiewu, osobą, która raz na miliardy lat pojawia się na Ziemi by pokazać, czym jest perfekcja. Po jego śmierci w 1991 roku na rockowej scenie pojawiło się mnóstwo mistrzów takich jak Coldplay, Muse czy The Killers, których wokaliści posiadają ponadprzeciętne umiejętności. Odpowiedzmy sobie jednak szczerze: czy którykolwiek z nich jest w stanie pobić Mercurego? Gdy Freddie opuszczał ten świat było wiadomo, że nasza planeta traci kogoś wyjątkowego. Żyjący wtedy ludzie mogli jednak mieć pewne przypuszczenia, iż może jakimś cudem, w najbliższych latach światu ukaże się osoba, która w jakimś tam stopniu zbliży się do poziomu wokalisty Queen. Historia pokazała, jak bardzo się mylili. Ponadto widząc, w jakim kierunku podąża współczesna muzyka rozrywkowa śmiem twierdzić, że taka postać nie pojawi się już nigdy. Niestety.