Dział Publicystyka Orange Warsaw Festival 2015 - dzień 2. Relacja Łukasza Jaćkiewicza i zdjęcia...

Orange Warsaw Festival 2015 – dzień 2. Relacja Łukasza Jaćkiewicza i zdjęcia Jakuba Molina

Zawiedzeni ulewnymi deszczami poprzedniego dnia, ale wciąż z uśmiechem na twarzy, powróciliśmy na Tor Służewiec. Z czysto teoretycznego punktu widzenia, line-up zapowiadał nam się tego dnia o wiele ciekawiej. A jak było? O tym przekonacie się poniżej.

Dzień festiwalowy rozpoczęliśmy wraz z zespołem Palma Violets. Zespół nieszczególnie zapadł mi w pamięci, a pod sceną były prawdziwe pustki. No właśnie… Małą ilość ludzi było szczególnie widać podczas drugiego dnia festiwalu. Nawet najbardziej oczekiwane koncerty dnia świeciły pustkami i dalekie były od wielkiej frekwencji. Przykro było patrzeć, gdy zagraniczni artyści grali dla garstki ludzi i pewnie wyrabiali sobie o nas zdanie. Uratowała nas chyba właśnie tylko ta grupka ludzi, która wiwatowała, krzyczała, śpiewała i klaskała z całych sił. Nasz honor został chyba uratowany.

Patriotycznie poszliśmy odwiedzić także polskie zespoły. Jako pierwszy wybraliśmy zespół Kamp!, z którym nie udało nam się spotkać w trakcie trwania ich ostatniej trasy koncertowej. To kolejny przypadek polskiego zespołu, który nie brzmi typowo polsko, ich muzykę można zaliczyć do wysokiej półki młodego pokolenia alternatywnego. Wszystko się tu zgadza – i muzyka, i głos wokalisty i charyzma, której nie w sposób im odmówić. To zespół, który zdecydowanie zasługuje na więcej rozgłosu.

Mniej więcej w połowie ich koncertu, szybko przeszliśmy na Orange Stage. Tam już grał uwielbiany przeze mnie zespół Łąki Łan, z którym spotykałem się już kilkukrotnie. To najbardziej kolorowy, wesoły, energiczny i nieziemski zespół w polskim muzycznym showbiznesie. To rzadki przypadek, gdy ludzie nie słuchający takiej stylistyki na co dzień, dobrze się bawią. Mimo, ze zespół nie wydał jeszcze nowej płyty, miło było ponownie posłuchać ich największych przebojów, z których płynie jeden wielki przekaz – bawcie się!

Kolejnym punktem tego dnia był Organek wraz z zespołem. W tym przypadku jednak udało mi się być na zaledwie dwóch piosenkach, gdyż na Orange Stage swój występ rozpoczynała zjawiskowa Paloma Faith. Wracając jednak do Palomy, był to jeden z najbardziej wyczekiwanych koncertów całego festiwalu. W niecałą godzinę, udało jej się zachwycić każdego pod sceną, nikt nie stał i nie nudził się jej występem. Wokalistka zabrała ze sobą świetny zespół oraz trzy (a raczej już prawie cztery! – jedna pani była w zaawansowanej ciąży) chórzystki, zniewalające z nóg swoim wyglądem i czarnymi głosami. Brytyjka zaśpiewała wszystkie najlepsze piosenki z ostatniego albumu A Perfect Contradition z Can’t Rely On You, Mouth on Mouth, Only Love Can Hurt Like This i Take Me na czele. Nie zabrakło też utworu Changing nagranego z Sigmą, gdzie cała publiczność śpiewała wraz z nią z całych sił frazę „Oooo oooo ooo”. Styl retro idealnie pasował do tego festiwalu i był niezłą odskocznią. Co ciekawe, jej głos ani na chwilę nie stał się inny niż na wersjach studyjnych piosenek. Często był on jeszcze lepszy, często zaskakiwał nas swoimi możliwościami. Ten koncert to prawdziwa bomba energetyczna i nie wyobrażam sobie, abym w przyszłości nie odwiedził Palomy ponownie.

Tuż po 20. po raz drugi na tym festiwalu pojawiła się Kasia Nosowska, tym razem jednak w wersji solowej. Ubrana tym razem w kolorze (choć zawsze kojarzyła mi się z czernią) wyglądała cudownie. Od pierwszych dźwięków muzyki i pierwszych wersach piosenki zakochałem się w niej ponownie. Żałuję jednak, że nie mogłem być na całości, kilkadziesiąt minut później na głównej scenie swój występ miał dać jedyny w swoim rodzaju Big Sean. Był to jego pierwszy występ w naszym kraju, a jego wrażenia z pobytu w naszym kraju będziecie mogli już niedługo obejrzeć w przygotowanym przez Vevo programie „Mój pierwszy raz w Polsce”. Big Sean udowodnił nam, że jest na TOPie i tym samym wpisuje się w czołówkę najlepszych raperów na naszym globie. Ma niezłe flow, z szybkością światła wypowiada kolejne wersy utworów i… czaruje wszystkie napotkane kobiety. Nie stoi w miejscu, z daleka czuć jego energię i radość z tego, co robi. Może jestem zaślepiony amerykańskim hip hopem, ale to po prostu było to coś niesamowitego!

Zniewalający występ dała nam również FKA twigs. Czytając komentarze internautów po jej pierwszym koncercie w naszym kraju, czuło się niedosyt. Tego wieczoru jednak wszystko było na swoim miejscu. Brytyjka stworzyła istne miejsce kultu, przedstawienie, spektakl – sam nie wiem jak to określić. Było to wszystko – od niezłej gry świateł i efektów specjalnych, poprzez brzmienie i spektakularny wokal. Na plus zasługuje tez ogólny look – FKA twigs wyglądała nieziemsko, a jej taniec był niezwykle sensualny. Strach pomyśleć, jakie show da nam za kilka lat, jeśli robi takie postępy w przeciągu kilku miesięcy. Byłem w transie…

Zwieńczeniem dnia na dużej scenie był set producencki Marka Ronsona, którym bardzo się zawiodłem. Brytyjczyk zaprezentował nam przekrojówkę całej swojej kariery i utwory innych artystów, które zmiksował. Miałem jednak nadzieję, ze skupi się na promocji nowej płyty. A tak usłyszeliśmy inną wersję Uptown Funk z hiphopowymi wstawkami, Feel Right i nie w sposób przypomnieć sobie czy coś jeszcze… Podobało mi się za to zremiksowane Bitch Better Have My Money Rihanny. Szkoda, że Mark nie zatrudni sobie kilku wokalistów w stylu Mystikal, Kevina Parkera czy Andrew Wyatta, którzy z powodzeniem mogliby zaśpiewać wszystkie jego producenckie cacka. Mógłby wziąć przykład z kwartetu Rudimental, byłoby o wiele ciekawiej. Trzeba jednak przyznać, że wszyscy bawili się przednio, a przy elektronicznej muzyce bawi się wielu.

Zdjęcia autorstwa Jakuba Molina



























Łukasz Jaćkiewicz
Fan muzyki alternatywnej, dobrego bitu i niespotykanej wrażliwości. Szukający nowych wrażeń, alternatywnych perełek i ludzi z pasją. Najbliższe są mu klimaty R&B, ale jest otwarty na wiele innych, ciekawych gatunków.

Popularne