W 2014 r. Natalia Nykiel sprytnie zauważyła, że na polskim rynku fonograficznym brakuje artystów, którzy w dobry sposób potrafią połączyć elektroniczne brzmienia z muzyką komercyjną. Tym sposobem, w tym samym roku, za sprawą „Lupus Electro” wokalistka nie tylko wprowadziła świeżość do rozgłośni radiowych, ale także zaspokoiła ich żądnych nowości słuchaczy. Z debiutanckiej płyty wycisnęła wszystkie soki i w końcu zdecydowała się na wydanie drugiego albumu o obiecującym tytule „Discordia”.

Debiutancki album Lupus Electro był swojego rodzaju próbnym balonem, za pomocą którego Natalia Nykiel nie tyle chciała sprawdzić co gra jej w duszy, tylko określić czy przeciętny Kowalski jest gotowy na przyswojenie tego typu muzyki. Z każdym kolejnym, nowym singlem pokazywała, że dojrzewa muzycznie oraz kierunkuje swoją twórczość w stronę odważnych brzmień charakterystycznych dla muzyki elektronicznej – wciąż pozostając przy tym przyjazną rozgłośniom radiowym.

I to właśnie odróżnia Natalię od innych artystów młodego pokolenia. Nykiel nie stoi w miejscu, rozwija się, poszukuje nowych brzmień i inspiracji oraz wciąż zaskakuje słuchaczy. Discordia to niecałkowite zerwanie z popowymi aranżacjami, które mogliśmy znaleźć na debiucie i zwrot ku odważnym dźwiękom, które z komercją mają niewiele wspólnego. Za sprawą tej płyty artystka pokazała, że nie jest typowym produktem wystawionym na sprzedaż, ma nie tylko pomysł na siebie, ale również na swoją twórczość. Tym albumem dodatkowo utarła nosa wszystkim, którzy myśleli, że jest to nic niewnosząca postać na rynku muzycznym.

W podróż po Discordii zaprasza ciężka i mocna Fala, w której usłyszymy więcej klubowego, ale wciąż surowego instrumentalu niż śpiewu – choć trzeba podkreślic, że dłuższe partie wokalne artystki w połączeniu z odważną, postępową elektroniką wbrew pozorom wypadają fenomenalnie. W podobnej aranżacji utrzymany jest Total Błękit, w którym apetyt zaspokaja zimny wokal i zniekształcony krzyk, który podobnie jak w Spokoju perfekcyjnie uzupełnia się z głośną warstwą muzyczną.

Twoja twarz, gęstniejąca w oczekiwaniu by
Znów w monologu trwać
Bardzo chcesz, koniecznie musisz opowiedzieć mi
Z siebie relację zdać
Przyszłość już na ciebie czeka, może idź
Nie możesz spóźnić się
Nie chcę wciąż słuchać reklam, nie chcę tkwić
W targecie gdzieś

Trudno stwierdzić czy Natalia Nykiel do końca wyszła ze strefy komfortu w momencie kiedy zaczniemy słuchać Staminy. To bezpieczna kompozycja, która pomimo obiecującego wstępu, wypada słabo i podstawowo – i tym samym nie wnosi nic, do imponującej płyty. To jedyny defekt na Discordii. Piosenka po prostu jest. Nie ma w sobie niczego wyjątkowego i ginie w tłumie genialnych produkcji i kompozycji.

Pośród przepełnionej buczeniem, świstami i gwizdami – Give Me Some More czy Fala, głębokimi i bardziej przyziemnymi bitami oraz syntezatorami Discordii, znalazło się trochę miejsca dla spokojnej, wrażliwej i emocjonalnej Natalii, ujawniającej się chociażby w Pokoju 5. Lekko przygaszona, stonowana warstwa muzyczna ustępuje miejsca wokalowi artystki. Dość ryzykownie zestawię obok Nadmiar, którego melodia, utrzymana w magicznym klimacie, ociera się o synthpopowe brzmienia. Pozytywny akcent stanowi również I’m Fine, gdzie gościnnie udziela się wokalista Clock MachineIgor Walaszek. Chłopak pomimo, że pojawia się na chwilę, stwarza przyjemną atmosferę.

To discordia nie tylko z tytułu. Na wszystkich czeka tu prawdziwy chaos, w który paradoksalnie wpisuje się porządek. To ogromny krok – albo nawet i skok, do przodu. Natalia zostawiła swoich kolegów z branży daleko w tyle oraz powoli, ale konsekwentnie, zaczęła wysuwać się na pozycję prekursorki polskiej muzyki electro. Discordia pokazała ogromną świadomość i dojrzałość muzyczną artystki. Powiedzenie „Nie liczy się ilość, tylko jakość” idealnie sprawdza się na przykładzie Nykiel. Przez trzy lata wokalistka mogła wydać dwa dobre albumy, a wydała jeden – świetny.