I oto jest. Największa sensacja ostatnich lat na polskiej scenie hip-hopowej – Taco Hemingway wydał w końcu pierwszy, „pełnoprawny”, długogrający album. Taco to MC, który ze swoim błyskotliwym piórem i zmysłem obserwacji idealnie nadaje się do gęstych, klimatycznych EPek, co udowodnił na Trójkącie warszawskim i Umowie o dzieło…. Pytanie natomiast – czy na dłuższym albumie Hems wypadłby równie dobrze? Czy byłby w stanie swoją charakterystyczną stylówką udźwignąć ciężar godzinnego albumu?

Po przesłuchaniu Marmuru mogę w końcu odpowiedzieć na to pytanie – niestety, nie do końca. Zacznijmy od początku i wspomnijmy o fabule – Marmur to bowiem album konceptualny (jak zwykle). Taco, przytłoczony niespodziewaną sławą, postanawia wyjechać z Warszawy i szukać ukojenia oraz inspiracji na Pomorzu – w tajemniczym hotelu „Marmur”. W pociągu do Trójmiasta poznaje tajemniczego brodacza, który zdaje się śledzić każdy jego krok…

Wszystko to wygląda intrygująco na papierze, a i zrealizowane jest z początku bardzo dobrze – początkowe skity oraz znakomity Żyrandol świetnie oddają i zawiesistą atmosferę nieco podejrzanego i ekscentrycznego przybytku, jak i zmęczenie i pewną melancholię głównego bohatera… Jednak im dalej, tym ów hotelowy koncept rozłazi się, wręcz zanika.

Hotel hotelem, jednak głównym clou albumu jest konfrontacja Taco (przepraszam – Filipa Szcześniaka) ze sławą, z własnymi lękami i niemocą twórczą. Do warstwy tekstowej nie mam żadnych zarzutów – Taco bezbłędnie operuje obrazami, metaforami i nawiązaniami do popkultury (szczególnie doceniam odwołania do Hotel California Eagles) zarówno gdy kreśli intrygujący portret zagubionego społeczeństwa, jak i gdy spogląda na swoje życie i przeprowadza autoterapię… Gdybym miał wskazać ulubiony pod względem lirycznym moment albumu, byłoby to rozwiązanie tajemnicy brodatego prześladowcy Taco, zgrabnie odwołujące się do poprzednich utworów.

Lubię Taco jako tekściarza – natomiast nie mogę nie wytknąć, że jego warsztat „raperski” pozostawia trochę do życzenia. Taco rymuje wciąż tym samym, jednostajnym flow (z lekkimi, acz średnio udanymi wariacjami np. w Tsunami blond), wyłącznie niemal tym samym, zmęczonym głosem (acz trzeba mu oddać, że z perfekcyjną dykcją)… Przez co ma się wrażenie, że słucha się cały czas jednego jedynego utworu. Po pierwszym odsłuchu autentycznie czułem się znużony i psychicznie wyczerpany…

Za warstwę muzyczną odpowiada po raz kolejny Rumak – producent, który zna się na swoim fachu, wie, jak umiejętnie łączyć sample i werble – jednak nie posiadający wyrazistego, oryginalnego soundu. „Marmurowe” produkcje, komplementujące nostalgiczną i refleksyjną tematykę, są jednak raczej nierówne i bezbarwne. Oprócz bardzo dobrze skomponowanych podkładów (moim ulubionym jest ten ze „Świecących prostokątów”, ze znakomitą, subtelną linią synthu czy lekko staroszkolne Ślepe sumy Żywot) mamy tu nutę zupełnie płaską i nietrafioną (Świat jest WFem czy Deszcz na betonie). Brakuje tu nowych, niestandardowych dla Taco i Rumaka rozwiązań, muzycznych eksperymentów i poszukiwań… Znakomite wstawki wokalne Katarzyny Kowalczyk z zespołu COALS w Żyrandolu – to zaledwie przysłowiowa kropla w morzu potrzeb, ale i kroczek we właściwym kierunku.

Marmur nie jest złą płytą. Jeśli polubiliście poprzednie materiały Taco, odnajdziecie się i tutaj – to typowa „powtórka z rozrywki”, z wszelkimi tego wadami i zaletami. Dla mnie osobiście – to mógł być album znakomity i nietuzinkowy, a wyszedł… średni i frustrujący. Fajnie by było, gdyby Taco na następnej EPce/albumie skumał się z innymi producentami niż Rumak, poeksperymentował nieco z różnymi brzmieniami, jak i popróbował zabaw z flow… Szkoda by było, aby tak intrygujący i utalentowany tekściarz został zapomniany.

1 KOMENTARZ

  1. Album słabiutki :( Po EPkach się spodziewałem czegoś wielkiego, a wyszło jak wyszło :/ Najlepsze są Żyrandol, Świecące Prostokąty i Żywot, a najsłabsze Mgła I i II. 4+/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.