Dział Publicystyka SARSA wystąpiła w wolbromskim Domu Kultury. Fotorelacja Aleksandry Ruszkiewicz

SARSA wystąpiła w wolbromskim Domu Kultury. Fotorelacja Aleksandry Ruszkiewicz

Marta Markiewicz, znana Wam bliżej jako Sarsa jest jedną z najbarwniejszych postaci polskiej sceny muzycznej. Jednych jej abstrakcja odpycha, drugich fascynuje, co sprawia, że można ją kochać, albo nienawidzić.

Osobiście na swój pierwszy koncert Sarsy poszłam z dużą niechęcią… bo ona jest „dziwna”, bo rzekomo nie potrafi śpiewać na żywo – taka opinia niegdyś krążyła. Długo namawiał mnie mój kolega, aż w końcu się zgodziłam. Koncert się zaczął, a ja już od pierwszych dźwięków spotkałam się z ogromnym zaskoczeniem, jak ta niepozorna dziewczyna potrafi operować swoim głosem i niesamowicie przekazywać emocje. Tak mi się spodobało, że sobotni koncert w Domu Kultury w Wolbromiu był moim już którymś z kolei.

Wokalistka pod koniec ubiegłego roku wyruszyła w trasę promującą wydawnictwo Pióropusze Tour. Wszystkie pięć koncertów spotkały się z ogromnym zainteresowaniem, z tego względu trasa została przedłużona o ten rok, czego przykładem jest Wolbrom.

Udając się na miejsce miałam pewne wątpliwości, ponieważ wcześniejsze koncerty z trasy odbywały się w klubach, które stwarzały niepowtarzalną atmosferę całego wydarzenia. W tym przypadku na celowniku pojawił się Dom Kultury i widmo spokojnego koncertu na siedząco, co zupełnie nie pasuje do repertuaru Sarsy. Będąc już na miejscu okazało się, że publiczność wcale nie zamierza przesiedzieć całego wydarzenia w wygodnym fotelu. Już kilka chwil po wejściu na sale pod sceną zgromadziła się masa fanów, a siedzieli tylko nieliczni.

Koncert był znakomity, artystka i jej zespół dali z siebie wszystko, a publiczność nie była im dłużna, bo doskonale się bawiła pod sceną. Myślę, że Sarsę spokojnie można zaliczyć ją do grona nielicznych artystów, którzy na żywo śpiewają lepiej, niż w wersji audio, co jest sporym atutem. Ponadto na scenie ukazuje różne swoje muzyczne oblicza – delikatność i wrażliwość w utworach takich jak „Motyle i Ćmy” i „Chill”, a także pazur w mocnym utworze „Feel no Fear”. Po koncercie okrzykom na bis nie było końca, a zespół i Sarsa natychmiast wrócili na scenę, żeby zagrać na pożegnanie dwa ostatnie utwory.

Koncerty Sarsy są niesamowitym przeżyciem, a ja jestem doskonałym przykładem na to, ze nie warto skreślać tej słynnej dziewczyny z rogami, zanim nie posłucha się jej na żywo, bo to właśnie na scenie czuje się, jak ryba w wodzie.

 

 

 

Aleksandra Ruszkiewicz
Studentka dziennikarstwa, pasjonatka fotografii - uwielbiam uwieczniać emocje muzyków występujących na scenie. Miłośniczka koncertów i festiwali.

Popularne