Dział Publicystyka Rina Sawayama - RINA EP (2017), recenzja Zuzanny Janickiej

Rina Sawayama – RINA EP (2017), recenzja Zuzanny Janickiej

Zbieżność imion i nazwisk potrafi dać się we znaki. Tym bardziej, kiedy dopiero przystępujecie do zbierania informacji o nowej twarzy w muzycznym biznesie. Już chciałam rzucać komentarzem, iż Japonka Rina Sawayama musiała mocno zainspirować się Imany i jej śladem zamienić wybieg na scenę, kiedy okazało się, że Rina-modelka i Rina-piosenkarka to dwie różne osoby. Cóż… może właśnie dlatego debiutancka tej drugiej Sawayamy epka została zatytułowana po prostu RINA?

„Nasza” Rina swoją ojczyznę opuściła w połowie lat 90., przenosząc się z rodziną do Londynu. Poszła na studia, marząc o muzycznej karierze. Naukę do egzaminów łączyła z działalnością w hip hopowym kolektywie Lazy Lion, którego członkiem był także Theo Ellis, dziś grający z indie rockowym projektem Wolf Alice. Także Sawayama nie została wierna hip hopowi. Wybrała dla siebie r&b, które chętnie zestawiła z innymi gatunkami (czasem synthpopem, innym razem czyściutkim popem, momentami sensualną elektroniką), otrzymując materiał, który uderzył w moją nostalgiczną naturę. Artystka swoją twórczością przenosi mnie bowiem w czasie do przełomu wieku, kiedy pojawiły się Christina Aguilera z Britney Spears, a wszyscy namiętnie słuchali Aaliyah, Janet Jackson i Mariah Carey.

Epkę RINA rozpoczyna melodyjna, pełna popowego uroku kompozycja Ordinary Superstar, w tle której kryją się buzujące, gitarowe dźwięki. Lepiej brzmi następujący po niej utwór Take Me As I Am – jeszcze bardziej przebojowy, jeszcze mocniej zostający w pamięci i brzmiący… jakby Britney z czasów Overprotected spotkała Jennifer Lopez z albumu J.Lo. Krzywicie się na myśl o twórczości tych dwóch gwiazd? Sawayama udowodni wam, że pop z początku nowego tysiąclecia może być niezwykle smaczny i treściwy. Kolejną perełką jest spokojniejsze, nowocześniejsze, neo-soulowe Tunnel Vision, w którym wokalistka rozmyśla nad relacjami między nami w dobie mediów społecznościowych. I didn’t even leave my house last week but I know what you did last night śpiewa towarzyszący jej Shamir, a mi robi się trochę nieswojo. Zbliżoną tematykę eksploatuje nieco nużące (świetnie jednak wypadające w końcówce!), przywodzące na myśl erę „Butterfly” Mariah Carey Cyber Stockholm Syndrome. Nie sposób także nie zwrócić uwagi na taneczne, przyostrzone gitarami 10-20-40 oraz pop rockowe Alterlife.

Gdyby Rina Sawayama na swojej debiutanckiej epce umieściła ze dwie dodatkowe kompozycje (może coś ze wcześniejszych singli? balladę This Time Last Year? klawiszowe Where U Are?) moglibyśmy mówić o jednym z bardziej udanych popowych longplay’ów minionych dwunastu miesięcy. Zamiast tego mamy nie mniej ciekawy mini album, od którego ciężko jest się oderwać. RINA to porcja muzyki bardzo lekkiej, niezwykle przebojowej, trzymającej się daleko zarówno od banału, jak i kombinowania czy podążania dziwaczną, na siłę alternatywną ścieżką. Warto obserwować i już teraz dać szansę tej niedzisiejszej muzyce o dzisiejszych problemach.

 

Zuzanna Janickahttp://www.the-rockferry.pl
Wielka pasjonatka muzyki, potrafiąca odnaleźć coś ciekawego w każdym gatunku. Autorka strony The-Rockferry, na której oprócz recenzji płyt znaleźć można całą masę innych muzycznych artykułów. Nałogowa uczestniczka koncertów. Wielka fanka Christiny Aguilery, Amy Winehouse, Kate Bush, Finka, Leonarda Cohena i zespołu The National.

Popularne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.