Mike Oldfield - Return to Ommadawn
  • Data premiery:
    20 01 2017
  • Wytwórnia:
    Virgin EMI
  • Gatunek:
    rock progresywny / world music / folk rock
  • Single:
    -
Najlepsze utwory:
-
Najsłabsze utwory:
-

O muzycznych powrotach do korzeni można dyskutować godzinami. Słuszne czy nie – są istotnym punktem w dyskografii artystów, czy też raczej zwykłym odcinaniem kuponów od nagrań z przeszłości? Czy spełniają pokładane w nich oczekiwania wiernych fanów? Można się spierać nad ich sensem, ale jedno jest pewne – nie bez powodu muzycy sięgają do swoich dawnych dokonań. Z przeszłości czerpie też Mike Oldfield. Albumem Return To Ommadawn udowadnia, że takie powroty jednak mogą brzmieć świeżo i ciekawie.

Tak sobie myślę, że niełatwo jest być Mike’m Oldfieldem. Brytyjski muzyk zadebiutował w 1973 roku słynnym albumem Tubular Bells (który osobiście uważam za najważniejszą płytę mojego dzieciństwa, o ile nie życia) – jego złote czasy to krążki Five Miles Out, Amarok, Voyager czy Ommadawn. Oprócz „dzwonów rurowych” właśnie ten ostatni jest szczególnie doceniany przez fanów i krytyków. Nagranie jego kontynuacji po ponad 40 latach to niemałe wyzwanie, któremu sprostałoby niewielu muzyków. Oldfield je podjął, odkopał dawne taśmy, a efektem jest właśnie krążek Return to Ommadawn. Czy jest do czego wracać? Z miłym zaskoczeniem odpowiadam, że tak – nawet mimo zarzutów o wtórność i powtarzalność.

Oldfield nieraz stawiał sobie wysoko poprzeczkę jako kompozytor oraz multiinstrumentalista – a tym razem nie było inaczej. Zachował styl i klimat dawnych nagrań, a jednocześnie zadbał o to, by nie kopiować ich w sposób dosłowny. Return to Ommadawn to zarazem coś starego i coś nowego – takie połączenia mogą być udane, ale trzeba umiejętnie z nich korzystać. Oldfield to potrafi. Z jednej strony mamy tytułowy „powrót”, czerpanie inspiracji z tej kultowej płyty, więc brzmienie Ommadawn naturalnie wplata się między nowe kompozycje. Z drugiej – krążek zdaje się być nieco bardziej spójny i przemyślany; wciąż zostawia jednak spore pole do improwizacji i momentami zaskakujących brzmień. Nie ma na nim przesadnych dłużyzn czy momentami infantylnego, folkowego „pipczenia”. To płyta bogata w różne, czasem bardzo skrajne elementy, ale podane są one w zgrabnej formie. „Bezpieczna przystań” dla brytyjskiego muzyka? Może i tak, ale jaka przyjemna w odbiorze.

Przyznam, że spodobał mi się Return to Ommadawn. Ten album ma ciepły, miły dla ucha klimat i zgrabnie kontynuuje tematy z pierwszego krążka; niespełna 45 minut to dobrze spędzony z muzyką czas. Połączenie starego i nowego widać już na pierwszy rzut oka – Oldfield postanowił ponownie wykorzystać formułę znaną z płyt winylowych i podzielić materiał na dwie kompozycje. Na Return to Ommadawn nie pojawiają się więc utwory w formie „piosenkowej” (od 2 do maksymalnie 5,5 minuty), ale poszczególne partie są ze sobą zgrabnie połączone w spójny, dopracowany continuous mix. Oldfield postanowił wykorzystać większość instrumentów, z których korzystał podczas pierwszej płyty. Pojawiają się więc różne rodzaje gitar (w tym flamenco, mandolina, banjo czy ukulele), organy Hammonda, bębny, celtycka harfa czy flety. Momentami słychać chórki i subtelne wokale z czasów krążka Amarok (nomen omen, płyta ta pierwotnie miała nosić tytuł Ommadawn II); kiedy indziej ujawniają się new age’owe zapędy Oldfielda z albumów Tr3s Lunas czy Music of the Spheres, ale na tle całego brzmienia wcale nie ma ich aż tak dużo. W drugiej części Return To Ommadawn można nawet usłyszeć subtelną wariację na temat słynnego zakończenia Tubular Bells, Part I – tę podobną linię melodyczną zauważy każdy, kto wychowywał się na dzwonach rurowych.

Folk, rock, powrót do dawnych, eksperymentalnych klimatów – ot, niezła i sympatyczna w odbiorze płyta. Wierni fani Oldfielda z pewnością będą zachwyceni Return To Ommadawn, bo to zgrabna i po prostu fajna kontynuacja muzyki, którą znają i lubią. Malkontenci i ci bardziej wybredni posłuchają, pokręcą nosem i rzucą krążek w kąt; może jednak po czasie wrócą do niej i odkryją na nowo. Ja jestem gdzieś pomiędzy – płyta mi się podoba i uważam ją za udane nawiązanie do Ommadawn. Takie powroty lubię, panie Oldfield!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułUtwór Tygodnia 188 (13.03. – 19.03.)
Następny artykułEd Sheeran z premierowymi piosenkami na żywo
Agata Omelańska
Choć jestem wzrokowcem, mój świat przede wszystkim brzmi dźwiękami. Słucham dużo, różnie i czasem w zadziwiających połączeniach; nie słucham tylko gdy śpię, ale i tak przez sen słyszę muzykę. Jestem sportowym duchem, interesuję się brandingiem i popkulturą. Nie pogardzę dobrym rave'm.