Red Hot Chilli Peppers - The Getaway
  • Data premiery:
    17 06 2016
  • Wytwórnia:
    Warner Bros. Records
  • Gatunek:
    Rock
  • Single:
    Dark Necessities
Najlepsze utwory:
Goodbye Angels, Go Robot, Detroit, This Ticonderoga
Najsłabsze utwory:
Dark Necessities, The Getaway i inne

Od stosunkowo niedawna w mainstreamie można zaobserwować dość niepokojące zjawisko wypłaszczenia muzyki. Muzycy niby próbują szukać zmian, niby chcą wnieść do swojego brzmienia pierwiastek świeżości, ale w większości przypadków kończy się to mdłą zupą grzybową zamiast oczekiwanego schaboszczaka. Skutki takiego zachowania opisuje jedno słowo, które (niestety) także tyczy się The Getaway – NUDA.

Nie znaczy to jednak, że płyta jest słaba. Ma ona swoje mocne strony, ale jako całokształt prezentuje się bardzo płasko. Trzynaście numerów właściwie zlewa się w jeden, bo między nimi nie ma zarysowanych wyraźnych granic. Piosenki z przebojowym zacięciem chowają się za utworami wijącymi się jak flaki z olejem, przez co charakter tych pierwszych jest mocno stonowany. A szkoda, bo na albumie jest kilka bardzo przyjemnych dźwięków z potencjałem.

Miło robi się przy okazji utworów Goodbye Angels, Go Robot, Detroit oraz This Ticonderoga, bo to one w realny sposób wnoszą na krążek coś charakterystycznego. Nieważne co to jest: chwytliwy riff, pobudzające bębny, agresywne tempo czy różnorodność wokalna – liczy się fakt, że nie jest nudno. Gdyby jednak ktoś potrzebował doznań rodem z Hitchcocka, może spróbować z najdłuższym utworem Dreams of a Samurai, utrzymanym w nieco psychodelicznym klimacie a’la Radiohead. Tam dzieje się najwięcej, ale niekoniecznie najlepiej.

Nowa płyta to nowe spojrzenie od strony producenckiej, bo za The Getaway odpowiada Danger Mouse – znany chociażby z ostatnich dzieł The Black Keys. Nie wiem na ile wpłynął on na finalne kompozycje, niemniej czuć wyraźny ukłon w stronę duetu z Ohio. Prawda jest jednak taka, że Red Hotom znanym z poprzednich wydawnictw daleko do blues rocka i to m.in. dlatego album brzmi trochę nijako. Mówi się, że dobry aktor zagra każdą rolę, ale odniesienie tego powiedzenia do muzyki jest równie trafne co głupie.

Być może to właśnie próba chodzenia w cudzych butach sprawiła, że zespół nie wpisał się w obraną sobie konwencję. Pod tym względem faktycznie – jest to krążek rewolucyjny. Z tym stwierdzeniem w zgodzie jest szerokie grono ekspertów, fanów i paru innych mniej lub bardziej przypadkowych ludzi, więc na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się okej. Ale czy rewolucja równa się ewolucja?

Jak widać (lub wręcz słychać) – nie zawsze. The Getaway to dobry wybór na leniwe letnie popołudnia, lecz jedynie jako podkład do kopania ogródka lub koszenia trawnika. Mocno zarysowany bas to już wizytówka zespołu, mimo to po kilku minutach w żółwim tempie jest on zwyczajnie pozbawiony swego pazura. Gitara, choć przyjemna i kojąca duszę, nie potrafi zaciekawić swym brzmieniem. Analogicznie perkusja – łagodna i rytmiczna, a jednocześnie żmudna i niedoprawiona. Wszystko okraszone znanym i lubianym wokalem –  cierpkim i mało wyrazistym.

Jak zatem globalnie ocenić najnowsze dzieło Red Hot Chilli Peppers? Wygląda na to, że jednak pozytywnie. Każda chęć zmiany powinna być dla fanów czymś pozytywnym, dlatego Kalifornijczycy nie powinni być teraz skazywani na rychły koniec. Być może będzie to tylko kolejny etap w drodze do czegoś zupełnie innego, ale następca I’m With You z pewnością znajdzie swoich zwolenników. Reszta (w tym ja) zawsze może wrócić do Stadium Arcadium. I tego się trzymajmy.

(Nawiasem mówiąc: single są okropne, stąd m.in. nagranie z Carpool Karaoke)

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPo Tytule #1 – Work
Następny artykułWorek się rozsypał. Wygraj soundtrack z filmu Księga Dżungli
Michał Szum
Pasjonat muzyki, wielbiciel sportu, miłośnik nauki, kucharz amator. W wolnych chwilach publicysta na All About Music :)