Nikomu z nas nie jest obce pojęcie muzyki elektronicznej, która święci dziś triumfy, ale czy ktoś kiedyś zadał sobie pytanie – kiedy to wszystko się zaczęło? Dzisiejszy odcinek jest specjalny – poświęcony tylko jednemu twórcy. Jest to człowiek, który wyprzedził swoją epokę i  jako jeden z pierwszych otworzył drzwi polskiej muzyki elektronicznej. Eugeniusz Rudnik – zmarł 24 października.

Ta historia zaczyna się w 1932 roku w małej miejscowości położonej nad rzeką Liwiec. W Nadkolu, bo o tym miejscu mowa, na świat przychodzi chłopiec, a rodzice nadają mu imię Eugeniusz. W tym dniu jeszcze nikt nie wie, że ten mały chłopiec stanie się wielkim kompozytorem muzyki awangardowej. Tym bardziej nie wie o tym sam noworodek, tak jak nie wie o tym, że jego krzyk, w ujęciu wydawanych przez człowieka dźwięków, stanie się zalążkiem do stworzenia dużej części dzieł w bogatej twórczości artysty. Bo przecież, jak sam stwierdził w rozmowie z Zuzanną Solakiewicz – reżyserską filmu 15 stron świata, którego bohaterem jest kompozytor, w ludzkim głosie kryje się wszystko, kryje się Bóg.

Przenieśmy się do 1955 roku. W wyniku splotu wydarzeń i tzw. bycia w odpowiednim czasie na odpowiednim miejscu, Eugeniusz Rudnik trafia do Polskiego Radia. Co prawda jest to z początku praca w roli nadzorcy radiowych hydraulików, stolarzy i malarzy, ale szybki awans jest nieunikniony. W dwa lata po pojawieniu się artysty w rozgłośni, do życia zostaje powołane Studio Eksperymentalne Polskiego Radia. Nie trudno się domyślić, że już wkrótce jednym z jego czołowych przedstawicieli stanie się Rudnik, który dołączył do niego w rok po powstaniu.

Metoda pracy Eugeniusz Rudnika była z pozoru prosta – biorę nikomu niepotrzebne skrawki nagrań, w ręku trzymam moje podstawowe narzędzie pracy czyli nożyczki, tnę i sklejam owe fragmenty tworząc nową całość, po drodze deformując elektronicznie wybrane dźwięki. Dlaczego piszę, że owa metoda była z pozoru łatwa? Wystarczy wyobrazić sobie jak wielką pracę trzeba było wykonać przy komponowaniu chociażby utworu Sekunda wielka, który trwa niespełna dwadzieścia siedem minut. Co najważniejsze – autor był tej technice wierny aż do samej śmierci. Ale jeszcze nim ona nadeszła otrzymaliśmy ponad siedemdziesiąt dzieł samodzielnych, ogrom muzyki do Teatru Telewizji i Teatru Polskiego Radia, oraz prawie trzysta kompozycji do filmów.

Na całe szczęście twórczość Rudnika nie przeszła bez echa – stało się wręcz przeciwnie. Kompozytor regularnie gościł na scenach przyjmując rolę odbierającego nagrody – te krajowe, ale również międzynarodowe. Oczywiście nie sposób wymienić wszystkich, ale wśród tych najważniejszych znajdują się z pewnością: Prix Italia za muzykę do filmu Gry w reżyserii Conrada Drzewieckiego (1970), I nagroda na Międzynarodowym Konkursie Muzyki Elektroakustycznej w Bourges za Mobile (1972), nagroda za Dixi na I Międzynarodowym Konkursie Muzyki Elektronicznej w Hanoverze (1968), czy w końcu Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (2002). Jego dokonania były docenianie nie tylko przez środowiska związane z awangardą, o czym może świadczyć fakt, że regularnym gościem Rudnika był chociażby Krzysztof Penderecki.

Mimo tak wielkiego dorobku nie znajdziemy na półkach sklepowych wielu płyt z nazwiskiem dzisiejszego bohatera – jego jedyna, oficjalna płyta, oprócz monografii Polskiego Radia, wydana została dopiero w 2014 roku, a zatytułowana jest ERdada na taśmę. W takim razie, co nam pozostało po Eugeniuszu Rudniku? Otóż z pomocą nadchodzi internet, który obfituje w dzieła mistrza – jest równie rewolucyjny co jego twórczość, nieprawdaż? Ot taki uśmiech losu. Poza tym jego twórczość nigdy nie zginie, bo przecież słyszymy ją, choć nieświadomie, każdego dnia – bo, gdzie byłaby dzisiejsza muzyka elektroniczna bez Rudnika? Długo myślałem nad puentą i postanowiłem oddać głos mistrzowi – na koniec słowa, które uważam za klucz do pojmowania niełatwej muzyki, którą nam zostawił.

Utwór ma sprawiać wrażenie deformacji ciszy, jak kryształ deformuje przestrzeń, gdy się przez niego patrzy.