Dział Publicystyka RuPaul - Christmas Party (2018). Recenzja Jakuba Kopanieckiego

RuPaul – Christmas Party (2018). Recenzja Jakuba Kopanieckiego

Podobny obraz

Słyszeliście o RuPaul’s Drag Race? Jeżeli nie, należycie prawdopodobnie do mniejszości – talent show dla drag queens stworzone przez RuPaula podbiło amerykańską telewizję i szerokim echem odbija się na całym świecie. Uczestniczki programu udzielają teraz wywiadów w telewizjach śniadaniowych, grają w filmach, występują na coraz większych scenach, a nieodzowną pozycją w dorobku nowoczesnej królowej musi być również krążek muzyczny, w tym coraz częściej świąteczny. Jak w takim gatunku poradził sobie pionier i weteran sztuki dragu?

Całokształt jego twórczości jest zamierzenie kiczowaty i stylistycznie potrafi zbliżać się do mniej wymagającej artystycznie muzyki lat 80-tych i 90-tych, ale w tym tkwi cały urok. To muzyka żartobliwa i frywolna, puszczająca oko do społeczności LGBT, z naciskiem na G. Christmas Party to trzeci świąteczny album RuPaula i powiem bez ogródek – zdecydowanie najgorszy. Rozczarował mnie fakt, że nagraniu brakuje tęczowej iskry; krążek sprawia wrażenie skleconego na szybko, wyłącznie na potrzeby nowych sezonów popularnego programu i chociaż miewa mocniejsze strony, nie potrafią one pociągnąć całego albumu.

Otwierający album Get To You to bez wątpienia najbardziej chwytliwa kompozycja, reprezentująca to, czego po RuPaulu możemy się spodziewać. Jest miłosny tekst, jest funkowo i tanecznie oraz, adekwatnie do tytułu płyty, imprezowo. Również tytułowe Christmas Party, popowo-hiphopowa propozycja, wpada w ucho, podobnie jak Super Queen, elektroniczna piosenka stworzona wręcz do chodzenia po wybiegu na niebotycznych obcasach w niepowtarzalnych kreacjach. Żaden z tych utworów specjalnie mnie nie zachwycił, ale są solidne i przyjemne – tego odmówić im nie można. 

Mamy również recykling utworów z płyty Slay Belles (2016), poprzedniego, dużo bardziej udanego podejścia do tematyki świątecznej. Niestety, remixy piosenek Christmas Cookies i My Favorite Holiday odstają od pierwowzorów. Bigbandową oprawę pierwszego z nich zamieniono na R&B, mordując nastrojowość i płynący z utworu humor. Zaburzono jednak, przede wszystkim, rytmikę piosenki – wycięty z zupełnie innej aranżacji wokal boleśnie gryzie się z ciężką partią perkusji. My Favorite Holiday zaś przeniesiono do świata eurodance, co do repertuaru RuPaula pasowałoby jak ulał, jednakże w tym wypadku doprowadziło to do zupełnego odarcia utworu ze świąteczności.

I tutaj docieramy do podstawowego problemu najnowszej płyty RuPaula – to album świąteczny, na którym… Ledwo czuć święta. Część piosenek ledwo co nawiązuje do tej tematyki, część jest nią przesycona, ale te utwory po prostu świątecznie nie brzmią, nie kojarzą się z Bożym Narodzeniem. Sytuacji nie ratują nawet musicalowe interludia, które nagrano na potrzeby świątecznego odcinka RuPaul’s Drag Race – nie wnoszą nic do treści płyty, są zwykłymi zapychaczami. Przywołam ponownie album Slay Belles sprzed dwóch lat, gdzie każdy aranż aż krzyczał „ŚWIĘTA!”, a interludia wypełniały żartobliwe rozmowy zza bożonarodzeniowego stołu. Merry Christmas, Mary z tego krążka uważam za jedno z największych osiągnięć RuPaula – jest taneczny, queerowy, ale zarazem pokrzepiający i przyjazny. Po prostu aż chce się do niego ubierać choinkę.

Czy Christmas Party warto przesłuchać? Jako samodzielny album radzi sobie przeciętnie, brakuje mu spójności, wspólnego mianownika dla zawartych na nim utworów. Dużo lepiej jest obejrzeć świąteczny odcinek RuPaul’s Drag Race, w którym wykorzystano niemal wszystkie z zawartych na tej płycie utworów – w połączeniu z tańcem i widowiskową oprawą robią o niebo lepsze wrażenie, gdyż do tego zostały stworzone. Uwielbiam RuPaula, a jego twórczość traktuję jako coś więcej, niż guilty pleasure – pod płaszczykiem tanecznych, lekkich aranżacji przemyca zawsze jakieś przesłanie. Nie trzeba było mnie namawiać na ponowne wkroczenie do jego świata – ta impreza okazała się być jednak niewypałem.

Popularne