Zdjęcie użytkownika Taconafide.
fot. Klaudia Prostak

Dwa najgorętsze nazwiska w polskim rapie w jednym projekcie? O współpracy Taco Hemingway’a i Quebonafide marzyło wielu fanów, ale chyba nikt nie przypuszczał, że zamiast jednego featuringu otrzymamy cały album (a w zasadzie dwa – Soma 0,5 mg i 0,25 mg), który dodatkowo promować miała trasa koncertowa, o takim rozmachu, z jakim w kontekście polskiego wykonawcy nigdy się nie spotkałam.

Biorąc pod uwagę ogromne zainteresowanie solowymi występami zarówno Quebonafide, jak i Taco nikt przy organizacji Ekodiesel Tour nie brał pod uwagę niedużych klubów. Od razu celowano w areny w największych miastach w Polsce. Bilety rozchodziły się jak świeże bułeczki, a jeden z pierwszym sold out’ów zanotowano w Poznaniu, gdzie duet (ochrzczony mianem Taconafide) wystąpił 24 kwietnia.

Mało jest osób, które obojętnie podchodzą do twórczości obydwu raperów. Jedni słuchają namiętnie i znają na pamięć wszystkie teksty. Inni hejtują i mówią, że taki rap to nie rap. Chociaż Soma nie zachwyciła mnie tak, jakbym sobie tego życzyła, ciężko mi jest uwolnić się od tego wydawnictwa. Z radością więc przyjęłam zaproszenie na poznański koncert chłopaków.

Ekodiesel Tour to przede wszystkim świetnie przygotowane widowisko. Ze specjalnie na tę okazję zrobionymi animacjami, udaną grą świateł i efektami nakładanymi na wyświetlany na dwóch telebimach obraz. Przemyślana była także setlista. Po Intrze Taco i Quebo wkroczyli na scenę przy dźwiękach Metallica 808, budząc takie emocje wśród zgromadzonej (głównie młodocianej) publiczności, że naprawdę można uwierzyć w padające w utworze słowa to już movement a nie muzyka. Kolejne kompozycje (PIN, Giro d’Italia, Art-B i Ekodiesel) podtrzymały ten wybuch energii. Spokojniej zrobiło się przy okazji Visa i Wiem, by na nowo rozgrzać nas wykonaniem Kryptowalut i Noża, po którym przyszła kolej na niedługie przedstawienie solowej twórczości obu artystów.

Swoje pięć minut jako pierwszy wykorzystał Quebo, prezentując Madagaskar, Half Dead i C’est la Vie, zmieszane z fragmentem bonusowego numeru Moje demony uciekły na urlop. Hemingway postawił zaś na Chodź, Dele oraz Nowy kolor, do którego Quebonafide wplótł kilka wersów C3PO. Dalsza część koncertu przyniosła również Nostalgię, za wykonanie której zabrał się… Kuba.

Najwięcej emocji towarzyszyło piosence Tamagotchi, które szybko stało się  najpopularniejszym numerem z albumu Taconafide. Do ulubieńców fanów należy także Art-B, którego refren wykrzyczany został przez całą publikę dwukrotnie. Spore poruszenie wywołało także pojawienie się 8 kobiet (z kapitalną wstawką Bedoesa), refleksyjnej Somy oraz Miodu i mleka, które w Poznaniu miało swoją live premierę.

Koncert Taconafide to zderzenie dwóch charakterów, które świetnie się dopełniają, nie wchodząc sobie w drogę. Małomówny, jak zawsze nieco wycofany Taco kontra żywiołowy, hałaśliwy Quebo, który wziął na siebie rolę wodzireja, zapowiadając kolejne kawałki i opowiadając anegdotki, a także skacząc w tłum, wspinając się po rusztowaniu i odwiedzając fanów na trybunach. Ta jego nieprzewidywalność jest naprawdę niesamowita. I chociaż w swoich kompozycjach raperzy lubią podkreślać, ile udało im się już osiągnąć i jak dużą sławą się cieszą, wciąż wydają się być zaskoczeni, jak ciepło odbierają ich fani, którzy skaczą, bawią się i z nie mniejszą wprawą wykonują poszczególne kompozycje. Obolała, mokra, ze zdartym gardłem – taka byłam po spotkaniu z Taconafide. Ich koncert to świetna zabawa, w której chciałoby się uczestniczyć jak najczęściej.