Uwielbiam tego typu historie muzyczne – świeża krew w postaci wschodzącego, nie-brytyjskiego zespołu i co najważniejsze na chwilę przed sukcesem! W 2014 r. wydali swój pierwszy album Citizens, bezbłędnie łącząc rockowo-popowe brzmienia. Jednak dopiero pochodząca z 2016 r. płyta War rozkręciła całą sytuację na dobre. Zapraszam do odkrycia nowej nadziei szwajcarskiej sceny muzycznej – Rival Kings.

Sześcioosobowa formacja, w składzie: Ètienne Hilfiker (wokal), Rafael Swab (gitara), Daniel Betschart (gitara), Dominique Marcel Iten (perkusja), Sandro Furrer (bass) oraz Christopher James Christensen (klawisze), stworzyła płytę War z myślą o pokoleniu Y. Trzeba przyznać, że wybór padł na temat niezwykle aktualny – generację ludzi samotnych, pełnych wątpliwości oraz narzuconych wzorców. Nierzadko też schwytanych w sidła różnego rodzaju używek czy też pozornej wolności, toczących wewnętrzną walkę o siebie. Słuchasz i po chwili w tym wszystkim się odnajdujesz. A muzyka Rival Kings to niczym wyzwolenie dla zalegających w nas emocji.

Nie ma najmniejszych wątpliwości od czego zacząć przesłuchanie krążka War – trzy ostatnie single są po prostu gwarantami muzycznego sukcesu zespołu. Przepiękna kompozycja Bad wyłania się jako najbardziej mroczna, ale jednocześnie ujmująca z całej płyty. Gromadzące się w niej pokłady bolesnych emocji w przedziwny sposób przyciągają. Jest tutaj zarówno niepokój, który z każdą wybijaną na pianinie nutą rozchodzi się w otchłań przestrzeni dźwiękowej, czy pewna brutalność dźwiękowa, która przeszywa na wskroś. To wszystko nie wspomaga warstwa liryczna: Nigdy nie chciałem żebyśmy skończyli tak źle, Przysięgam na wszystko co wartościowe, nigdy nie przeczuwałem tego. Lecz w całym tym mroku można znaleźć szczerość, a ona trafia prosto do serca.

Na kolejny singiel chłopaki wybrali War i z miejsca słychać, że chwilowo zmieniają tempo na bardziej dynamiczne. Jest to kawałek z tak zwanym gitarowym zacięciem, idealnie nadającym się na duże stadionowe koncerty. Również tekst nie pozbawia złudzeń, że nadszedł czas na więcej optymizmu: Nie pozwolę Ci oszaleć z powodu rzeczy, których i tak nie zmienisz, Bo wiem jak się czujesz, topiąc swoje łzy w padającym deszczu. Przebojową trójkę zamyka utwór Drown. Wytrawniejsze ucho usłyszy w nim mieszankę dwóch poprzednich singli. Zwrotki spokojniejsze utrzymane w duchu Bad są zapowiedzią kolejnej posępnej ballady, jednak refreny całkowicie zmieniają kierunek brzmienia. W ostatecznym rozrachunku jest to energiczny gitarowy kawałek z niewielką przerwą na refleksję: Aż w końcu będę tonąć, a wszystko co pozostanie będzie tak daleko, zapamiętasz moje imię…

Płynąc z piosenki na piosenkę, nie potrafię się zdecydować między mocniejszą, a spokojniejszą wersją Rival Kings. W końcu nie skupiam się na decydowaniu, tylko poddaje kolejnym dźwiękom. Wtedy na pierwszy plan wychodzi prawdziwa perełka Fever. Chłopaki potrafią budować napięcie. Początkowo jednostajny ton klawiszy, w miarę rozwijania się kompozycji w refrenie zostaje wzmocniony masywnym brzmieniem gitar. W końcowej fazie pozostaje tylko powtarzające się jak echo wołanie: Ona oddałaby swoją duszę, swoją duszę (…) tobie. Z kolei Clocks to od początku do końca mocna rockowa kompozycja, w której wokal Ètienne nabiera jakby zadziornej barwy. Czyżby kolejny faworyt do przejmowania większych koncertowych sal? Na finał płyty zespół serwuje dla odmiany urzekającą balladę Envy the Dead. Pobrzmiewające w tle pianino po raz kolejny nadaje bardziej pochmurny ton, jednak całościowo kompozycja zyskuje więcej powagi i elegancji.

Z Rival Kings od razu nasuwa mi się porównanie do Kensington. W końcu to kolejny zespół, który dysponuje niezwykłą lekkością w pisaniu hitowych kawałków. Co istotne ich ilość nie ogranicza się do dwóch – trzech pozycji, ale obejmuje całą płytę. W czym w takim razie tkwi ich sukces? Opiera się na trzech prostych składnikach: niewymuszonej nieco posępnej melodii, uniwersalnej warstwie lirycznej oraz głosie Ètienne. A wystarczy dosłownie chwila zasłuchania, aby się o tym przekonać i zapragnąć więcej!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułThrowback Thursday #74: Kayah – Supermenka
Następny artykuł„Chcę uzdrawiać dźwiękami i zabierać ludzi do magicznego świata emocji. Pokazać ich kolory i różnorodność.” Wywiad z Anią Karwan