Dział Publicystyka Red Lips - To co nam było (2013), recenzja Marty Mrowiec

Red Lips – To co nam było (2013), recenzja Marty Mrowiec

Do przesłuchania płyty Red Lips podeszłam z rezerwą. Dostaliśmy od nich dwa single tj. tytułowy numer To co nam było, piosenka chwytliwa i żywiołowa, którą polubiłam oraz Czarne i białe, które mnie do siebie nie przekonało głównie ze względu na słaby tekst. Tak więc jak na razie byłam rozdarta. Przyszedł moment, w którym na spokojnie przesłuchałam album i już po pierwszym odsłuchu wiedziałam, że jest całkiem dobrze. Kolejne razy pokazały mi, że Red Lips mają dość ciekawe spojrzenie na wiele tematów, a muzycznie album jest w miarę spójny.

Traktuję album Red Lips jako ich debiut. Nie zamierzam zagłębiać się w ich przeszłość i doszukiwać się wcześniejszych albumów. To co nam było powstało jako pierwszy muzyczny twór formacji w takim składzie. Co dostaliśmy na tym krążku? Przede wszystkim dawkę mocnych brzmień a to wszystko ujęte w przemyślane i mądre teksty (oczywiście z pewnymi wyjątkami takimi jak single czy numer Tarantino). O ile single mogły prowadzić nas do stwierdzenia, że Red Lips śpiewa kolejny raz o oklepanym temacie miłości to reszta tekstów na płycie pokazuje, że tak nie jest. Jednak na warstwie tekstowej skupię się nieco później. Zaczynając od początku.

Album To co nam było swoją premierę miał 8 października. Dostaliśmy na nim de facto 9 kompozycji plus utwór To co nam było w 4 (!) wersjach (radio edit feat. ROCH, original edit, a także dwa remixy). Niepotrzebne i zbyteczne. W zupełności wystarczyłaby jedna wersja, gdyż w myśl zasady: co niedużo to niezdrowo, zwyczajnie jesteśmy zmęczeni tym utworem w takiej dawce. Najbardziej odpowiada mi wersja oryginalna, która jest najbardziej naturalna i szczera. Bez żadnych ozdobników i udziwnień. Dwa remixy nijak mają się do charakteru całego albumu. Wręcz się z nim gryzą. W sumie to najpoważniejszy minus albumu. W dodatku rozrzucone po całym albumie (2, 10, 12 i 13 piosenka) zaburzają jego spójność. Pozostałe kompozycje są mocne, charyzmatyczne, a przy tym melodyjne. Praktycznie każdy z nich mógłby zostać kolejnym singlem. Inna kwestia czy jest to dobre, że każdy numer na płycie może stać się hitem stacji radiowych?

Płytę otwiera Intro Lazara. Spokojne brzmienia gitary tworzą ciekawy klimat. Nikt się nie spodziewa jaka muzyczna burza się później rozpęta. Następnie mamy dwa wspomniane wyżej single. To co nam było, hit tego roku. Skoczny, wpadający w ucho żywiołowy i z drapieżnym wokalem Rudej oraz Czarne i białe z kiepskim tekstem. Pierwszym numerem, na który zwróciłam uwagę był utwór Klatka i smycz. Numer zaczyna się mocnym uderzeniem, by przejść do łagodnego wokalu Rudej. Dopero w refrenie następuje ponowne mocne uderzenie. Głos Rudej jest zadziorny i zaczepny. Jej chrypa nadaje charakteru piosence. Ciekawie łączą się łagodniejsze zwrotki z mocnym refrenem. Następna piosenka Ej, życie! Urzeka szczerością w tekście i wprowadza trochę klimat zadymy i refleksji. Ociera się on o problem ubóstwa, śmierci, nieprzewidywalności losu. Bo któż z nas nie ma czasami dosyć życia i ma ochotę poprosić:

Ej życie przytul mnie czasem, schowaj gdzieś przed ludzkim hałasem.

Ruda w swoim śpiewie jest bardzo autentyczna i przejmująca, dzięki czemu przeżywamy historię opowiadaną przez nią (Matka dała dziecku chleb wyżebrany na ulicy… Ojciec wrogiem córki swej… Poszedł żołnierz przelać krew żona modli się by wrócił… Po ulicach włóczą się zagubieni imigranci…). Ciekawy kontrast stanowi kolejny kawałek Instrukcja obsługi, który jest lekki i utrzymany w żartobliwym tonie. Tym razem Ruda proponuje nam instrukcję obsługi faceta podaną w sposób humorystyczny i zdystansowany. Aczkolwiek jest to numer bardziej pop niż rokcowy.

Instrukcja obsługi do niego jest prosta… to tylko 69 sposobów, kilka ślubów i kilka rozwodów.

Ludzie z tektury to kolejny mocniejszy numer z wyeksponowanym wokalem Rudej. Do tego ciekawy tekst sprawia, że kompozycja nie jest nudna. Po niej album nie zwalnia tempa i dostajemy kompozycję Nie samym chlebem z wyrazistymi gitarami. Na zakończenie Red Lipsi zostawiają najlepsze. Przepiękna i urzekająca ballada. Jedyna na krążku. Zdecydowanie mój ulubiony kawałek na ich debiucie. Ruda pokazuje swoje łagodne oblicze, jej wokal koi i chwyta za serce. I chociaż tekst odnosi się do, wydawać by się mogło, oklepanego tematu miłości utwór jest urzekający. Spokojna melodia podkreśla warunki Rudej i dobrze współgra z jej barwą.

Debiuty ocenia się trudno. Niewątpliwą zaletą albumu jest wokal Rudej. Temperamentny, zadziorny, chrypliwy, pasujący idealnie do rockowych brzmień. I może nie do końca jest to rockowy album na pewno stara się wpisać w ten gatunek. Na uwagę zasługują teksty, które w większości są o czymś. I co ważne są po polsku, to również duży plus. Red Lipsi umieją opowiadać historie, które chce się z nimi przezywać. i może są ona nie do końca kolorowe a wręcz odnoszą się do szarości świata codziennego to, jednak opowiedziane są w sposób ciekawy i ujmujący.  Oczywiście można było liczyć na lepszą płytę, marudzić i narzekać. Ja na razie czekam na kolejną płytę, ponieważ już na tym krążku słychać, że zespół ma potencjał.

red lips to co nam bylo

Marta Mrowiec
Gdyby nie muzyka zapewne więcej pisałaby o książkach. Gdyby nie książki pewnie więcej pisałaby o muzyce. Słucha głównie rapu, ale jest też otwarta na to co dziwne, eksperymentalne i odkrywcze. Unika przeciętności i tego co akurat modne, chyba że jest dobre. Często wraca do starszych,polskich kawałków, które mają swój specyficzny klimat.

Popularne