Orange Warsaw Festival 2017 – 7 plusów i 3 minusy

Orange Warsaw Festival 2017 za nami. Opublikowaliśmy już nasze fotorelacje z wybranych koncertów, teraz czas na ostateczne podsumowanie. Co grało, a co nie? Sprawdźcie.

PLUSY

1. Imagine Dragons

Zdecydowanie największymi wygranymi dwudniowego Orange Warsaw Festival 2017 był koncert zespołu Imagine Dragons. Najbardziej dynamiczny, żywiołowy, najciekawszy. Znakomity kontakt z publicznością, doskonała setlista i nawet chory głos Dana brzmiał niezwykle dobrze. Believer na żywo robi dużo lepsze wrażenie niż Radioactive.

2. Years & Years

Nie zawiedli również Years & Years. Jak zwykle kochani przez fanów wykonali swoje największe przeboje plus kilka nowości. Olly obiecał, że wkrótce do nas wrócą z nową muzyką, a Polska będzie jednym z pierwszych krajów podczas nowej trasy koncertowej.

3. Martin Garrix

Sporym zaskoczeniem był dla mnie występ Martina Garrixa. Nigdy nie byłem na widowiskach tego typu, a tu taka niespodzianka. Znakomity dobór utworów, wizualizacja, światła, lasery i czego tam jeszcze nie było. Naprawdę nie dało się stać w miejscu.

4. Polska reprezentacja

Organizatorzy festiwalu nie zapomnieli oczywiście o polskich artystach, a tu nie brano byle kogo, a samą śmietankę. Natalia Nykiel, Daria Zawiałow, Miuosh czy Maria Peszek to artyści przez duże A, czego pokaz dali podczas swoich koncertów.

5. Miejsce

Tor Wyścigów Konnych Służewiec bardzo dobrze sprawuje się jako miejsce festiwalu. Trzy lata temu byłem na Orange Warsaw Festival, gdy odbywał się jeszcze na Stadionie Narodowym. Mimo znakomitej lokalizacji (centrum Warszawy) niestety samo miejsce nie grało dobrze. Akustyka narodowego jest koszmarna, a to przekładało się na jakość koncertów. Miejsca było mniej. Wszystko miało dziwny, mniej przyjazny klimat. Teraz jest wszystko w jednym, znakomitym miejscu. Lepiej być nie może.

[su_row][su_column size=”1/2″]fot. Łukasz Mantiuk[/su_column][su_column size=”1/2″]fot. Łukasz Mantiuk[/su_column][/su_row]

[su_row][su_column size=”1/2″]fot. Łukasz Mantiuk[/su_column][su_column size=”1/2″]fot. Łukasz Mantiuk[/su_column][/su_row]

fot. Łukasz Mantiuk

6. Komunikacja miejsca

Brawa również dla samego miasta Warszawa i jego zaangażowania w wydarzenie. Komunikacja miejsca była bezpłatna dla wszystkich festiwalowiczów z opaskami, a po koncertach od 23 bez przerwy kursowały autobusy, dowoziły uczestników do najbliższe stacji metra. To już standard na wydarzeniach tego typu w każdym większym mieście, nie mniej jednak zawsze warto podkreślić, że jest to miłe, ważne i niezbędne.

7. Pogoda

Coś na co nie miał wpływu organizator, ale co też było plusem. Znakomita pogoda! Jeśli chodzi o moje prywatne odczucia – była idealna. Nie było ani za zimno, ani zbyt gorąco, pod wieczór robiło się ciut chłodniej, ale dzięki temu zdarzyły się dwie rzeczy, a) nie śmierdziało od ludzi, którzy się dobrze bawili; b) można było skupić się na koncertach, a nie na tym, że jest Ci tak gorąco, że nie wiesz co ze sobą zrobić (to czasami zdarza się podczas Openera, który jest na początku lipca).

MINUSY

1. Ilość food trucków i toalet

Niestety, między koncertami, gdy chciało się coś zjeść albo załatwić potrzeby fizjologiczne było to bardzo trudne. Ilość foodtracków i miejsc z jedzeniem była spora, ale nadal nie zbyt wystarczająca. W niektórych miejscach czekało się po godzinę na jedzenie. Na samo jedzenie – nie wspominam o tym, jak długie były kolejki i ile się w nich najpierw stało, nim w ogóle doszło do zamówienia czegokolwiek.

Wydaje mi się, że miejsce na dodatkowe foodtracki by się znalazło, było kilka takich niewykorzystanych zakątków.

fot. Łukasz Mantiuk

2. Gdzie usiąść, gdzie odpocząć?

Kolejny słaby punkt festiwalu do miejsca do siedzenia. Wiadomo, że jak się je, czy czeka na kolejny koncert, chciałoby się gdzieś przysiąść. Było kilka ciekawych miejsc, zaaranżowanych stref czilu, jednak miejsc do siedzenia było tam tyle, co kot napłakał. Moim zdaniem leżaki, ławki, pufy, sofy powinny być dosłownie wszędzie. Przecież nikt tego nie wyniesie, nie ukradnie. Miejsca było, samych siedzisk nie. Szkoda.

fot. Łukasz Mantiuk

3. Kings of Leon

Niestety, był to mój trzeci koncert zespołu Kings of Leon w życiu i moje odczucia się nie zmieniły. Kocham ich muzykę, kocham ich płyty, niestety na żywo coś nie gra. Brakuje tej magii, tego kontaktu z publicznością (którą ma np. Imagine Dragons). Setlista również – może na największych fanach robi wrażenie (granie wczesnych kawałków, perełek itp.), jednak jest bardzo monotonna, jednostajna. Zdarza się zagranie 3-4 piosenek stylistycznie podobnych do siebie pod rząd. Moja miłość do zespołu się nie zmieni i pewnie gdy będę miał okazję iść na koncert numer cztery, to pójdę, jednak wciąż liczę na jakąś poprawę.

3 Replies to “Orange Warsaw Festival 2017 – 7 plusów i 3 minusy”

Możliwość komentowania jest wyłączona.