Dział Publicystyka Rihanna - ANTi (2016), recenzja Piotra Krajewskiego

Rihanna – ANTi (2016), recenzja Piotra Krajewskiego

The wait is ova. Po wielu miesiącach niepewności i sprzecznych informacji, nowy album 27-letniej artystki stał się faktem. Wydawnictwo pojawiło się niespodziewanie w serwisie streamingowym TIDAL. Rihanna wróciła. Pytanie, w jakim stylu.

W ciągu swojej dziesięcioletniej kariery, Barbadoska przyzwyczaiła swoich fanów do tego, że pracuje niezwykle dynamicznie, a jej kolejne wydawnictwa pojawiają się wraz z nowym rokiem. Tym razem było zupełnie inaczej. Muzyczny świat musiał czekać ponad trzy lata na ósmy krążek. Zmiana wytwórni, współpraca przy filmowym soundtracku i przedłużająca się stale sesja nagraniowa. Tak wyglądały ostatnie miesiące Rihanny. Spekulacji dotyczących premiery albumu nie było końca. Publikacja kolejnych utworów, rzekomo mających znaleźć się na krążku oraz brak oficjalnej premierowej daty sprzyjały zamętowi wokół wydawnictwa. Nie pomogła również przeciągająca się, chaotycznie prowadzona kampania reklamowa ANTi diaRy, która zamiast zaciekawić, wywołała w końcu spore zdezorientowanie. Mogło się wydawać, że artystka nie jest pewna swojego dzieła i „majstruje” przy nim w nieskończoność, szukając idealnego brzmienia.

[pro_ad_display_adzone id=”112511″]

Patrząc po raz pierwszy na oficjalną tracklistę ósmego krążka, nie wiedziałem czego się spodziewać. Po zeszłorocznych premierach trzech nowych piosenek: FourFiveSeconds, Bitch Better Have My Money oraz American Oxygen, wyrobiłem sobie pewne zdanie na temat możliwego brzmienia dzieła. Mogłem domniemywać, że będzie to inny album Rihanny niż dotychczasowe. Do takiej tezy przekonał mnie przede wszystkim utwór nagrany wspólnie z Kanye West’em i Paul’em McCartney’em, który zdecydowanie odbiegał klimatem od wcześniejszych dokonań wokalistki. Minimalistyczna aranżacja, akustyczne i folkowe elementy. Ogromna zmiana. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że żaden z trzech wcześniej opublikowanych kawałków nie znalazł się ostatecznie na nowym krążku. Pomyślałem, że artystka porzuciła pomysł metamorfozy i wróciła do tanecznego, popowego grania.

Nic z tych rzeczy. Anti jest daleko do mainstreamowych dźwięków. Na próżno szukać tutaj nowych radiowych hitów, które będą grać wszystkie komercyjne rozgłośnie na świecie. Fani popowej strony Rihanny, albumu Loud i kawałków typu We Found Love, Don’t Stop The Music czy Only Girl (In The World) mogą czuć się zakłopotani. Czy są gotowi na takie zmiany? Czyżby gwiazda chciała na zawsze zerwać z popową przeszłością i spróbować czegoś innego? Tak właśnie brzmi ten album – jak brudny eksperyment z dźwiękami r&b oraz hip-hopu, a także mocnymi, wyrazistymi beatami, gdzie istotną rolę odgrywa produkcja.

[pro_ad_display_adzone id=”112511″]

Fenty otwiera nowe dzieło w sposób niezwykle stanowczy – kompozycją Consideration. Brzmi ona zdecydowanie i odważnie, bezkompromisowo nadając ton całemu wydawnictwu. Słowami „I got to do things my own way darling”, wokalistka utwierdza słuchacza, że Anti nie będzie standardowym albumem Rihanny, a ona sama zamierza zerwać z przypisywaną jej mainstreamową łatką.

