Fot. Katarzyna Rainka

Mieliśmy rozmawiać o nowej płycie. Mieliśmy, bo Michał Urbaniak, tak jak w muzyce, okazał się być człowiekiem wykraczającym poza wszelkie istniejące ramy. O karierze takiej jak jego marzą kolejne pokolenia muzyków. On daje im szansę, wspomina swoje początki, ale nie zapomina o buncie. I jazzie.

Katarzyna Turowicz: Jaka jest Pana definicja fusion?

Michał Urbaniak: Jazz, cała muzyka rytmiczna to jest fusion. Afrykańczycy przyjechali do Stanów i śpiewali – kiedy chodzili do kościoła – gospel, a na plantacjach był blues. Potem przybywali do większych miast i tam pojawiała się już muzyka europejska. To była pierwsza fuzja, stąd wziął się jazz nowoorleański. Oczywiście jazz zawsze był, jest i zawsze pozostanie muzyką zabawy, a z drugiej strony muzyką wolności i każdy z tych rodzajów, podgatunków po drodze to jest gdzieś muzyka protestu i wolności, radości. W latach ’20, w czasie prohibicji w Stanach Zjednoczonych, grało się to w domach publicznych przy nielegalnym alkoholu i tam były te zabawy, szaleństwa. Poza tym jazz to jedyna dziedzina sztuki, która oryginalnie powstała w Stanach. Dzisiaj jest oczywiście bardzo umiędzynarodowiona, są różne odmiany – od Indii przez Bułgarię, Węgry, Polskę, ale też Skandynawię, Anglię i tak dalej. Jest to światowy fenomen, który nigdy nie zginie. W ogóle gdyby z muzyki tzw. nie jazzowej, czyli popowej, wyjąć z elementy jazzu, mielibyśmy strasznie nudną muzykę.

Można powiedzieć, że jazz to początek muzyki.

Absolutnie tak. Ja ją nazywam muzyką rytmiczną zwaną jazzem. Rytm jest ważny, bo w przeciwnym wypadku mamy muzykę brzmiącą jak jazz i dużo takiej muzyki, niestety, zepsuło publiczność – i w Europie, i w wielu innych miejscach świata. Przez to mówiło się o kryzysie jazzu, ale ja mam na to odpowiedź: „jazz zawsze był, jest i będzie”. To jest naprawdę jedyna muzyka w tej czy innej formie, która dla mnie będzie na zawsze.

W książeczce do Pana najnowszej płyty czytamy, że „Beats&Pieces” „jest zapisem wspólnego muzykowania Mistrza z uczniami”. Czy dziś czuje się Pan mistrzem?

Nie, zupełnie nie. Nagrywając tę płytę czasami czułem się odmładzany, a czasami czuję się tak sam, nie zdając sobie z tego sprawy, w momentach zapomnienia. Rzeczywiście jako wodnik strasznie lubię nowe, świeże rzeczy. Bardzo lubię dobry rytm. Chyba właśnie dlatego w pewnym sensie zdradziłem, choć nie planowałem tego robić, muzykę klasyczną, byłem wirtuozem. Chciałem to pogodzić – skrzypce do muzyki klasycznej, a saksofon do jazzu. Z początku trochę mi się to udawało, ale saksofon, a potem skrzypce, wzięły górę. Czuję się młodo dzięki temu, że gram jazz.

Pan również miał swoich mistrzów. Jakie wartości oni zaszczepili w Panu jako artyście?

Było ich paru. Na pewno Miles Davis, gitarzyści Wes Montgomery czy George Benson, z którym się przyjaźnię, fenomenalny Marcus Miller, nieżyjący już Jaco Pastorius i można by tak wymieniać dalej. Z Quincy Jonesem, który jest bardzo otwartym człowiekiem, miałem wielką przyjemność uczestniczyć w nagrywaniu trzech czy czterech płyt w Nowym Jorku. Ja chyba po prostu miałem w życiu szczęście, bo poznałem tylu znakomitych muzyków i mogłem z nimi grać. Jedną z pierwszych kapel, w których grałem, czego dziś sobie nie wyobrażam, był Oliver Nelson’s Big Band. Podczas jednego z koncertów wyszedłem z tenorem (saksofon tenorowy – przyp. KT) obok Freddiego Hubbarda, który był jeszcze pięć lat przed tym takim bogiem, że nie zdawałem sobie sprawy z tego, że kogoś takiego można tak po prostu spotkać. Między innymi dlatego powstała idea Urbanator Days – daję możliwość młodemu człowiekowi, który zna to wszystko, ten cały świat tylko z nagrań i tylko o nim marzy, i nagle może tam stanąć, i powiedzieć „cześć, gramy?”. No to gramy, i okazuje się, że on też może. Taka jest, była i będzie idea Urbanator Days.

To brzmi trochę jak spłata długu…

Tak, można tak powiedzieć, zdecydowanie.

Teraz zapytam nieco przewrotnie –  czego, podczas pracy nad „Beats&Pieces” nauczył się Pan od swoich uczniów?

