Muszę przyznać, że takiej końcówki roku się nie spodziewałem. Byłem świadomy, że w tym czasie wyjdzie kilka dobrych albumów, ale nie wiedziałem, że aż tak dobrych i aż w takiej ilości. Jest jednak kilka best of the best, do których niewątpliwie zaliczać należy kolaborację Smolik/Kev Fox.

Co czułem po raz pierwszy natrafiając na ten duet gdzieś w sieci? Przede wszystkim wielką dojrzałość. Wiem – Ameryki nie odkryłem, ale stwierdzenie to było co najmniej dziwne, bo bazujące jedynie na okładce płyty. Chodzi tutaj nie tylko o dojrzałość personalną, lecz także – jak się później okazało – artystyczną. Co prawda wierzę w to, że każdy facet na Ziemi nigdy w pełni nie wydorośleje, jednak jeżeli ktoś byłby w stanie się do tego celu zbliżyć, to swoje pieniądze postawiłbym właśnie na tych panów. Wszak mało, kto decyduje się na okładkę, na której pokazuje swoją gębę (oczywiście bez urazy ;), a dodając do tego niemalże zerową mimikę, głębię w spojrzeniu i te bardzo stylowe kapelusze, otrzymujemy kwintesencję dojrzałości.

Sama płyta jest natomiast kwintesencją muzyki. Abstrahuje od podziałów na gatunki, grupy społeczne, wierzenia czy styl bycia. Po prostu jest i brzmi. I to bardzo dobrze brzmi, bo kiedy po raz pierwszy po nią sięgnąłem miałem wrażenie, że stanąłem w miejscu. Przeniosłem się w czasoprzestrzeni – mniej więcej o 100 lat i o kilka tysięcy kilometrów. Zapaliłem fajkę, ubrałem mój płaszcz, na głowę włożyłem kapelusz, po czym ruszyłem na wieczorny spacer. W nieznane. Po spokój. Na przygodę.

Chcąc znaleźć jakąś szufladkę dla tego wydawnictwa popełniłbym dziennikarskie faux pas, gdyż krzywdą byłoby wrzucenie tej płyty do jakiegokolwiek wora. Są tutaj co prawda pewne elementy charakterystyczne dla różnych gatunków, bo jest np. sporo klawiszy, gitar, ale i nowoczesnych bitów wprost z padów. Dlatego wszystkie dyskusje w tej materii można rozbić o kant pośladków, gdyż elementem przewodnim jest wolność. A wskazują na to już same tytuły, bo Run, Mind the Bright Lights, Hollywood czy chociażby Beautiful Morning mocno kojarzą mi się z czymś nieograniczonym. Swawolnym. Oderwanym od sfery profanum.

Muzyka muzyką, a przecież ogromne wyrazy uznania należą się panu Kev’owi Fox za przenikający duszę wokal. Mi do gustu przypadają zwłaszcza dolne partie, kiedy to kołysząc się w rytm np. Regretfully Yours jest się bombardowanym ciepłem płynącym ze strony kojącego ból głosu. Lekka szorstkość gra tutaj także niebagatelną rolę, bo jedynie uwydatnia każdą nutkę i dodaje ten pierwiastek rare do każdej kompozycji. Tego ostatniego bardzo brakuje mi w najnowszej muzyce, która jest robiona w bardzo sztywny sposób. Brud natomiast będzie u mnie zawsze w cenie.

Dalsze dywagacje na temat mocnych stron tej płyty są zbędne, bo przecież w muzyce najważniejsza jest muzyka i to do niej należy ostatnie słowo. Z mojej strony dodam jeszcze, że jedyny minus jaki znalazłem, to długość krążka – jest on zdecydowanie ZA KRÓTKI! Ale w 100% to rozumiem i szanuję, bo daje to pewną nadzieję na to, że współpraca będzie długofalowa i za jakiś czas światło dzienne ujrzy podobne dzieło. Dzieło jak te: kompletne, imponujące, dające do myślenia i inspirujące. Póki co zapraszam jednak wszystkich spóźnialskich do nadrobienia tej pozycji, a sympatyków zachęcam do przychodzenia na koncerty, bowiem ich rozpiska jest już do znalezienia na oficjalnym profilu Smolik/Kev Fox.

Dziękuję panowie!

ŚREDNIA OCENA WYBRANYCH REDAKTORÓW

Michał Szum
9/10
Łukasz Mantiuk
9/10
Marta Mrowiec
8/10
Łukasz Jaćkiewicz
8/10
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułLana Del Rey w coverze Some Things Last A Long Time
Następny artykułNowy teledysk: Lawson – Mountains
Michał Szum
Pasjonat muzyki, wielbiciel sportu, miłośnik nauki, kucharz amator. W wolnych chwilach publicysta na All About Music :)