Robi to niezwykle przekonywująco. Płyta zachwyca mrocznym klimatem i produkcyjnymi detalami, które prezentują się najlepiej (!) przy udziale słuchawek. Śpiewając o miłości, seksie, frustracjach czy pragnieniach, artystka balansuje pomiędzy modnymi, nowoczesnymi dźwiękami, a oldschoolowymi inspiracjami. Intrygujące Kiss It Better łączy dzisiejsze brzmienia z energicznym gitarowym riffem, kojarzącym się z latami osiemdziesiątymi czy dziewięćdziesiątymi. Album jest pełen zaskakujących, zniekształconych oraz niepokojących dźwięków (Needed Me, Woo, Desperado), potęgujących niespokojną atmosferę wydawnictwa.

Surowy nastrój Anti dopełnia kapitalny i jednocześnie najdłuższy kawałek na całej płycie Same Ol’ Mistakes. Rihanna postanowiła zmierzyć się z dziełem formacji Tame Impala, tworząc swoją własną wersję utworu pochodzącego z ich ostatniego albumu Currents. Psychodeliczny syntezator oraz niezwykła linia basowa zrobiły swoje. To jedno z najbardziej interesujących nagrań w karierze wokalistki, pełne dziwnych, ale niezwykle hipnotyzujących momentów.

Prócz wyrazistych rytmów czy mrocznych bitów, krążek skrywa też nieco bardziej klasyczną, minimalistyczną stronę. Więcej tutaj nastrojowego wokalu oraz ciepłych, spokojnych melodii. Akustyczne Never Ending może zachwycać prostotą, a Close To You wprawia słuchacza w chwilę przemyśleń i wyciszenia, świetnie zamykając standardową wersję wydawnictwa.

Anti jest prawdopodobnie pierwszym tak spójnym i zwartym albumem w całej dotychczasowej karierze artystki. Ciężko doszukać się tutaj słabych momentów. Poprzednie krążki Rihanny przyzwyczaiły do tego, że były pełne zarówno świetnych przebojów, jak również tzw. fillerów, znacznie psujących całokształt. W przypadku najnowszej płyty, jedyną kompozycją, która znacznie odstaje od reszty jest singlowe Work. Kawałek irytuje swoją powtarzalnością, a refren po dłuższym czasie – zwyczajnie męczy. Obecność Drake’a nie pomogła. Piosence daleko do słynnego Take Care. Jej miejsce na albumowej trackliście mogłyby z powodzeniem zająć finalnie nieuwzględnione FourFiveSeconds czy Bitch Better Have My Money. Obie propozycje biją na głowę przeciętne Work.

Największą niespodzianką jest rewelacyjne Love On The Brain. Nie spodziewałem się, że usłyszę kiedykolwiek utwór Rihanny utrzymany w stylu doo-wop. Inspiracja latami pięćdziesiątymi ubiegłego wieku i niezwykła retro melodia sprawiają, że wyeksponowany wokal artystki brzmi lepiej niż kiedykolwiek. Ten oldschoolowy, dawny klimat oddaje również dwuminutowe Higher, które ma najprawdopodobniej tyle samo zwolenników, co przeciwników. Jedni fani będą chwalić za ciekawą interpretację, przenikliwy śpiew i ogólne zdolności wokalne, inni skrytykują za nadmiar emocji oraz jeden wielki krzyk. Mnie się taka Rihanna podoba.

[pro_ad_display_adzone id=”112511″]

Jej ósme dzieło pozostawia pozytywny niedosyt. Niecodzienne, eksperymentalne muzyczne rozwiązania czy balansowanie między vintage i nowoczesnością pokazują, że ma ona wciąż mnóstwo asów w rękawie oraz nie musi trzymać się kurczowo mainstreamowego brzmienia. Jej muzyka zmierza w dobrym kierunku, a sama Rihanna zaczyna odnajdywać swoje prawdziwe miejsce w muzycznym świecie. Nie jako maszynka do radiowych hitów, ale jako pełnoprawny artysta. Podejmuje się odważnego zadania – próbuje czegoś nowego w swojej twórczości. Szanuję to i doceniam. Warto było czekać.

Popularne