Przede wszystkim w swojej pracy komponuję i korzystam przy tym z komputera od pierwszego dnia, od kiedy było to możliwe, w przeszłości chociażby z Commodore’a 64 czy Atari. To wszystko przerabiałem i przerabiam cały czas – programy, software idzie do przodu tak szybko, że czasami nie nadążam, więc kiedy spotkam kogoś, kto akurat nie ma tego bagażu 20-30 lat, który ja mam, ale jest świeży, to go podglądam, zamiast uczyć się przy instrukcjach. Kocham sampling, te wszystkie technologie nie są mi obce.

Przekazuje Pan swoją naukę i doświadczenie, i w pewnym sensie Pan również je otrzymuje.

Wydaje mi się, że tak, właściwie jestem tego pewny. Tym bardziej, że czasami korzystam z wiedzy czy porad niektórych młodszych kolegów w sprawach beatów, którzy mają swoje sample, swoje idee i tak dalej. To połączenie wychodzi, moim zdaniem, ciekawie. Zresztą wielu z tych młodych hip-hopowców czy raperów trochę się garnie do mnie, bo wiedzą, że może coś nowego z tego wyjdzie. Na przykład po ukończeniu tej płyty wpadło mi do głowy, że można by było zrobić coś na święta Bożego Narodzenia, bo od lat tego nie zrobiłem i wtedy pojawił się donGURALesko. Napisał tak genialny tekst, tak uniwersalny, który jest tak fantastyczny, że właściwie uważam, że zacząłem nową płytę, a tytuł zostanie zmieniony na jakiś nieświąteczny, bo to nie jest tak zupełnie bożonarodzeniowe.

Czym kierował się Pan w doborze artystów, którzy pojawili się na płycie?

Szczerze? Na pewno jakość, ale ważne było również to, kto był dostępny w danym momencie, bo było naprawdę dużo pomysłów, ale niektórzy spóźnili się na płytę. Chociażby donGURALesko mógł pojawić się na tym albumie. Mieliśmy fantastyczny koncert z raperami Wygą i Kasem, którzy razem nazywają się Afront, i chciałbym to powtórzyć. Po prostu rozpętała się burza tych urbanatorów i to będzie szło. Oprócz tego będę robił zespół jazzowo-akustyczny.

„Beats&Pieces”  to nie tylko synkretyzm gatunków, ale też niezwykła kombinacja muzyków, którzy wzięli udział w jej stworzeniu. Jak udało się Panu okiełznać cały ten buzujący żywioł?

To nie było łatwe. Przeważnie przy pomocy kolegów, to raz. Istotna była również pomoc wytwórni, która delikatnie sugerowała, że pora kończyć. Poza tym miałem przerwę w produkcjach, było za dużo pomysłów, za dużo materiału i jednak trzeba było zakończyć ten projekt. W związku z tym zostało z tego wiele na następny projekt. Poza tym proszę pamiętać, ze cały czas koncertuję.

Fot. Katarzyna Rainka

Jak Pan sądzi – ten eklektyzm w muzyce – łączenie gatunków, stylów, które słyszymy na „Beats&Pieces” to oznaka nowego trendu, czy dowód na to, że trendów nie ma?

Bóg stworzył muzykę, człowiek dzieli ją na kategorie. Z drugiej strony są dwa rodzaje płyt – płyty, przy których się siada i słucha je od początku do końca jak „Kind of Blue” Milesa Davisa, która według mnie jest jedną z najlepszych płyt w historii muzyki. Ale są też takie płyty i to w tym szybkim, nowym świecie, w którym nikt – tak naprawdę – nie ma czasu usiąść i wysłuchać godziny muzyki, dlatego też obawiałem się, że przy „Beats & Pieces” będzie straszny bałagan. Teraz myślę, że niezupełnie, bo tak czy inaczej te utwory będą funkcjonowały osobno.

Inicjatywa Urbanator Days istnieje już od kilkunastu lat. Wcześnie pojawiła się składanka, a „Beats & Pieces” jest właściwie pierwszym, kompletnym, pełnoprawnym albumem studyjnym inspirowanym duchem warsztatów. Skąd pomysł, by wydać płytę inspirowaną tą inicjatywą teraz?

Składanka rzeczywiście była stworzona spośród moich wybranych utworów. Została wydana w takim kartonikowym wydaniu i przede wszystkim służyła uczestnikom warsztatów jako bilet wstępu – była rozdawana, nie sprzedawana. Właściwie nie wiedziałem, dokąd to zaprowadzi. Nie mam żadnych tendencji czy ciągot pedagogicznych. Chodzi o to, że spotkałem tylu genialnych analfabetów, że uważałem, że dla tych ludzi trzeba coś zrobić. Mówiąc „analfabetów” mam na myśli kogoś, kto nie czyta nut, kocha muzykę, gra, ma pasję, ale nie wie, co z tym zrobić. Może przyjechać na warsztaty, zagrać z tym, z tamtym, zrobić razem utwór, na drugi dzień mamy koncert i to skutkuje. W tej chwili rozszerzamy Urbanator Days online. Będzie nie tylko Facebook i strona www, ale pojawią się też materiały, możliwość komunikacji.

