Opowiadanie muzyką fascynowało człowieka już od dawnych czasów. Wędrowni bardowie byli w niejednej karczmie łakomym kąskiem, bo to dzięki nim życia wielu nabierały sensu, kolorów lub po prostu były „czymś” wypełnione. Dziś jest podobnie, z tym że bardowie rozplenili się jak grzyby po deszczu, karczma przerodziła się w Internet, a opowieści stały się sprawą drugoplanową. No i jakoś to wszystko zaczęło tracić na swojej magii.

Wszystko zaczęło się od singla Somebody’s Love, który okazał się zapowiedzią siódmego albumu studyjnego PassengeraYoung as the Morning, Old as the Sea. Już sam tytuł sugeruje pewien kierunek, w którym album zmierza, ale to jest dopiero początek nudy, która spotka słuchacza w trakcie jej odsłuchu.

Już od samego początku materiał przesiąknięty jest brakiem pomysłu. Cztery przypadkowo sklecone akordy tworzące utwór numer jeden, czyli Everything, to dopiero złe złego początki. I o ile banalna melodia i banalny tekst da się schować pod płaszczem wyrazistego i charakterystycznego wokalu, to w przypadku Passengera zwyczajnie tego płaszcza brak. W głosie nie słychać ani grama charyzmy, polotu, pasji czy przejęcia. Nic, co mogłoby wywołać jakieś emocje – nawet te najgorsze.

Idąc dalej, napotkamy na parę momentów wartych naciśnięcia przycisk „replay”, ale wynik 2/10 jest raczej godny niemieckiej modelki niż płyty muzycznej. Dokładnie dwa razy podczas całego przesłuchania przeszło mi przez myśl, że mógłbym sięgnąć do tej płyty raz jeszcze, ale skoro można wyjść z karczmy wcześniej, to czemu by tego nie zrobić? Ba! Dziś, w dobie Internetu, możemy nawet tam nie przychodzić, a biesiada i tak zagości w naszym domu.

Wracając jednak do tych przyjemniejszych aspektów płyty, to pierwszy plusik stoi przy zawadiackim utworze Anywhere. Tutaj, dla odmiany, już od pierwszych dźwięków czuć fantastyczny groove, dzięki kapitalnemu riffowi z intro. W późniejszej części towarzystwo się rozrasta i do gitary dołączają gary – i to nie byle jakie gary. Nadają one sensu całej piosence, prowadząc melodię po kolejnych taktach na pięciolinii. W prawdzie wokal nadal nie jest tak ognisty, jak mógłby być, lecz w porównaniu z innymi o wiele bardziej mdłymi zwrotkami, tutaj komfort słuchania jest zupełnie inny. A może to ten tekst?

Numer dwa na liście „dobre strony Young as the Morning(…)” to Fool’s Gold. Tu również oznaką czegoś miłego jest niestandardowy start. Grane brzdąknięcia nie są przypadkowe, wszystko jest dawkowane w odpowiednich proporcjach, a klimat utworu potrafi się bardzo płynnie zmienić. To właśnie te muśnięcia strun stanowią prawdziwą opowieść, dzięki której nie musimy zwracać uwagi na banalny tekst o miłości.

Cała reszta płyty jest natomiast po prostu nijaka. Brak koncepcji na całokształt to jedno, ale denna otoczka poszczególnych utworów to zupełnie inna sprawa. Brak tej płycie jaj, pazura czy innych narządów, które stanowiłyby o jej sile. Dwie dobre piosenki w starciu z ośmioma przeciętnościami to wynik mocno średni, tym bardziej, że Passengera stać na wydanie dobrego materiału (patrz All the Little Lights oraz Whispers). Niestety – nie tym razem. Czas ruszyć do innej karczmy, panie Rosenberg.

ŚREDNIA OCENA WYBRANYCH REDAKTORÓW

Michał Szum
5/10
Katarzyna Turowicz
9/10
Dorota Kutnik
8/10
Łukasz Tworzewski
7.5/10
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNowy teledysk: Rizzle Kicks – Slurp!
Następny artykułNowa kompozycja od Stinga
Michał Szum
Pasjonat muzyki, wielbiciel sportu, miłośnik nauki, kucharz amator. W wolnych chwilach publicysta na All About Music :)