Z serią o Greyu jest różnie. Jedni nie mogą doczekać się kolejnej, trzeciej już części, inni omijają tę produkcję szerokim łukiem. W tym gronie jestem też ja. Jedno jest jednak pewne – na uwagę zasługuje muzyka, która w całym tym zamieszaniu wokół trylogii autorstwa E.L. James wydaje się najjaśniejszym elementem.

Nie będę wypowiadać się na temat filmu, gdyż nie oglądałam, ani jednej części i prawdopodobnie się na to nie zdecyduję. Książką rzuciłam w kąt po 50 stronach, za to dwie poprzednie ścieżki dźwiękowe do tej pory mi towarzyszą. Wraz z ostatnią częścią filmu doczekaliśmy się kolejnego soundtracku. Tym razem na ścieżce dźwiękowej znaleźli się tacy artyści jak Hailee Steinfeld, której kompozycja Capital Letters otwiera album. O wspólny numer pokusili się Rita Ora oraz Liam Paye. Dalej mamy między innymi Julię Michaels, Jessie J czy numer od Sii. Krążek składa się z 19 utworów oraz 3 bonus tracków, co ciekawe w jednym z nich usłyszeć możemy samego Jamiego Dornana (Maybe I’m Amazed), odtwórcę tytułowej roli.

Jak widać różnorodny dobór artystów sprawił, że cały krążek jest dosyć eklektyczny. Znajdziemy na nim kompozycje utrzymane w bardzo melancholijnym klimacie, jak i te bardzo żywiołowe. Gatunkowo znajdziemy tutaj popowe produkcje, nieco elektroniki a nawet kawałki z dyskotekowym zacięciem, jak chociażby Come On Back. To album, na którym każdy znajdzie coś dla siebie. Znajdziemy dla nich jednak wspólny mianownik. Klamrą spinająca jest tematyka blisko związana z fabułą filmu. I tak przewija się tutaj miłość, namiętność, pożądanie, fascynacja czy obsesja.

Your body’s sweating, dripping wet and I just can’t control myself.

Jak wspominałam album otwiera utwór wykonany przez Hailee Steinfeld. To jedna z pierwszych kompozycji, które poznaliśmy. Mocno radiowy hit. Następnie wyczekany duet, w którym Rita Ora pojawia się w towarzystwie jednego z byłych członków One Dirction. To kolejna energiczna kompozycja, która idealnie wpisuje się w radiowe trendy. Dopiero Sacrifice wprowadza nieco ponury klimat z mocno zaakcentowanym wokalem. Podobny nastrój panuje w Heaven wykonywanym przez Julię Michaels. Ścieżki dźwiękowe mają to do siebie, że brakuje im spójności. Patrząc na zwiastun filmu (tyle oglądałam), widać, że ta część jest bardziej dramatyczna, trzymająca w napięciu i z wieloma zwrotami akcji. Tak też jest z albumem, który jest sinusoidą dźwięków i nastrojów od kompletnej melancholii, przez żywiołowość aż po skrajne ponure opowieści.

Najnowsza, trzecia oprawa muzyczna do historii Greya, to krążek nierówny, jednak zawierający wiele utworów zapadających w pamięć. Zdecydowanie na plus wypadają ballady i nostalgiczne kompozycje. Wiele z tych utworów świetnie poradzi sobie w rozgłośniach radiowych i zapewne taki był ich zamysł. Nie ukrywajmy też, że jest to mocno komercyjny album, który ma zachęcić do zapoznania się z filmem. Mnie do tego nie zachęcił, ale na pewno będę do niego wracać. Patrząc na poprzednie części, najlepiej wypada pierwsza ścieżka dźwiękowa, a najsłabiej druga. Tak więc najnowszy soundtrack plasuje się gdzieś po środku.

VA - Fifty Shades Freed
  • Data premiery:
    09 02 2018
  • Wytwórnia:
  • Gatunek:
    pop, electro,
  • Single:
Najlepsze utwory:
Heaven, Never Tear Us Apart
Najsłabsze utwory:
Come On Back

OCENA KOŃCOWA AUTORA RECENZJI

  • 7/10
    Ocena końcowa - 7/10
7/10
Marta Mrowiec
Gdyby nie muzyka zapewne więcej pisałaby o książkach. Gdyby nie książki pewnie więcej pisałaby o muzyce. Słucha głównie rapu, ale jest też otwarta na to co dziwne, eksperymentalne i odkrywcze. Unika przeciętności i tego co akurat modne, chyba że jest dobre. Często wraca do starszych,polskich kawałków, które mają swój specyficzny klimat.
Poprzedni artykułBillboard Weekly: Justin Timberlake na szczycie listy albumów; dominacja Drake’a
Następny artykułPłacz i lament – Margaret wzięła udział w szwedzkich preselekcjach do Eurowizji. Felieton