The Flaming Lips - Oczy Mlody
  • Data premiery:
    13 01 2017
  • Wytwórnia:
    Warner Bros. Records / Bella Union
  • Gatunek:
    Electronic rock
  • Single:
    The Castle, How??, Sunrise (Eyes of the Young), We a Family, Nigdy Nie (Never No)
Najlepsze utwory:
Listening To The Frogs With Demon Eyes, Sunrise
Najsłabsze utwory:
praktycznie cała reszta

Gdy w 1986 roku debiutowali albumem Hear It Is, zapewne niewielu spodziewało się, że ich ponad trzydziestoletnia wyprawa muzyczna dotrze do punktu o swojsko brzmiącej nazwie Oczy Mlody. Wydać płytę opartą o książkę to jedno, ale nadać jej tytuł, który brzmi jak nazwa narkotyku (a przynajmniej tak twierdzi lider zespołu! sic!), to już historia nieco oderwana od rzeczywistości. Co, z czym i ile wspólnego ma najnowsza płyta The Flaming Lips?

Rewolucja – pół na pół. Ewolucja – ???

Gdy dany zespół ma na koncie kilkanaście albumów, nikogo nie powinno dziwić to, że słuchacz rozpoczyna swą przygodę z nim od nieprzypadkowo sprowokowanego przypadku. Jakiś czas temu, słuchając jednej z audycji radiowej Trójki, natknąłem się na krążek Yoshimi Battles The Pink Robots z 2002 roku. Niezwykle przestrzenny, z inteligentnie dobranym instrumentarium, z charakterystycznym minimalizmem dźwiękowym, stanowił ukojenie dla mej duszy. Najbardziej urzekające było jednak połączenie indie rockowych gitar z szeroko rozumianą elektroniką. Ani jedno, ani drugie nie wybijało się zbytnio na pierwszy plan, przez co zachowana była pewna niepodważalna harmonia.

Zagłębiając się w dyskografię zespołu i sięgając do płyt z późnych lat 80. i całej dekady lat 90., można się jednak zdziwić, gdyż początkowo byli oni stricte rockowym bandem. Brakowało wszelkich „przeszkadzajek” oraz elektroniki, a klawisze były mocno ograniczone w swych działaniach. Przełom nastąpił jednak wraz z premierą krążka The Soft Bulletin (1999), gdzie muzycy wyraźnie pozwolili sobie na więcej awangardy scenicznej. Momentami ocierało się to o abstrakcję, niemniej rockowy pazur był w ten czy inny sposób zachowany. Później było Yoshimi…, już nieco obdarte z gitarowego sznytu, aż wreszcie nadszedł rok 2017 – początek ery Oczy Mlody, czyli czternastego studyjnego dzieła The Flaming Lips.

Mając tak nakreślone tło biograficzne, czas na fundamenty, czyli skąd w ogóle polskie słowa w tytule płyty i poszczególnych piosenek. Krótko – bo większości historia jest pewnie znana. Wszystko rozchodzi się o książkę „Close To Home” autorstwa Erskine’a Caldwella, którego polskie tłumaczenie wpadło w ręce Wayne’a Coyne’a. To właśnie na tej bazie powstał najnowszy album Amerykanów, mocno stroniący od czegoś, co w popkulturze nazywamy „muzyką rockową”.

Już samo stwierdzenie, że fraza „oczy mlody” brzmi jak nazwa narkotyku (oryginalny filmik: klik!), sugeruje dość abstrakcyjny charakter płyty. Wydawnictwo składa się z 12 piosenek i to, co z całą pewnością można powiedzieć, to że brak im jakiegoś wspólnego mianownika. Niby gdzieś z tyłu głowy chodzi myśl, że ostatecznie płyta oparta jest o dzieło literackie, lecz ta odchodzi wraz z kilkukrotnym przesłuchaniem krążka od deski do deski.

Pierwszą charakterystyczną sprawą jest bardzo wolne tempo utworów, przez co niejednokrotnie ma się wrażenie, że ciągną się one w nieskończoność. Jeden dźwięk bądź ich sekwencja jest wielokrotnie powielana, co w kombinacji ze spowolnieniem tempowym daje nudę i monotonię. To samo tyczy się wokali – niezwykle rozciągnięte w przestrzeni, stanowią jedynie oderwany od całości dodatek. Dziwne twory chórkopodobne plus nieliczne partie prowadzące, to w gruncie rzeczy pic na wodę – próba wprowadzenia ożywienia (zresztą mocno nieudolna). Abstrahując już od tego, że Wayne nie jest i nigdy nie był wybitnym wokalistą.

Inna sprawa, to słabo zaznaczona warstwa rytmiczna. Bębny, jeżeli się pojawiają, są bardzo dyskretne i ledwie wyczuwalne. Bas także ledwie muska uszy. Ale akurat w całej koncepcji i zamyśle albumu, to właśnie tutaj postawiłbym plus. Wydaje się, że płyta miała być bardzo minimalistyczna, a ubogość w elemencie szaty rytmicznej taką ją właśnie czyni. I to jest super, ponieważ gdyby tylko pewne dźwięki nie były tak „wysublimowane”, całość brzmiałaby naprawdę nieźle. Bo mimo, że Oczy Mlody nie jest płytą rockową, są miejsca, gdzie gitary (tudzież klawisze, bo to też poniekąd element tego gatunku) próbują nieśmiało dojść do głosu. To dzieje się na przykład w genialnym Listening To The Frogs With Demon Eyes, gdzie muskane struny budują niezwykle ciekawy klimat. To także Sunrise, gdzie kapitalnie napisane piano umiejętnie kieruje melodią tworzoną przez kolaborację gitary z syntezatorami.

Szkoda tylko, że takich momentów na płycie jest niewiele. Częściej natrafiamy na nietrafione połączenia, monotonne dźwięki i przeciągające się partie. Patrząc na to pod kątem ewolucji, można dojść do wniosku, że zespół postawił kolejne pół kroku, ale czy obrany kierunek jest ewolucyjny? Dla zespołu na pewno, skoro się na niego zdecydowali. A dla słuchacza? To już pytanie do każdego z Was. Według mnie za mało w tym ewolucji kosztem rewolucji, choć i ta ostatnia nie do końca się udała.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułUtwór Tygodnia 184 (13.02. – 19.02.)
Następny artykułKasia Moś prezentuje teledysk do eurowizyjnej piosenki
Michał Szum
Pasjonat muzyki, wielbiciel sportu, miłośnik nauki, kucharz amator. W wolnych chwilach publicysta na All About Music :)