Dział PublicystykaRecenzje

Throwback Review: P!nk – Funhouse (2008), recenzja Konrada Pruszyńskiego

Trudno uwierzyć, że od wydania płyty, która odniosła zdaje się największy sukces ze wszystkich dotychczasowych dzieł P!nk, mija już dekada. Funhouse to piąty solowy album Amerykanki. Znajduje się na nim dwanaście wysokiej jakości kompozycji i przynajmniej cztery niezapomniane hity (So What, Funhouse, Sober oraz Please Don’t Leave Me).

Funhouse jest niczym stary kufer stojący na strychu domu od wieków należącego do jednej rodziny. Znajdziemy w nim wszystko czego chcemy (od przepięknych, wzruszających i delikatnych ballad, po ostre i bezkompromisowe rockowe kawałki, w których P!nk pokazuje charakterystycznego dla siebie pazura). Co jednak najważniejsze, tak jak rodzinne pamiątki z biegiem czasu stają się coraz bardziej wartościowe, tak samo utwory z piątego studyjnego albumu P!nk wydają się być niczym wino.

Wszystko zaczyna się od energicznego pop-rockowego kawałka So What, w którym arystka podkreśla swoją samodzielność i niezależność. Sama P!nk określiła tę piosenkę jako żart. „Usłyszałam fajny beat Maxa Martina i zorientowałam się, że mój mąż gdzieś się zapodział i nie wiem gdzie jest. Tak właśnie powstała ta piosenka”. W tekście słyszymy, słowa, które świadczą o tym, że P!nk zniknięciem męża zbytnio się nie przejęła i pomimo jego nieobecności bawi się świetnie. Co prawda w dalszej części płyty przekonać się możemy, że tego typu reakcja na rozstanie nie jest jedyną, jaką amerykańska wokalistka prezentuje, jednak So What, to obraz niezależności i wiary w samą siebie, której P!nk w tamtym czasie była uosobieniem.

Utwór tytułowy, to natomiast wyraz niezgody P!nk na zamykanie jej w jakichkolwiek ramach czy schematach. Znów wykorzystane tu są mocniejsze i bardziej buntownicze rytmy, które były znakiem rozpoznawczym artystki. Niezgoda i bezkompromisowość to jednak niejedyne cechy opisujące P!nk z jej piątego albumu. Bad Influence to beztroski kawałek o zabawie z przyjaciółmi i o potrzebie odreagowania. „Nic na to nie poradzę, lubię imprezować” – śpiewa w nim artystka.

Gdyby jednak powiedzieć, że optymistyczne i pełne pozytywnego przesłania kawałki z pogranicza popu i rocka, to jedyne oblicze jakie pokazuje na tej płycie amerykańska wokalistka, to jakby nic nie powiedzieć. Ważne miejsce na Funhouse zajmują bowiem nastrojowe ballady, w których P!nk wypada zjawiskowo. Moim ulubionym utworem z grupy tych wyciszonych i spokojniejszych, jest I Don’t Believe You, w którym artystka prosi swojego ukochanego, aby ten jeszcze raz przemyślał kwestię ich rozstania. „Wygląda na to, że się poddałeś. Masz dość, ale ja chcę więcej. Nie, nie przestanę, bo po prostu wiem, że wrócisz. Prawda?” W porównaniu chociażby do So What, w tej piosence P!nk jawi się jako bezbronna i pełna nadziei na powrót swojego ukochanego, kobieta. Sama wokalistka w jednym z wywiadów przyznała, że jest to jeden z jej ulubionych kawałków z tej płyty. Ważnym dodatkiem do tego utworu, którego niezbyt wiele na tym albumie, są wykorzystane w nim utwory smyczkowe, które dopełniają piękna atmosfery wytworzonej przez idealny do tego typu kompozycji wokal P!nk.

Jakby tego wszystkiego było mało, to na Funhouse możemy też znaleźć utwór o uzależnieniu (One Foot Wrong), o Matce Bożej (Ave Mary A) oraz z początku utrzymany w bluesowym klimacie Mean, który jest opowieścią o rozpadzie związku. Płyta jest więc różnorodna przez co przykuwająca uwagę odbiorcy (nawet niezbyt zainteresowanego muzyką). Niewątpliwie Funhouse to płyta, która pozostanie jednym z największych osiągnięć w karierze P!nk i trudno się temu dziwić, bo poza przebojowymi kawałkami, znajduje się na tej płycie dużo nieoczywistych emocji. Warto jest wracać do płyt, które pomimo czasu, jaki minął od ich premiery, zdają się w ogóle nie starzeć.

Tags
Show More


Related Articles

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.