Someday, I’ll be living in a big old city… Tak 4 lata temu śpiewała Taylor Swift. I rzeczywiście – przeprowadziła się do wielkiego, starego Nowego Jorku. Nie tylko jednak jej miejsce zamieszkania się zmieniło. Dziś wokalistka nie chodzi już z tyloma chłopakami, lepiej się ubiera i przede wszystkim śpiewa zupełnie inne piosenki. Czy 1989 to dobry krok w twórczości największej amerykańskiej gwiazdy?

It’s a new soundtrack

Żeby zrozumieć sens albumu 1989, należy cofnąć się w czasie o 2 (niekoniecznie od razu 25) lata. W 2012 Taylor wydała płytę Red. O jej sprzedaży nie będę się rozpisywał, wiadomo, że była świetna. Swift zapytana o ulubiony kawałek z tego krążka odpowiedziała: I Knew You Were Trouble. Nie była to kompozycja country. Piosenkarka sięgnęła w nim po popowe i dubstepowe brzmienia. I tak w jej głowie narodził się pomysł nagrania całego popowego longplaya. Potem poszło już jak z górki: wspomniana przeprowadzka do Nowego Jorku, która jeszcze bardziej zmotywowała ją do realizacji pomysłu, ścięcie włosów, w końcu ogromny sukces singla Shake It Off.

Kończąc mój przydługi wstęp, wspomnę jeszcze co nieco o wcześniejszej twórczości Taylor Swift. Debiutancki album – zapomniane, niedoceniane Taylor Swift – lubię bardzo. Jest najbardziej w stylu country, naturalny, ładny po prostu. Słychać na nim, że wokalistka nagrała dokładnie to, co chciała, co jej w duszy grało. Kolejne, Fearless, to już bardziej krok w stronę mainstreamu, ale – żeby nie było – nadal udane, z cudownym You’re Not Sorry na czele. Speak Now, czyli mój osobisty faworyt z dyskografii wokalistki, dzielę często na dwie części. Pierwszą są kawałki w stylu Fearless, drugą wspaniałe, dojrzałe, emocjonalne ballady pokroju Last Kiss, Dear John czy Never Grow Up. I w końcu Red – nieco popowe, trochę taneczne, ale w gruncie rzeczy całkiem dobre. Taylor nie opuściła w całości brzmienia country, czego efektem były znakomite utwory pokroju All Too Well czy Begin Again. I jak ja miałem nie mieć wysokich oczekiwań do 1989?

I could finally breathe

Album 1989 jest eksperymentem. Oczywiście – w całej historii muzyki nie ma tu nic odkrywczego bądź innowacyjnego. W twórczości Taylor Swift to jednak zdecydowana nowość, odcięcie się od poprzedniej stylistyki. Mamy tu dużo popu, trochę synthpopu kojarzącego się, zgodnie z tytułem, z przełomem lat 80. i 90. Wokalistka inspirowała się wcześniejszym wcieleniem Madonny, Petera Gabriela, a także wokalną stylistyką Sinead O’Connor oraz Annie Lennox. I to słychać. Choć singiel Shake It Off sugerować mógł płytę nowoczesną, jest tu kompletnym outsiderem. Pozostałe utwory to bardziej stylistyka Welcome to New York oraz Out of the Woods.

Jedno się jednak nie zmieniło – Taylor wciąż pisze o swoich byłych chłopakach. Nawet jeśli nie przyzna się do tego głośno, nawiązania do jej związku z Harry Stylesem są aż nazbyt widoczne (fragmenty o szpitalu w Out of the Woods, a nawet piosenka o tytule Style). O ile jednak jej wcześniejsze teksty, nawet jeśli ckliwe i banalne, miały coś w sobie, o tyle te tutaj są jeszcze prostsze, bardziej schematyczne (w jednej piosence: out of style, w następnej: out of the woods) i nie wywołują żadnych emocji. Kawałki o rozstaniu (I Wish You Would, All You Had to Do Was Stay, Blank Space) nie robią dużego wrażenia. Lepiej jest w intrygującym Clean, Bad Blood, kompozycji rzekomo opowiadającej o konflikcie z Katy Perry, oraz w młodzieżowym Shake It Off będącym pstryczkiem w nos hejterów.

