Kiedy to ja ostatnio byłam w kinie? Trudno sobie przypomnieć… . Przegapiłam ostatnio kilka tytułów, o których było głośno na całym świecie. Tę listę otwierał wprawdzie pewien horror, ale znalazł się na niej i lżejszy film – Gwiazd naszych wina (angielski tytuł: The Fault in Our Stars). Opowiada on o dwójce zakochanych nastolatków. Banał? Czytając opisy filmu, jak i oglądając jego zwiastuny, mogę stwierdzić, że obraz ten – wyreżyserowany przez Josha Boone’a – nie ma nic wspólnego z plastikowymi i słodkimi produkcjami Disney’a. Jest historią o miłości, która potrafi pokonać przeciwności losu oraz udowodnić, że choroba nie jest barierą, by kogoś pokochać.

W ostatnich miesiącach zaobserwować mogliśmy wzrost zainteresowania soundtrackami. Płyta z muzyką do animacji Frozen jest jednym z najlepiej sprzedających się krążków tego roku. Ubiegłoroczne albumy The Great Gatsby: Music from Baz Luhrmann’s Film i The Hunger Games: Catching Fire potrafiły odebrać mowę, kiedy patrzyło się na listę gwiazd, które wtrąciły swoje trzy grosze w ich powstanie. Pierwszy zawierał utwory m.in. Jacka White’a, Florence + The Machine oraz Lany Del Rey. Drugi miło z pewnością wspominają fani Christiny Aguilery, Coldplay, Patti Smith czy Ellie Goulding. Na The Fault in Our Stars tak dużych nazwisk nie ma. Twórcy soundtracku postawili na mniej znanych artystów czy zespoły, jednak ktoś, kto interesuje się muzyką, przynajmniej kilka z nich powinien powitać z uśmiechem. Mnie przede wszystkim podoba mi się to, że do współpracy zaproszono młodych wokalistów. W filmie przedstawiono wszak historię nastolatków, a kto lepiej rozumieć ich problemy i emocje, niż inne młode osoby? Poza tym dzisiejsza młodzież nie lubi słuchać dinozaurów. Cieszy jednak, że nie wybrano gwiazd, które najczęściej lądują na playlistach dzieciaków. Nie ma tu Demi Lovato, Seleny Gomez czy One Direction. Są za to chłopaki z Kodaline, jest Birdy, pojawia się i Tom Odell. Zestaw intrygujący i ciekawy.

Zgodnie z powiedzeniem panie przodem na początku skupię się na utworach wyśpiewywanych przez wokalistki. Największą gwiazdą płyty jest Birdy – aż dwie jej piosenki weszły w skład The Fault in Our Stars. Nie odbiegają one od kompozycji, które artystka umieściła na swoim ostatnim krążku. Zarówno Tee Shirt, jak i Not About Angels, to spokojne piosenki pokazujące, jak świetnym głosem dysponuje Birdy, i jak potrafi ona grać na naszych emocjach. Chociaż Brytyjka wydawać by się mogła zbyt dojrzała jak na swój wiek, tak prezentująca muzykę łatwiejszą (lecz tak samo przyjemną) Charli XCX dobrze reprezentuje młodsze pokolenie. Jej synthpopowe Boom Clap szybko wpada w ucho i może stać się jednym z największych przebojów roku. W zupełnie innym kierunku zmierza Lykke Li ze swoim balladowym, melancholijnym i nieco przygnębiającym No One Ever Loved, które mogłoby znaleźć się na jej nowej płycie I Never Learn.

Wśród panów najwięcej zamieszania zrobi pewnie Ed Sheeran. Ciągle mnie zadziwia, jak dużą popularnością cieszą się jego proste, gitarowe piosenki. Jak widać… less is more. I tego artysta trzymał się również przy tworzeniu All of the Stars. Jednak mi do gustu bardziej przypadło folkowe Simple As This Jake’a Bugga i poruszające, ciche Long Way Down Toma Odella. Ładną piosenką jest również utrzymane w stylistyce Bon Iver Oblivion wokalisty Indians. Na sam koniec otrzymujemy utwór Ray’a LaMontagne’a Without Words. Jego zagrana na gitarze akustycznej kompozycja mogłaby należeć do Eda Sheerana.

Zespoły reprezentuje jako pierwsza kapela Grouplove ze swoją indie rockową, energiczną piosenką Let Me In, której, mimo wszystko, słucha się dość ciężko. Wolę spokojniejsze dźwięki All I Want Kodaline i dream popowe Wait M83, które moją uwagę zwraca głównie muzyką. Ciekawym utworem podzieliła się grupa STRFKR. Ich While I’m Alive przywodzi na myśl melodię z Another Brick in the Wall, Pt. 2 Pink Floyd, a sam klimat nagrania kojarzy mi się z Arcade Fire. Na The Fault in Our Stars wyróżnia się piosenka Afasi & Filthy Bomfalleralla, będąca spojrzeniem w stronę… szwedzkiego hip hopu.

Soundtrack do filmu Josha Boone’a jest przede wszystkim płytą dobrze przygotowaną. Piosenki, chociaż nagrane przez zupełnie różnych artystów i nierzadko mające już po kilka lat, pasują do siebie i nie sprawiają tego znanego mi z np. z albumu The Great Gatsby: Music from Baz Luhrmann’s Film wrażenia, że wybrane zostały w drodze przypadku. Dobra robota.