Po niemal 8 latach Amerykanie ze Stone Temple Pilots powracają. Właśnie tyle czasu minęło od ostatniego długogrającego krążka tej grupy (swoją drogą, również zatytułowanego Stone Temple Pilots). O ile wydanie tego albumu 8 lat temu pod taką nazwą miało pewien sens, o tyle teraz zespół przeszedł niemałą reaktywację. Cały problem w tym, że przez ten okres czasu, przez zespół przewinęło się 3 różnych wokalistów.

O tyle, o ile filary grupy w postaci braci DeLeo oraz bębniarza Erica Kretza, pozostały niezmienne, zmieniło się wiele. Scott Weiland, a raczej jego organizm, nie wytrzymał już, i tak dużej, ilości nałogów w postaci narkotyków i alkoholu, więc kilka lat temu przyszło pożegnać nam główny wokal STP. Po nim pałeczkę na krótki okres czasu przejął Chester Bennington. Co prawda wspólnie nagrali jedynie EP’kę High Rise, ale było to bardzo dobre posunięcie ze strony zespołu. Niestety Bennington zrezygnował z dalszej współpracy z STP, gdyż nie dałby rady pogodzić pracy w dwóch, dobrze prosperujących bandach. Jak na pewno Wam wiadomo, w zeszłym roku pożegnaliśmy również Chestera. Miejsce w zespole, w roli wokalisty zajął niejaki Jeff Gutt. Tak, nazwisko kompletnie nic nam nie mówi, gdyż jedyne skąd zna go publicznoś,ć to występ kilka lat temu w amerykańskiej edycji programu X-Factor. W drugim podejściu do wygranej, zajął tam nawet drugie miejsce. Jednak potem jego kariera kompletnie się nie rozwijała.

Tutaj na ratunek przychodzi właśnie Stone Temple Pilots, przygarniając Jeffa do swojego świata. Jednakowoż świat ten trochę uległ zmianie. Tak jak i samo granie grupy, które w czasach świetności oparte było o brudne, acz dobre, grungowe brzmienie, zostało jedynie jego namiastką. Tak właśnie w skrócie można opisać to, co dzieje się na najnowszym krążku. Z jednej strony jest to po prostu przystępny rock, z drugiej, chyba każdy tęskni do tego braku radiowych utworów.

Przyglądając się bliżej najnowszemu wydawnictwu Stone Temple Pilots nie mówię, że nie znajdziemy tam całkiem dobrych utworów. Jednym z nich na pewno jest singlowe Meadow. Rytmiczna gitara, dość wyraźny bas. To wszystko okraszone w równie ciekawy wokal Gutt’a, który może nie jest artystą wybitnym, jednak idealnie wpasował się w klimat STP. Co ważne, utwór wspiera spora ilość brudnych riffów. Dalej przyczepimy się też kolejnego singla jakim jest Roll Me Under, który jest esencją rocka. Chropowaty wokal Jeffa, rozpędzona gitara wsparta przez równie szybkie bębny. Następnie znajdziemy tam wiele „wpadających w ucho” kawałków. Do grona kandydatów na radiowe single można zaliczyć Guilty, Good Shoes, Finest Hour, nieco bardziej spokojne Just a Little Lie, czy bardzo banalną balladę The Art of Letting Go.

Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że płyta ma zbyt wiele porównań. Można się tam doszukać takich kapel jak Queens of The Stone Age, Audioslave, czy nawet Nickelback, a więc brak w tym wszystkim oryginalności. Stone Temple Pilots nigdy wybitnym zespołem nie byli. Wkupując się w dobry moment, kiedy królował grunge, stali się jednym z wielu zespołów, które wtedy były rozchwytywane. Niestety era grunge’u przeminęła, a wraz z nią te najlepsze lata STP. Jedno co trzeba przyznać, to fakt, że płyta właściwie zła nie jest. Jej główny problem polega na tym, że jest po prostu jednostajna, zachowana w małej przestrzeni brzmieniowej. Czasami ciężko dostrzec, kiedy jedna piosenka zdążyła przemienić się w kolejną.

Stone Temple Pilots - Stone Temple Pilots
  • Data premiery:
    16 03 2018
  • Wytwórnia:
    Atlantic, Warner Music Poland
  • Gatunek:
    rock
  • Single:
    Meadow, Roll Me Under, The Art of Letting Go, Never Enough
Najlepsze utwory:
Meadon, Roll Me Under
Najsłabsze utwory:
The Art of Letting Go, Reds & Blues

OCENA KOŃCOWA AUTORA RECENZJI

  • 5.5/10
    Ocena końcowa - 5.5/10
5.5/10
Sending
User Review
0 (0 votes)
Poprzedni artykułThrowback Thursday 129: Sting – Englishman In New York
Następny artykułZayn powrócił z nowym singlem