Od dekad obserwuje Pan i współtworzy świat muzyki – łatwiej było debiutować, kiedy Pan rozpoczynał swoją karierę, czyli w latach ’60, czy dziś?

Odpowiem dosyć przewrotnie – bardzo podobnie. Wtedy buntowałem się przeciwko systemowi, teraz też protestuję, ale do niedawna powiedziałbym, że właściwie nie wiem, przeciwko czemu. Bo nawyk protestu mam cały czas, a w tej chwili aż się prosi, żeby protestować. Nie wiem, czy wszyscy muzycy, którzy grają, sprzeciwiają się czemuś, ale ja ciągle czuję, że gram przeciwko komuś. Na przekór…

Ma Pan do czynienia z muzykami młodymi, tworzącymi od niedawna, ale ma Pan również tę szerszą perspektywę od lat ’60, ’70. Jak się w Pana oczach zmieniła muzyka jazzowa?

Bardzo dużo wciąż zależy od promotorów. Są festiwale, gdzie jest wielu purystów, którzy nie są otwarci na ten lub inny rodzaj muzyki – mamy festiwale, gdzie zespół elektroniczny nie zagra albo zagrają tylko takie. Widzę w tym mało elementów najważniejszych jakimi są w jazzie wolność i zabawa. W jazzie jest też pewien rodzaj takiej pięknej emocji czy medytacji, melancholijnej, dodatkowo wspomaganej tym rytmem, który kiwa, kołysze, gdzie można naprawdę zapomnieć się, oddalić się od problemów i być gdzieś w innym, lepszym świecie. Marzę o tym, żeby większa liczba promotorów o tym pamiętała.

Z jazzem chyba wciąż jest trudno na rynku polskim. Myślę, że to wciąż gatunek niedoceniany, a może niezauważany.

Tak, na rynku niemieckim jest bardzo podobnie. Przede wszystkim istotna jest sytuacja z wytwórniami – one idą za trendem, a nie pomagają tworzyć trendy – to jest, moim zdaniem, błąd. Korporacje muszą się z czegoś utrzymywać, także jeśli duże wytwórnie wchodzą w jakiś trend, to ja wiem, że coś się kończy, to dla mnie jasny i czytelny sygnał…

…że należy zmienić kierunek?

Nawet nie, bo ja i tak to gdzieś wszystko zrobię, tylko w innym garniturze – raz jeansy, raz marynarka. Proszę sobie wyobrazić, że w latach ’90 Liroy, według mnie to jest wspaniały Artysta, a nikt w Polsce nie chciał go wydawać. Był jednym z pierwszych raperów w tym kraju i nie powinien zostać zapomniany. W Stanach tego nie ma, tam pamięta się każdego człowieka, który coś zrobił. Tutaj się olewa i raptem dwa, trzy lata temu ludzie w Polsce odkrywają hip-hop, wytwórnie, firmy się biją o raperów. Teraz? Dopiero? W 1995 roku byłem tutaj specjalnie dla Liroya. Mieszkałem w jego studiu w Gdyni, ponieważ wspierałem go. Nawet pamiętam rozmowę w BMG, gdzie szefowa wytwórni powiedziała tak: „Panie Michale, no, co ja mam z tym zrobić? Co chwilę jakieś przekleństwa…”. „Wyciszyć, zredukować, usunąć, ale wydać to!”. Sprzedało się wtedy pół miliona jego płyt…

Warsztaty Urbanator Days traktuje Pan jako rodzaj swojej misji, a jaką misję przypisuje Pan tej płycie?

Bardzo wspomagającą. Na początku miała to być płyta Urbanatora, potem jednak doszedłem do wniosku „Nie, zaproszę większą liczbę zespołów z warsztatów”. Pojawił się też zamysł takiej integracji generacji – był cały zespół dojrzałych muzyków, ale także młodych gości. Uważam, że ta płyta dotrze do słuchaczy w każdym wieku, a wielu fanatyków tzw. czystego jazzu przekona się, że nie tylko ten rodzaj jazzu istnieje.

Z tymi konserwatystami może być ciężko.

Ja wiem, ale jak nie teraz, to następnym razem dostaną po głowie. Tak czy inaczej, nie ma wyjścia.

Najnowszy album Michała Urbaniaka ukazał się 9 lutego. Na płycie Beats & Pieces znalazło się dwanaście utworów. Do współpracy nad tym wydawnictwem zostali zaproszeni tacy artyści jak O.S.T.R., Grubson, Marek Pędziwiatr, P. Unity, Andy Ninvalle czy Michael Patches Stewart. Głównym założeniem tej płyty jest fuzja jazzu z innymi gatunkami muzycznymi jak elektronika czy hip-hop oraz wskrzeszenie motta projektu Urbanator: „Don’t Play The Music! Let The Music Play” (“Nie graj muzyki! Pozwól Muzyce Grać”).

Fot. Katarzyna Rainka