I could show you incredible things

Przechodząc jednak od tekstów do samych melodii czy produkcji – tutaj Taylor nieco mnie zaskoczyła. Przede wszystkim w spokojnych utworach – te od zawsze świetnie jej wychodziły. Na przód wysuwa się tu Clean będące wynikiem współpracy Swift z Imogen Heap. To bodajże najmniej popowa – ale wciąż nie country – i najciekawsza kompozycja na płycie. Delikatna, subtelna, z cudownym, rozmarzonym refrenem. Choć wokalistka nie wykazuje się tu jakoś szczególnie, nie nadwyręża swojego wokalu, całość autentycznie wzrusza. Podobnie jest w przypadku This Love. Tutaj z kolei usłyszymy gitarę akustyczną – ale i elektroniczny bit – nadającą piosence dodatkowej przestrzeni. Do tej dwójki dodałbym jeszcze piękne You Are in Love z edycji deluxe. Wszystkie trzy to najcichsza, najskromniejsza, a przy tym najbardziej powalająca część 1989.

Do najlepszych utworów z płyty dołączyłbym jeszcze zmysłowe Wildest Dreams (podobny klimat jak w wyżej wymienionych piosenkach, aczkolwiek ciut słabsze) oraz mimo wszystko Shake It Off. Dynamiczny, chwytliwy singiel wyróżnia się na tle pozostałych kawałków z płyty. Zabawny, radosny, z trąbkowym hookiem. Wiadomo, arcydzieło to nie jest, aczkolwiek słucha się go o wiele lepiej od np. We Are Never Ever Getting Back Together, pierwszego singla z poprzedniego krążka.

In the clear yet… Good!

A co z resztą? Świetnie przedstawia się synthpopowe Style, które jako jedna z nielicznych piosenek od razu wpada w ucho. I Wish You Would to przebojowy, gitarowy kandydat na kolejnego singla. Wy-hype-owane Bad Blood również jest zadziorne, ciekawe, chwytliwe. Złego słowa powiedzieć nie można także o takich utworach jak niesamowicie urocze Out of the Woods czy I Know Places przypominające momentami Loved Me Back to Life Celine Dion.

Do gustu kompletnie nie przypadła mi ostatnia część albumu. Bo np. po co tu komu Welcome to New York? Jako kawałek otwierający 1989 ma jakiś tam sens, Taylor śpiewa o swojej przeprowadzce i nowych możliwościach. Sama piosenka jest jednak nieznośnie banalna i tandetna. Pod tę samą kategorię podciągnąć można All You Had to Do Was Stay (irytujący chórek) oraz infantylne How You Get the Girl. Ponadto – a może przede wszystkim – zasłonę milczenia należy zrzucić na edycję deluxe. Warto po nią sięgnąć dla You Are in Love, lecz Wonderland oraz New Romantics to okropne, electropopowe numery, które mogą co najwyżej rywalizować o miano najgorszej kompozycji w karierze Taylor Swift.

1989 to nowa Taylor. Nowa wokalistka, nowa twórczyni, nowa osoba. Silniejsza, poniekąd bardziej dojrzała i pewna siebie. Choć sam kierunek obrany przez piosenkarkę nie do końca mi odpowiada, a jej nowe piosenki nie mogą się równać ze Speak Now czy Taylor Swift, to nie potrafię się na nią gniewać. Clean, This Love oraz You R in Love w zupełności mi to wynagradzają. Reasumując, sięgnijcie po ten longplay. A nóż widelec znajdziecie na nim coś dla siebie. W pierwszej kolejności poznajcie jednak jej starsze krążki.

taylor swift album cover 1989