Gdyby kiedyś ktoś poprosił mnie o wskazanie artysty, którego twórczość najszybciej mogłaby pomóc na bezsenne noce, jako pierwszy na myśl z pewnością przyszedłby mi kanadyjski wokalista Mike Milosh, który w 2010 roku powołał do życia projekt Rhye. Czy jego sypialniana, intymna muzyka w ogóle miała szansę odnaleźć się w dużym klubie?

Rhye przez pewien czas było jednym z najbardziej zagadkowych nowych zespołów. Nikt do końca nie wiedział, kto w nim gra. Skąd się wzięli. Wątpliwości budziła nawet płeć wokalisty – obdarzonego androgenicznym głosem Milosha nietrudno porównywać do Sade Adu. W 2013 wydali debiutancki album Woman, który szybko przypadł do gustu słuchaczom, którzy zachwycali się wcześniej m.in. The xx. Mike i towarzyszący mu producent Robin Hannibal stworzyli swoje kameralne, elektroniczno-soulowo-rhythm’and’bluesowe brzmienie, które powróciło w tym roku na płycie Blood. Już jednak bez wkładu Hannibala.

Rhye dużo ryzykował wydając drugi krążek pięć lat po udanym debiucie. Żyjemy w końcu w czasach, kiedy konsumpcja muzyki znacznie przyspieszyła, a trendy i gwiazdy zmieniają się w szalonym tempie. I chociaż Rhye jak hitów nie miał tak nie ma, ściągnął na swój pierwszy polski koncert sporą grupę osób. Co jest tylko potwierdzeniem tego, że dziś sławy nie mierzy się ilością sprzedanych płyt, lecz biletów na występy.

Artysta postarał się, by były warte swojej ceny, choć już na wstępie dostał małego minusa z powodu ponad dziesięciominutowego spóźnienia. Łatwiej dałoby się mu to wybaczyć, gdyby nie wysoka temperatura w Progresji, która obniżała komfort uczestniczenia w wydarzeniu. Odchodząc od tropikalnych temperatur… Obcując z muzyką Rhye w domowym zaciszu nie zdawałam sobie sprawy, z jak wielu instrumentów jest utkana. Uświadomił mnie dopiero koncert, podczas którego na scenie oprócz Mike’a Milosha pojawili się muzycy odpowiedzialni za takie instrumenty jak gitary, perkusja, skrzypce czy dęciaki. Osobnym instrumentem był jego głos – anielski i smutny, choć wiele piosenek w koncertowej odsłonie nabrało bardziej rozrywkowego charakteru. Nie sądziłam, że kilka z nich będzie w stanie zachęcić publiczność do klaskania do wygrywanego rytmu. A jeszcze inna (Song for You) do wspólnego odśpiewywania kilku wersów. Skoro już o utworach mowa… Nie dało się odczuć, iż Rhye promuje album Blood. Podobną uwagą obdarzył także swój debiut, przypominając z niego m.in. Last Dance, Open i The Fall. Trochę szkoda, że zabrakło One of Those Summer Days, które jakiś czas temu wyrosło na mojego faworyta z dyskografii Milosha. Nie można niby mieć wszystkiego, ale z Blood dwie najlepsze piosenki (Waste i Phoenix) wybrzmiały. Niespodziewanie na setliście pojawiło się także Sto lat – w dniu warszawskiego koncertu urodziny miał jeden z muzyków.

Miałam lekkie obawy odnośnie tego, jak muzyka Rhye może wypaść na żywo. Nie jest stworzona do wielkich koncertowych sal czy klubów. A tymczasem ładnie w takim miejscu się odnalazła. Mike Milosh nie jest typem showmana, ale z każdym zagranym utworem jego kontakt z publiką był lepszy. Miło się zaskoczyłam i już wiem, że dalej będę obserwować poczynania projektu Rhye. Byle tylko nie kazał nam czekać pięciu lat na kolejny krążek.

 

Zuzanna Janicka
Wielka pasjonatka muzyki, potrafiąca odnaleźć coś ciekawego w każdym gatunku. Autorka strony The-Rockferry, na której oprócz recenzji płyt znaleźć można całą masę innych muzycznych artykułów. Nałogowa uczestniczka koncertów. Wielka fanka Christiny Aguilery, Amy Winehouse, Kate Bush, Finka, Leonarda Cohena i zespołu The National.
Poprzedni artykułNowy teledysk: Oceana – Strike
Następny artykułMETRONOMY wystąpią w The Regency Ballroom