Dział PublicystykaRelacje

The Jesus And Mary Chain w warszawskiej Proximie. Relacja Katarzyny Turowicz



Długo czekaliśmy na klubowy koncert The Jesus And Mary Chain. Drugi przystanek wiosenno-letniej trasy promującej ich najnowszą, ubiegłoroczną płytę. Drugi, bo dzień wcześniej wystąpili w Moskwie. Warszawa, 18 maja, klub Proxima.


Historia grupy The Jesus And Mary Chain to rzecz wyboista, kręta, a w jednym konkretnym punkcie brawurowo i z niemałym hukiem po prostu wypadła poza barierki, pozostając tam na dobrych kilka lat. Może nie na miarę klęski, dziś już raczej nieodwracalnej, jaka spotkała grupę Oasis, ale jednak. Na tory bracia Reid z nowymi członkami tej orkiestry powrócili jednak tak naprawdę dopiero rok temu, kiedy po niemal dwudziestu latach wydali swój nowy album. Damage and Joy to ich siódemka. Z tą płytą przyjechali. Przede wszystkim. Ale nie tylko z tą, z kilkoma innymi też.

Zdjęcie użytkownika Kasia Turowicz.

I może lepiej zacząć od tego dobrego. To był koncert utkany z całkiem sporego pakietu pięknych momentów. Jak ten, kiedy Jim swoim niskim, niezmiennie poruszającym głosem wyśpiewuje frazę „And the World Comes Tumbling Down” z April Skies. Jakby śpiewał ją po raz pierwszy albo kierował tych kilka słów do określonej osoby. Czy refren z All Things Must Pass i niemal chóralne odśpiewane przez publiczność Just Like Honey. I wyrazy skupienia, pełnego oddania grze wyryte na ledwo widocznych za gęstymi ścianami dymu zmieszanymi z intensywnie migającymi światłami stroboskopowymi twarzach poszczególnych muzyków. I przeskakujące między nimi iskry. Nie, to nie były lampy stroboskopowe.

Bez gimnastykowania się na piruetowe aranżacje i wywracanie kompozycji na lewą stronę. To był bardzo intymny, kameralny set. Nie w rodzaju misteriów w wykonaniu PJ Harvey czy Nicka Cave’a. To nie w ich stylu. Ta intymność to właśnie marka tej orkiestry. Nawet kiedy grali na większych (największych?) scenach przed publicznością dużo większą niż tą zebraną w piątkowy wieczór w warszawskiej Proximie. W prostocie siła – podczas tego koncertu The Jesus And Mary Chain to porzekadło sprawdziło się znakomicie.

Jednak to, co poszło w swoim własnym, nie do końca równoległym z planami zespołu czy oczekiwaniami tych nieco bardziej wymagających słuchaczy, kierunku, to technika. Rzecz martwa, a zarazem jakby kluczowa, która dała o sobie znać już na początku i dotknęła Jima, którego słyszalność była – cóż – słaba. On sam również zdawał sobie z tego sprawę. W końcu gdzieś po trzecim utworze padło sakramentalne pytanie: „Czy wy mnie słyszycie?”. To nie tak, że perkusista i basista w pełnej zgodzie i zmowie chcieli utopić w eterze wokale Jima. To nie ten poziom i już raczej nie te czasy. Temu wieczorowi ewidentnie zaszkodziły decybele. Problemy ze sprzętem czy nagłośnieniem zadźgały ten koncert. Punktowo, ale możliwie skutecznie. Może nie całkowicie, ale pozostawiły dość głęboki uszczerbek w odbiorze. Sam wokalista dawał to do zrozumienia – bezradnie spoglądał w bok w stronę technicznych i znikąd nie otrzymywał pomocy. Z bezsilnością osłaniał kapsułę mikrofonu, by do jego wnętrza dostało się jak najwięcej dźwięków. Na niewiele zdali się też wokaliści wspomagający.

„Mamy nadzieję, że bawiliście się dobrze.” Tymi słowami, sam nie do końca przekonany, pożegnał zgromadzoną w Proximie publiczność Jim. Czy jestem tym wieczorem zawiedziona? Nie, bo to nie był zły koncert. To był po prostu źle słyszalny koncert. A to znacząca różnica.

Tags
Show More


Katarzyna Turowicz

Codziennie żonglująca słowami, wyłuskująca z nich treść. Kontakt: k8.turowicz@gmail.com IG: k.turowicz

Related Articles

One Comment

  1. To był dobry koncert, Jim naprawdę w dobrej kondycji. Długo się rozkręcali. Trochę im zajęło. April Skies , przebojowe, piękne ale nie przekonało mnie. Jakby byli jeszcze przed tym wyczekiwanym momentem. Zdecydowanie kulminacja osiągnęła szczyt. Dostałem to na co czekałem, ściana gitar, ściana dźwięku, emocje, dreszczyki przy Just Like Honey, ciary przy Darklands, eksplozja przy I Hate Rock’n’Roll. Było cudownie. A że jakość dźwięku w Proximie pozostawiała wiele do życzenia… i że pierwszy raz w życiu (a sporo już stąpam po tym świecie), wyszedłem z koncertu nie słysząc nic… Chyba tego drugiego się spodziewałem i na to czekałem. Marzenia się spełniają. JAMS na żywo. Po 30 latach czekania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.