Kiedy boysband One Direction ogłosił przerwę w swojej działalności, raczej do przewidzenia było, że każdy z członków poświęci swój czas na solową twórczość. Na pierwszy ogień poszedł Zayn, który opuścił grupę już wcześniej i wydał całkiem udany album Mind of Mine, utrzymany w gatunku R&B. Swoim imiennym krążkiem zaskoczył pozytywnie Harry Styles, ukazując na nim swoją dojrzałość. Najmniej oryginalnie przedstawiają się na razie Liam Payne Louis Tomlinson, których single są po prostu typowo radiowe. Po bohaterze dzisiejszej recenzji spodziewać można się było folkowej, łagodnej stylistyki. Sprawdźmy więc, jaki w rzeczywistości jest Flicker Nialla Horana.

Debiut irlandzkiego wokalisty zapowiadały trzy utwory – kolejno: This Town, Slow Hands oraz Too Much to Ask. Najchętniej wracam do tego pierwszego, będącego akustyczną, delikatną balladą sprawiającą wrażenie szczerej i osobistej. Nic dziwnego, że kiedy usłyszałam zupełnie inne od niej Slow Hands, byłam zawiedziona. Dziś patrzę na tę kompozycję bardziej przychylnie. Wciąż ciężko mi się nią zachwycać (szczególnie nie podoba mi się jakby wstawiony na siłę bridge), ale słucha się jej całkiem przyjemnie. Najbardziej blado wypada z tej trójki mało oryginalne Too Much to Ask, brzmiące jak gdyby zostało trochę zainspirowane twórczością Eda Sheerana. 

Kiedy odtworzyłam Flicker po raz pierwszy, byłam trochę zdezorientowana. Otwierające ten krążek On The Loose jest utworem, którego najmniej się mogłam od Nialla Horana spodziewać – szkoda, że w tym negatywnym sensie. To bowiem piosenka typowo radiowa, okrojona, mało ciekawa. Na szczęście nie jest to cechą całego wydawnictwa, które mimo wszystko trzyma się folkowego klimatu. Stąd też uważam, że płyta poradziłaby sobie bez On The Loose i równie dobrze mogłaby zacząć się od This Town – album niewiele by na tym stracił, a nawet zyskał większą spójność.

Całkiem miło słucha się za to Seeing Blind – utworu w stylu country, gdzie usłyszeć możemy wokalistkę Maren Morris, której przyjemny głos dobrze wpasowuje się w klimat kompozycji. Nieźle przedstawia się też ballada Paper Houses, czy Fire Away, przypominające mi to, co proponuje nam Passenger, natomiast zwrotki przywołują na myśl Two Ghosts Harry’ego Stylesa. Obojętnie przechodzę obok zamykającego album You And Me. 

Obok On The Loose, znalazł się na Flicker jeszcze jeden słaby punkt – Since We’re Alone. Nie potrafię przekonać się do tej kompozycji, która przypomina mi to, co serwowało nam One Direction – w szczególności na krążku Four (mam tu na myśli takie piosenki jak Fool’s Gold czy Fireproof). Gdybym miała natomiast wskazać utwór, w moim odczuciu najlepszy na wydawnictwie, wybrałabym kompozycję tytułową. Najbardziej klimatyczną, nienachalną, cichą, po prostu – udaną.

Sięgając po Flicker nie miałam co do Nialla wygórowanych oczekiwań – właściwie dostałam to, czego w większości się spodziewałam. Debiut wokalisty to album mało zaskakujący, mało odkrywczy, choć całkiem przyjemny. To płyta dla raczej niewymagających wiele słuchaczy, którzy lubią nienarzucające się, akustyczne kompozycje. Brakuje tutaj odchylenia od pewnych schematów, brakuje trochę więcej odwagi, oryginalności, nieszablonowości, zdecydowania. Jak na razie zbyt dużo słychać tu inspiracji innymi artystami, co czyni muzykę Nialla Horana mało wyrazistą i sprawia, że nie potrafię zachwycić się jego krążkiem. Liczę jednak, że z czasem się odnajdzie i kończąc słuchanie jego albumów będę mogła powiedzieć: „To była dobra płyta”. Na razie uważam, że jest po prostu w porządku.